glanaber
31.08.20, 16:05
Pora na podsumowanie wakacji.
1. Zacznę od zakończenia roku szkolnego. U nas wyglądało to jak w wielu innych szkołach: osobna godzina i miejsce dla każdej klasy, dzieci podchodzą osobno po świadectwo w maseczkach, wychowawczyni przebrana w maskę i rękawice etc. Ponieważ działo się to na dworze, dzieci owszem podchodziły osobno, a reszta grupy stała razem w pewnym oddaleniu, razem z rodzicami. oczywiście wyściskały się na powitanie. Po wszystkim dzieci zdjęły maseczki i wszyscy wspólnie udaliśmy się na lody do pobliskiej cukierni, gdzie dzieci siedziały razem przy stolikach, a rodzice też razem przy innych stolikach.
Wszyscy do tej pory zdrowi, nikomu nie umarła babcia ani dziadek. Na stronie szkoły nie odnotowałam nekrologów, więc wnioskuję, iż wychowawcy również przeżyli spotkania z uczniami na zakończeniu roku.
2. Dziecko uczestniczyło w kilku różnych turnusach półkolonii sportowych, u różnych organizatorów, oraz w obozie sportowym. Oprócz konieczności wypełniania pierdyliona oświadczeń covidowych i mierzenia temperatury na wejściu, wszystko odbywało się normalnie. Na półkoloniach dzieci nie nosiły masek, jadły razem w jednym pomieszczeniu, wspólnie się bawiły. Były treningi na krytym basenie, zajęcia na sali gimnastycznej, w tym gry zespołowe (siatkówka, koszykówka) i zajęcia gimnastyczne/akrobatyczne, gdzie instruktorka asekurowała i pomagała wykonywać ćwiczenia w bezpośrednim kontakcie fizycznym z ćwiczącymi (bez maski, przyłbicy i osłony z plexi). Na niektórych półkoloniach część dzieci po raz pierwszy miała do czynienia z danym sportem, co też wymagało bardzo bliskiego kontaktu z instruktorem, który np. pomagał ustawić właściwą postawę itp. (również bez covido-akcesoriów) Wszyscy ci organizatorzy, podobnie jak co roku, również w tym roku organizowali turnusy półkolonii w każdym tygodniu wakacji. Wszędzie tam pracowała kadra - wychowawcy, opiekunowie, instruktorzy, trenerzy (część z nich to na co dzień nauczyciele w szkołach) - po 8-9 godzin dziennie, z dziećmi z różnych szkół, różnych miejsc zamieszkania, dziećmi, które przychodziły na półkolonie po innych półkoloniach, obozach czy wyjazdach rodzinnych, czyli po kontakcie z zupełnie innymi grupami dzieci i dorosłych. Co tydzień inne dzieci. Wszyscy przeżyli, żadnych półkoloniii nie zamknięto, nikt nie trafił na kwarantannę - wiem, bo obserwowałam strony internetowe organizatorów.
3. Obóz - to samo, dodatkowo dzieci jechały razem autokarem i spały po 2-3 osoby w pokojach. Kadra była tam 24 godz. na dobę i też to przeżyła. Większość dzieci jadąc na obóz była po półkoloniach lub rodzinnych wyjazdach.
4. Dziecko spędziło 2 tygodnie u babci 70+ w innym mieście, spotykając się też z drugą babcią 70+. Pojechało bezpośrednio po 3 turnusach półkolonii, czyli po kontakcie z różnymi grupami dzieci. U drugiej babci była w tym czasie inna wnuczka - kuzynka córki, z jeszcze innego miasta. Obie babcie podzieliły się opieką nad dziewczynkami (chociaż tylko ta druga babcia jest wspólna), m.in. dziewczyny razem nocowały u jednej babci, później u drugiej. Żadnej z babć nie przyszło do głowy obawiać się czegokolwiek ze strony wnuczek, zapraszały i bardzo czekały na ich przyjazd. Mija miesiąc od wizyty, obydwie babcie cieszą się doskonałym zdrowiem, podobnie jak reszta odwiedzanej przez moją córkę rodziny.
5. Nasz wyjazd rodzinny - krajowy, ale w normalnym hotelu, z bufetem śniadaniowym, pozostałe posiłki jedliśmy w knajpach, chodziliśmy na lody i na piwo. Od obcych ludzi dystans staramy się trzymać zawsze, nie potrzebujemy do tego epidemii, więc tym razem robiliśmy tak samo, ale nie oznaczało to rezygnacji z wygód takich jak żywienie się w miejscach publicznych, a nie jakieś domki z kuchnią i gotowanie na urlopie.
6. Starszy syn - student - część wakacji pracował, stacjonarnie, w dużej firmie, dojeżdżał komunikacją. W pracy bez masek.
Pojechał na wyjazd ze znajomymi, mieszkali na kupie w wynajętym domku, plażowali, uprawiali sporty wodne, imprezowali - normalne wakacje 20-latków. Też przeżyli.
7. Poza urlopem ja przez całe wakacje pracowałam stacjonarnie, mąż również.
I przy tym wszystkim ludzie jeszcze mają czelność twierdzić, że szkoły to śmiertelne zagrożenie? Gołym okiem widać, że chodzi o kasę - okazało się, że "nauka zdalna" kosztuje samorządy dużo, dużo mniej i stąd takie obłędne parcie do zamykania szkół.