Kotka, lat 17.
Od długiego czasu (tak z półtora roku, może dwa lata) ma na główce, pod skórą, guza. Twardego, nieco "ruchomego" i, kurde, całkiem sporego.
Guz jest suchy, nie ma w nim żadnej ropy ani krwi. Sama zbita tkanka. Nie boli jej, nie jest zaczerwieniony, nie ma stanu zapalnego. Jest w normalnym kolorze kociej skóry. Kitku niezbyt się nim interesuje. Ja - przeciwnie.
Jeden weterynarz, ten półtora roku temu, powiedział, że no cóż, kot jest stary, starzy ludzie też mają zmiany skórne. Weterynarz drugi, dzisiaj, mówi, że bez wycięcia nic nie jest w stanie powiedzieć. Ale do wycięcia potrzebna jest narkoza. A kot prawie pełnoletni... już jeden w rodzinie się nie wybudził po zabiegu
Ematki, mam do podjęcia decyzję. Albo jej to zostawić w spokoju - jest już długo, objawów nie daje w końcu - albo zaryzykować wycięcie pod narkozą. I nie wiem, cholera, co zrobić.