hamahaja
28.08.21, 10:04
Witam serdecznie, potrzebuje opinii bo mam mętlik w głowie i sama nie wiem co myśleć.
Będzie długo ale będę wdzięczna za przeczytanie i wszelkie wypowiedzi:
Wychowywałam się z rodzicami i siostrą w dużym
mieszkaniu blisko centrum dużego miasta. Moja siostra po skończeniu studiów wyprowadziła się z mężem do Warszawy (mieszkanie w kredycie- cześć spłacona ze spadku), ja po swoich studiach do kawalerki zakupionej ze swojej części spadku. Po moim ślubie rozglądaliśmy się za większym mieszkaniem i zdecydowaliśmy się na zakup mieszkania pod miastem. Rodzice w tym czasie postanowili wyprowadzić się do Warszawy i kupić dom dwurodzinny i zamieszkać tam z siostra i jej rodzina. Siostra sprzedała swoje mieszkanie i dołożyła się do kupna domu. Mieszkają tam wspolnie, rodzice zajmują się wnukami. Rodzice przed wyprowadzką proponowali nam przejęcie starego mieszkania: podziękowaliśmy i odmówiliśmy- dopiero zaczęliśmy wspólne życie w swoim (kredytowanym) podmiejskim mieszkaniu. Mieszkanie rodziców było więc wynajmowane.
W ciągu kilku lat rodzina nam się powiększyła o dwójkę dzieci, żółwia i dwa koty i zaczęliśmy się rozglądać za czymś większym. Dodatkowo okazało się, że jednak tęsknimy za życiem w mieście i małe miasteczko nie do końca jest dla nas. Podczas przeglądania ofert i mierzenia się z naszymi możliwościami finansowymi powrócił temat możliwości zamieszkania w starym mieszkaniu. Mąż długo się wzbraniał przed ta możliwością ale zapadła decyzja, że wracamy na moje „dawne śmieci”. Przeprowadziliśmy gruntowny remont (pierwszy od prawie 30 lat), właściwie wszystko zostało naprawione, zmienione, łącznie z wyburzaniem i przesuwaniem ścian. Sprzedaliśmy poprzednie kredytowane mieszkanie żeby pokryć koszy remontu.
Podczas trwania prac remontowych mój tata przygotował i dał mi do podpisania dość szczegółowa „umowę użyczenia”- określająca, że użycza nam nieodpłatnie mieszkanie na czas nieokreślony i określającą główne zasady tego użyczenia.
Chwilę po naszej przeprowadzce, jeszcze przed zakończeniem prac remontowych doszło do pierwszego konfliktu: rodzice poinformowali (nie zapytali) że będą i nas spali w najbliższy weekend bo maja jakieś spotkanie ze znajomymi. Mój mąż zdenerwował się dość mocno, bo nie dość, że nie przepadał za teściami, bo nie lubi być stawiany przed faktem dokonanym (przyjeżdżamy za dwa dni), bo remont w trakcie bo nie mamy miejsca do przyjęcia gości (dzieci mają piętrowe łóżka, w salonie jest nierozkładana kanapa). Z rodzicami rozmawiałam tylko ja (nie słyszeli opinii męża). Wytłumaczyłam, że mieszkanie niegotowe, małe dzieci, brak miejsca do spania i pozna informacja. Zaproponowałam nocleg w hotelu (300 metrów od domu) i oczywiście wyżywienie u nas. Wywołało to wielkie obrażenie ze strony rodziców. Nie powiedzieli mi nic przez telefon ale zaczęły się maile (po jakiś dwóch tygodniach), że ich rozczarowałam, że nie spodziewali się czegos takiego po własnej córce, że w tym mieszkaniu mieszkał jeszcze mój dziadek itp. Strasznie to przeżyłam. Przepraszałam, tłumaczyłam itp. Smrodek (i wyrzuty sumienia) pozostały.
W ciągu następnych dwóch lat Rodzice kilkukrotnie nas odwiedzali: z noclegiem u nas i bez (nocowali czasem u cioci lub koleżanki mamy). Każde odwiedziny wiązały się z jakimiś stresującymi sytuacjami:
- a to, że informowali nas w czwartek, że będą w piątek o 16:00 bo mama ma na 16 ma spotkanie z koleżankami
na które tara nie idzie wiec o tej porze będzie u nas- oboje z mężem pracujemy, ja w piątki mam terapie z synem do 18:00 o czym rodzice wiedzieli. Mąż zwalniał się wiec z pracy (o czym też rodzicom mówiłam) i czekał od 16 a mój tata przyszedł po 19 bo jeszcze sobie poszedł do restauracji
- a to, że podczas odwiedzin u nas mój tata przeszukiwał nasze szafki, szuflady- nie kryjąc się z tym nawet i dopytując o znalezione tam rzeczy „co to?” „Po co wam to” „naprawdę tego potrzebujecie?” oraz sypialnie (pod pozorem korzystania z toalety) czy piwnice pod pozorem szukania swoich starych rzeczy. Ja jakoś zagryzali usta choć irytowało mnie to bardzo- ale niestety od dziecka mój tata nie szanował nigdy mojej prywatności- podsłuchiwał rozmowy telefoniczne, przeszukiwał rzeczy, włamywał się na konta w komputerze. Mój mąż irytował się znacznie bardziej ale też nie powodował kłótni w tym temacie.
Odkąd tu mieszkamy Rodzice nigdy nie przyjechali poprostu do nas czy do wnuków- wizyta u nas była zawsze przy okazji ich spraw- imieniny cioci, wizyta na cmentarzu, spotkanie ze znajomymi. My mieliśmy się wpasować w ich plany- czasem spali u nas, czasem u cioci i wpadali tylko na kawę czy obiad zapowiadając się dzień/dwa przed. Czasem dochodził na tym tle do drobnych konfliktów bo mielismy już wcześniej swoje plany ale staraliśmy się jakoś dopasować.
Teraz planowaliśmy od dawna 3tygodniowy urlop. Załatwiliśmy opiekę do kotów, rybek i żółwia. Przed wyjazdem rodzice poinformowali nas, że będą w okolicy (śpią u cioci) żebyśmy im zostawili słoiki w garażu. Podczas urlopu (we wtorek, 2 tygodnie po naszym wyjeździe, tydzień przed powrotem) zadzwoniła moja mama mówiąc, że chcą przyjechać w sobotę ale nie mogą spać u cioci bo tam remont, nie ma miejsc w hotelach i chcą spać u nas (wiedząc, że sąsiadka ma nasz klucz i wezmą go sobie od niej). Tym razem po dniu przemyślenia sprawy nie zgodziłam się: po pierwsze logistyka ze zwierzętami (rodzice by ich nie ogarneli- jeden kot jest mocno schorowany, na weterynaryjnej specjalistycznej diecie i lubi uciekać gdy ktoś tylko wchodzi do mieszkania, drugi jest strachliwy i nie lubi obcych) i opłacona przez nas opiekunką (mielibyśmy jej powiedzieć żeby nie przychodziła w tym czasie?) ale przede wszystkim ogromna niechęć żeby rodzice pod moją nieobecność byli w mieszkaniu. Wiem, że nie odopuściliby przeszukania wszystkiego. Wspólnie z mężem uznaliśmy, że sytuacja nie jest nagła (np. Pogrzeb) w mieście są tez hotele i że powinni wcześniej upewnić się, że mogą nocować u cioci a jeśli koniecznie chcieliby u nas to powinnismy to wiedzieć przed urlopem i moc przygotować mieszkanie i logistykę zwierzęca. Sprawdziliśmy i miejsc w hotelach, w dniu kiedy rozmawiałam z mama, było sporo.
I teraz: mama niby przyjęła i powiedziała tylko „rozumiem” ale to takie „rozumiem” które zapowiada wojnę. U mnie w domu nie rozmawia się wprost- tylko właśnie takie „rozumiem” a potem miesiące/lata obrazy.
Urlop mam już całkiem zepsuty bo mnie to gryzie:
- czy powinnam była kolejny raz zagryźć usta i pozwolić rodzicom spać u mnie, godząc się na pogwałcenie mojej prywatności, organizujcąc zdalnie inaczej opiekę nad zwierzakami, przekazywanie kluczy itp. oraz ryzykując ogromną kłótnię z mężem- w imię tego, że to moi rodzice i to ich mieszkanie
- czy miałam prawo odmówić.
Gryzie mnie to strasznie i czuje się jak najgorsza córka, a z drugiej strony czuję, że mam prawo powiedzieć „nie” chroniąc swoją i swojej rodziny prywatność.
Gdzie można postawić granice w rodzinie w której relacje od zawsze były trudne?