lajtova
21.08.20, 21:45
Czy życie mojego syna, moich rodziców i bliskich, moje i mojego męża jest bezpieczne w związku z powrotem do szkół dzieci i młodzieży z dniem 1 września 2020?
Czy mam prawo zastanawiać się jako matka nad bezpieczeństwem moich dzieci, których bezpieczeństwo w tym przypadku nie zależy ode mnie tylko od mechanizmów, w które wprzężone są państwo i obowiązujące prawo?
Czy mam zastanawiać się, czy w Ministerstwie Zdrowia w ogóle, ktoś zdaje sobie sprawę z tego, co właśnie się wydarza i do czego to może doprowadzić?
Czy powinnam czuć strach przez epidemiologicznyn Armagedonem, który rozegra się na naszych oczach tej jesieni?
Czy powinnam zastanawiać się nad tym, czy jeśli mój syn codziennie przebywał będzie w ponad dwudziestoosobowej klasie, w zamkniętej przestrzeni, siedząc z kolegą/koleżanką w ławce, wciąż może spotykać się ze swoją babcią i swoim dziadkiem bez ryzyka, że zarazi ich wirusem, który dla moich rodziców dobiegających siedemdziesiątki może okazać się ostatnią infekcją w życiu?
Czy mam zastanawiać się, co z nauczycielami w szkole mojego syna, czy podobnie jak minister Piontkowski nie liczyć się z nimi, ich zdrowiem, uzasadnionymi obawami, ponieważ oni również wracać będą po dniu pracy do swoich rodzin, rodziców i dzieci, pośród których są zarówno osoby starsze, chore jak i niemowlęta?
Czy to ja powinnam zastanawiać się nad tym jak rozwiązać problem nauczania dzieci i młodzieży w czasie pandemii, czy powinni to robić ci, którzy tydzień temu przyznali sobie potężne podwyżki?