demodee
26.10.16, 08:11
Jako że zbadałam już tarczycę i wyczyściłam bidet, mogę zająć się mniej ważnymi sprawami.
Nurtuje mnie od paru dni problem mężczyzn, którzy w atmosferze ostatnich kobiecych protestów o wolność kobiet do decydowania o swoich macicach muszą chyba czuć się strasznie skołowani.
No bo tak: w nowoczesnych rodzinach wychowuje się synów w poczuciu, że są partnerami kobiet. Np. mają nie “pomagać w domu” tylko być odpowiedzialni za gospodarstwo domowe na równi z kobietami. Ponadto państwo uświadamia ojcom, że bezpośrednia opieka nad dzieckiem jest także ich prawem i obowiązkiem poprzez dawanie urlopów ojcowskich. Jest to moim zdaniem słuszny kierunek myślenia, sprawiający, że młodzi mężczyźni zrywają ze stereotypem macho, który przynosi do domu pieniądze a wynosi śmieci, z synem na mecz pójdzie w niedzielę, albo na ryby, a córki ma się po to, by na starość zapewniły ojcu wikt i opierunek.
Z drugiej strony młode kobiety krzyczą coraz głośniej, że ciąża jest ich sprawą, jak będą chciały, to urodzą, a jak stwierdzą, że nie są na dziecko gotowe, to usuną. Młody światły mężczyzna z jednej strony zgadza się z poglądem, że macica kobiety do niej należy, ale z drugiej myśli sobie, że może to dziecko/płód, które żyje w tej macicy jest w połowie jakby jego. A prawo go w tym utwierdza, bo przecież kobieta może żądać pieniędzy od partnera seksualnego tylko na podstawie tego, że nosi w macicy dziecko/płód, którego ten partner jest ojcem.
W celu wyjaśnienia tych wątpliwości pytam ematki, które wiedzą wszystko – czy prawo kobiety do usunięcia dziecka/płodu ot tak sobie, bez względu na stan jego zdrowia powinno mieć jakiś odpowiednik w prawie mężczyzny do unikania łożenia na dziecko/płód bez względu na stan jego zdrowia, czy nie?
Wolność - ile i komu? I jak się do tego ma równość? A jak partnerstwo?