Jest sobie klasa do której uczęszcza uczeń z kłopotami. Ogólnie miłe dziecko. Problem w tym, że niestabilne pod względem zachowania - nigdy nie wiadomo kiedy wpadnie w szał/furię. Wystarczy zwykłe powiedzenie "nie", niezgodzenie się na jakieś działanie w danej chwili. Dziecko potrafi być groźne dla otoczenia (rzucanie krzesłami, kopanie itp. Klasyczny szał).
W klasie pracuje nauczyciel wspomagający będący praktycznie cieniem tego ucznia.
Odkąd pojawił się taki nauczyciel, jest ok. Wychowawczyni - na szczęście doświadczony i dobry pedagog - realizuje program zarówno edukacyjny, jak i wychowawczy. Wcześniej, siłą rzeczy większa uwaga była skupiona na owym uczniu, stąd opóźnienia były.
Rodzice i dzieci akceptują sytuację, nie ma protestów. Raczej jest pełna współpraca.
Uczeń nie jest alienowany, jest zapraszany na urodziny itp. Zazwyczaj przychodzi ze swoim rodzicem. Generalnie jest OK.
No i teraz do rzeczy.
Czworo uczniów z tej klasy chodzi na dodatkowe zajęcia do szkoły językowej. Szkoła językowa odbiera dzieci po lekcjach, zaprowadza na lekcję dodatkową i po niej, odprowadza dzieci do szkoły. (Na margnesie - świetna sprawa). I mama ucznia problematycznego dowiedziała się o tych zajęciach. W środę. W czwartek była na rozmowie w szkole językowej by dopisać swoje dziecko do grupy gdyż jedno miejsce jest wolne (grupy do 5 osób).
Rodzice pozostałych dzieci wpadli w popłoch. I zastanawiają się nad możliwościami swoich ruchów. Nie są zachwyceni (delikatnie mówiąc) tą perspektywą. Szkoła językowa raczej nie ma nauczycieli wspomagających

.
Co robi ematka?
I tak - zaden z rodziców nie jest na tyle "prostolinijny" by pójść do matki owego ucznia i wybić jej pomysł z głowy.