O co chodzi, bo intryguje mnie to.
Ślub był w czerwcu, po 7 latach burzliwego związku. Bo „wypada”. Wrzesień - październik zaczyna wrzeć do tego stopnia, że małżeństwo rozstaje się, tzn żona wyprowadza się do swojego mieszkania na dniach, on zostaje w dotychczasowym. To inicjatywa żony, poznała kogoś, ale mąż o tym nie wie.
I teraz, żona jeszcze we wspólnym mieszkaniu a mąż już nabrał wiatru w żagle. Robi wszytsko to, o co żona bezskutecznie, przez lata go prosiła. zaczął dbać o dietę, o formę, zapisał się na maraton gdzie do tej pory na hasło ruch miał zapał przez 3 dni, schudł, podróżuje samotnie, ponaje ludzi, założy konto na insta (o to go nie prosiła

), chce założyć aparat na zęby itd. No generalnie odżył człowiek a oficjalnie cierpi jako porzucony.
Wg mnie to był toksyczny związek a mąż bal się podjąć samodzielnie decyzję, teraz jak nie wisi nad nim karcący palec małżonki, może być sobą. Tylko pytanie - po ki czort udaje załamanego, ofiarę porzucenia i człowieka w depresji? Drugie pytanie - czy prośby żony o zadbanie o swoje zdrowie i ciało są zbyt mało motywujące, żeby coś z tym zrobić? I nagle, jak już żona nie marudzi to okazuje się, że tak, racja, warto pozbyć się brzucha? To taka przekora czy o co mu chodzi?