amast
31.07.18, 10:36
Piszę tutaj, bo tu jest dużo matek i szansa na dużo różnych spojrzeń.
Mieszkam na dużym osiedlu (kilkaset mieszkań) i jak to na takim osiedlu - wiele rodzinnych sytuacji rozgrywa się na oczach i uszach sąsiadów.
Wczoraj późnym wieczorem słychać było krzyki dziecka, przez jakiś czas brałam to za chwilowy problem z zaśnięciem zmęczonego upałami dziecka, jedno z moich tez tak miało jak było małe, że po prostu musiało się wykrzyczeć. Ale po jakimś czasie doszły do tego krzyki ojca, a cała sytuacja przeciągnęła się dobrze ponad pół godziny. Niestety nie wiem dokładnie co krzyczało dziecko i ojciec, bo to w odległej części blokowiska się działo. Ale w pewnym momencie nie wytrzymałam i postanowiłam przejść się po podwórku, namierzyć skąd te krzyki. Na dole spotkałam jeszcze dwie osoby, też zaniepokojone sytuacją, a z balkonów już dochodziły pokrzykiwania o wzywaniu policji (swoją drogą łatwo w ciemności z balkonu się tak pokrzykuje, ale ostatecznie nikt nie zadzwonił). No nic, namierzyliśmy mieszkanie, zapukaliśmy z pytaniem, czy jest jakiś problem. Otworzył bardzo poirytowany (ale nie agresywny) ojciec, stwierdził, że owszem jest problem z dzieckiem, bo są po podróży i dziecko zmęczone nie chce iść spać, że z dzieckiem są ogólnie problemy wychowawcze, że chodzi do psychologa, że lekarze zalecili leki uspokajające, ale nie podają dziecku, żeby się nie uzależniło... W tym czasie cały czas było słychać płacz dziecka i krzyki "nie zabierajcie mnie". Zapytałam, czy mogę zobaczyć się z dzieckiem. Rodzice się zgodzili, weszłam do mieszkania sama, pozostali w progu rozmawiali dalej z ojcem. W mieszkaniu najpierw zobaczyłam chłopczyka, na oko jakieś 2 latka, uśmiechniętego, bawiącego się na podłodze. Matka wskazała mi pokój, gdzie było drugie, płaczące dziecko (dziewczynka). W pokoju było ciemno, nie chciałam zapalać światła, żeby nie przestraszyć dziecka, ale nie mogłam jej dostrzec, choć słyszałam cały czas krzyki i płacz. W końcu chłopczyk przyszedł i wyciągnął siostrę spod łóżka - dało się zauważyć, że była to dla niego całkiem normalna sytuacja, bardzo "profesjonalnie" odwinął sięgające podłogi prześcieradło, złapał siostrę za rękę i wyciągnął. Dziewczynka ma na moje oko ok. 4 lat. Krzyczała, że nie chce nigdzie iść, żeby jej nie zabierać, że ona tylko chciała przed snem się pożegnać z rodzicami (zakładam, że chodziło o "dobranoc"). Przez chwilę próbowałam ją uspokajać, że nikt jej nie zabiera, że przecież kocha rodziców i oni ją kochają, że pewnie byli zmęczeni po podróży i dlatego nie przyszli się "pożegnać". Po chwili uspokoiła się i zgodziła pójść spać. Jak wychodziłam to już spokojnie leżała w łóżku. W tym czasie pozostałe osoby nadal rozmawiały z ojcem, przy czym końcówka rozmowy wyglądała tak:
- no to co, mam ją do lasu wywieźć, żeby nie było słychać?
- proszę tak nie mówić, proszę też dziecku nie mówić, że je ktoś zabierze
- ja nic takiego nie mówię (wcześniej dziewczynka zapytana, dlaczego myśli, że ją zabierzemy powiedziała, że rodzice tak powiedzieli)
I jeszcze jedna rzecz, oboje dzieci były nago. Ja wiem, że jest gorąco i że w niektórych rodzinach to jest normalne - nic mi do tego. Ale o ile chłopczykowi to nie sprawiało różnicy, o tyle zauważyłam, że dziewczynka bardzo była zawstydzona, jak siedziała na podłodze podczas rozmowy ze mną to zakrywała się poduszką, jak zaproponowałam, żeby położyła się do łóżka, do którego trzeba było przejść (to inne łóżko niż to, pod którym ją spotkałam), to nie wiedziała co zrobić, aż znalazłam kawałek szmatki i powiedziałam, żeby się nią owinęła.
I teraz mam pytania
Czy powinnam była wchodzić do tego mieszkania i rozmawiać z dziewczynką, czy poprzestać jak pozostałe osoby na rozmowie z ojcem w progu?
Czy to wygląda na sytuację z pogranicza zaburzeń behawioralnych i dać wiarę rodzicom, że są w kontakcie z psychologiem i wiedzą co robią czy jednak może tam się dziać coś złego? Czy jak się powtórzą takie sytuacje to znowu interweniować?
Co w ogóle w takiej sytuacji się robi?
Nie chcę ingerować z życie tej rodziny, wiem jakie problemy można mieć z dwójką dzieci, ale szkoda mi dziecka, które wieczorem zamiast się wyciszyć i spać, krzyczy i płacze, a rodzice dokładają swoje krzyki, nie wiem czy dochodzi do jakiejś przemocy fizycznej, nie mam na to żadnych dowodów. Dziewczynka nie miała problemu z tym, że ją głaskałam, czyli raczej dotyk nie kojarzy jej się z niczym złym.
Napiszcie proszę jak to widzicie. Naprawdę nie wiem, co robić...