jednorazowka1
20.07.17, 16:52
Zagubiłam się.
Nie wiem od czego zacząć.
Nie oczekuje od Was rad, no bo co można poradzić kobiecie, która sama nie wie czego chce tak do końca.
Chyba chcę sie tylko wygadać, bo w realu to za bardzo nie mam nawet komu - nie chcę mówić publicznie jak jest, bo zaraz zaczną się korowody ciotek dobrych rad no i w zasadzie to troche mi wstyd, że nie potrafię sobie poradzić, jakoś tego rozwiązać sensownie. Tak uważam to za porażkę.
Cóż.
2 dni temu była kulminacja. Miałam bardzo zły dzień. Od 8 miesięcy wstaje do dziecka noc w noc po 6-7 razy. Jestem niewyspana. Mam zły humor, wszystko mnie drażni, wystarczy nie tak położony kubek a ja jestem ugotowana.
To była chwila. Wygarnęłam mu, by w końcu się dzieckiem zajął, że ja nie daje sobie rady już. Poszłam z butla nakarmić małego. Przyszedł do sypialni. Zaczął podniesionym tonem "Chciałas tego dziecka! Myślałaś, że to będzie co, taki raj słodki? Że niańke będziesz miała? Marchewki dzieciakowi byś sama utarła, a nie wszystko masz gotowe! Przepracowałaś w życiu 8 miesięcy i co, taka zmęczona? do roboty byś się wzięła w końcu a nie cały czas na moim utrzymaniu!" Wysyczałam tylko, by wyszedł. A później się rozwyłam.
Po 2 godzinach, kiedy się uspokoiłam, i nasz starszy syn poszedł pod prysznic (by nic nie usłyszał), przyszłam do niego, usiadłam i przekazałam informacje, że chyba czas to wszystko kończyć. Dalsze rozmowy już chyba nie mają sensu, bo ile można gadać. Nic się nie zmienia. Do końca tego roku mamy czas na przygotowanie się do tego wszystkiego. Mamy pewne zobowiązanie, więc i tak jeszcze musimy ze sobą wytrzymać. W tym czasie przygotujemy starsze dziecko, podzielimy majątek, ustalimy co i jak. On tylko patrzył mi w oczy. Wyszłam. Spał na kanapie. Jak zawsze z resztą, gdy się pokłócimy.
Brakuje mi go. W nocy przez sen szukam jego ciała, by poczuć.
Co ja zrobiłam... o rozwodzie myślałam już dużo wczesniej, ale nigdy tak realnie... namacalnie.
Boli bardzo, tym bardziej, ze z tym pracowaniem, to nie tak - poznalismy się, ja byłam bardzo młoda - 21 lat. Zaraz zaszłam w ciążę. Studiowałam zaocznie. Utrzymywałam się z korepetycji. Taka mnie poznał i taką mnie wziął. Korków udzielałam prawie do końca ciąży, jeżdżąc komunikacją miejską po Wawie, po wszystkich dzielnicach. Trafiały się też jakies dorywcze prace biurowe. Jak się tylko ogarnęłam z dzieckiem to wróciłam do korków - to mogłam robić bezkosztowo (odpadała opieka nad dzieckiem). Jakieś 400-600zł/mc z tego było. Wróciłam na studia po roku - tam wystarałam się o stypendium naukowe + korki cały czas. Jakiś 1000/mc był. Mały miał problemy. Nie mówił. Mąż sam ustalił, że dopóki nie zacznie mówić, to będzie w domu. I był. Nie mówił do 3 r.ż. Logopedzi, terapie, diagnozy, wszystko ja. On nie był z dziećmi ani razu u żadnego lekarza. Nigdy. Później ja poszłam do pracy utrzymywać rodzinę. Z pracy właśnie po tych 8 miesiącach musiałam zrezygnować z pewnych względów, ale zaraz znalazłam inną, na 3/4 etatu, w godzinach takich, że mąż mógł iść do pracy na popołudnia i tak też żyliśmy przez rok. No ale on tego nie liczy jako pracy - ani moich korepetycji ani tych 3/4 etatu. Zdecydowaliśmy sie na drugie dziecko. Bardzo chciałam je mieć. On nie protestował. Sam z resztą stwierdził, że albo teraz albo juz w ogóle, bo różnica między dziećmi to prawie 9 lat. Przy drugiem, jak i przy pierwszym z resztą nie pomaga prawie w cale. Nie wstaje w nocy, nie karmi, nie przewija, czasami jedynie, jak poproszę wyraźnie. Sam z siebie nie. Bo przeciez on pracuje a ja jestem na macierzyńskim i mi za to płacą w końcu! On zmęczony po pracy. Ma prawo do odpoczynku. A ja dziecka sama chciałam przecież, więc o co mi chodzi.
A ja już nie mam sił...
Nie mamy w ogóle pomocy z zewnątrz. Żadnej. Jesteśmy zdani sami na siebie. Nie ma nas kto odciążyć, wziąc dzieci na pare godzin. Jesteśmy oboje zmęczeni.
Nie wiem, co mam zrobić. W sprawach ogólnych jesteśmy zgodni - sposób wychowania dzieci, diety, poglądy polityczne i społeczne, to wszystko ok. Zabija nas codzienność. On pochodzi z tradycyjnej polskiej na max rodziny. Ja chciałabym związku partnerskiego. On niby też, ale jednak naleciałości i wychowanie robią swoje. Niby bawi się z dziećmi, zajmuje jak mnie nie ma (jak wychodze na zakupy) no ale to za mało... . Ja oczywiście też nie jestem bez winy bo np. nie prowadze auta, więc trzeba mnie zawozić - choć komunikacją miejśką posługuje się sprawnie, to nie wszędzie da się dojechać.
Nie szukam rad, chciałam się wyżalić, wyrzucić, sama dzięki tej pisaninie przeanalizować.
Nie napisałam tu oczywiście wszystkiego bo tu książkę można by stworzyć.
Czy tak wygląda dorosłe życie samotnej rodziny? A może to ja jestem za bardzo wymagająca i wymyślam niewiadomo co. Może faktycznie wymagam za dużo od życia i jestem za leniwa.
Od stycznia wracam do pracy, miałam pracować w weekendy i jakiś dzień w tygodniu, by maly nie musiał być w żłobku za dużo. Ale teraz to chyba nie wiem...