namiot wreszcie wrócił, dwa tygodnie po moim powrocie z urlopu, ale...
namiot dostałam zwinięty w kłąb, bez pokrowca, osprzęt namiotowy w torbie plastikowej, czyli plątaninę rurek, linek, zaczepów, śledzi, tropik w torbie plastikowej
na pytanie czemu w takim stanie, znajoma rozłożyła bezradnie ręce, bo złożyć namiotu nie umiała, a taki właśnie dostała od brata ( swoją drogą nie jestem pewna czy ten brat w ogóle istnieje )
stan namiotu raczej słaby, po rozłożeniu okazało się, że brakuje dwóch linek od głównej klapy, w namiocie zwyczajny syf, piach, śmieci, jakaś plama niewiadomego pochodzenia
zapach z namiotu cytując mojego męża " jak z cygańskich czworaków przed obiadem" czyli stęchlizna i sama nie wiem co jeszcze tam tak capi
płakać mi się chciało, bo mam teraz sfatygowany sprzęt, a pożyczałam rok temu kupiony namiot

nawet nie piszcie o zwrocie kasy, znajoma wszystko zwaliła na brata, który ponoć jest teraz niedostępny ( cokolwiek to oznacza ), namiot oddała i stwierdziła "najwyżej daj do jakiejś pralni " i chciała dodać ptasie mleczko jako zadość uczynienie, powiedziałam żeby sobie to ptasie mleczko wetknęła w swój gruby zad i wyprosiłam za drzwi
namiot jakoś doprowadzimy do stanu używalności własnymi siłami
po raz kolejny twierdzę, że byłam naiwna koza, dobrego tyle tylko, że teraz już będę mądrzejsza, a przy okazji okazało się, że mamy bardzo fajnych sąsiadów, od których sami pożyczyliśmy namiot, zaprosiliśmy ich na kolację do nas w ramach podziękowania i było to bardzo miłe spotkanie
motto "dobry zwyczaj nie pożyczaj" chyba sobie na lodówce powieszę, chociaż sama pożyczyłam sprzęt od ludzi, jednak gdybym miała go oddać w takim stanie jak mój namiot, to od razu zapadłabym się pod ziemię ze wstydu