Mąż wyjechał na tydzień do Włoch, jestem słomianą wdową i nieco mi dziwnie, bo sobie uświadomiłam, że od wielu, wielu lat praktycznie nie rozstajemy się w ogóle (nie licząc oczywiście codziennych wyjść do pracy), ja raz w roku wyjeżdżam na kilka dni nad morze z córką, ale mąż to już nie pamiętam kiedy wyjechał sam na dłużej niż dwa dni.
Tak więc trochę mi dziwnie, ale w sumie fajnie

Odmiana, przede wszystkim nie gotuję, w piątek kupiłam jakieś półgotowce, ale nawet tego mi się nie chce robić

Zresztą nie czuję się specjalnie głodna.
Z jednej strony okazuje się, że mąż generuje pewne obowiązki - z drugiej: jego brak nakłada inne, np. musiałam dziś rano odkurzyć (tzn. nie musiałam w sumie, ale mnie denerwował kurz), a teraz pieliłam i podlewałam ogródek - zaraz ponastawiam też na trawnik tryskacze. A w poniedziałek będę musiała wstać wcześniej, żeby przed wyjściem do pracy wysikać i nakarmić psy i koty.
A czym dla Was jest chwilowa nieobecność męża ? Odpoczynkiem, upierdliwością, męką, tęsknotą ?