default
03.04.18, 20:55
Potrzebuję oceny z boku, obiektywnej, bo sprawa dotyczy kogoś, kogo nie darzę szczególną sympatią, więc może źle oceniam.
Jest tak - w zeszłym roku kupiłam nowy samochód, stary miał być sprzedany, ale ponieważ czasem korzystała z niego córka, czasem mąż wolał wziąć "maluszka" (to micra) zamiast swojego sporo palącego volvo, to jakoś tak wyszło, że auto zostało. Jako "zapasowe" na razie, ale z zamiarem sprzedaży.
Pod koniec stycznia auto znikło z podwórka. Spytałam męża gdzie micra, na co odpowiedział, że pożyczył koledze, któremu już całkowicie rozleciał się stary samochód i nie ma czym jeździć. Uznałam, że to chwilowe - ok, niech tam, chociaż owego kolegi nie lubię. Ale mijają tygodnie, a on dalej jeździ tym samochodem. W międzyczasie pojawiła się oferta kupna tego auta (od znajomego),spytałam męża, czy X oddaje, bo warto by sprzedać, skoro jest chętny, a auto jeszcze sprzedawalne. Mąż się od razu najeżył i w ogóle nie chciał gadać o tym. "Niech X jeździ, sprzeda się potem, nie bądź żyłus". No ok, ale kiedy to będzie "potem", auto ma 10 lat i z każdym miesiącem jest warte coraz mniej (choć sprawne i niezłym stanie), za chwilę nawet 3 tysięcy za nie nie wezmę.
Czy jestem kutwa, że żałuję koledze męża tego auta (za które pewnie wzięłabym góra 6 tys), czy może to jednak nie w porządku, że praktycznie dostał w prezencie stare, bo stare ale sprawne i w dobrym stanie auto ?
Z mężem w ogóle nie da się o tym gadać, ucina temat i jest wyraźnie zły, aczkolwiek wydaje mi się, że także z powodu, że nie umie się wycofać z tej pożyczki. Ten kolega to jego przyjaciel od 40 lat. Ale odkąd wziął auto, w ogóle się nie pokazuje u nas.