Aplikowałam ostatnio w przypływie wkur..u w obecnej pracy.
Wlasnie dostałam zaproszenie na rozmowę.
Nie pracowałam nigdy w budżetówce, zawsze były to firmy prywatne oraz korpo- po latach jestem już wypluta , praca po naście godzin dziennie (w poprzedniej korpo) , godzinach przeróżnych (od wczesno porannych do późnego wieczora, wielokrotnie w weekendy, bo roboty tyle, że po prostu się nie dało-a naturę mam taką, ze trzeba zrobić wszystko na 100%).Teraz pracuję w polskiej firemce, ale po pierwsze nie lubię tej roboty, po drugie delikatnie rzecz ujmując, chaos, brak jasno określonych procedur, mega mnie męczy.
wiem, ze kokosów się nie mogę spodziewać, ale zakładam, że są jasno określone procedury wiec to ułatwia robotę zapewne (miałam tak w korpo i ten aspekt był jak najbardziej ok). Wiele lat temu, znałam młode matki które pracowały w UM, z tego co wiem pracują cały czas. Narzekały na kasę a mnie zazdrościły samochodu służbowego ,pewnie kasy... Ale one mogły spokojnie brać zwolnienie na chore dzieci, macierzyński z pewnym powrotem do pracy po jego zakończeniu- ja niegdy nie wzięłam L4 na dziecko (posiłkowałąm się babciami, dziadkami.. ), a po zajściu w ciążę i powrocie z macierzyńskiego dostałam zwolnienie...
Teraz już dzieć dorosły, a ja chcę spokoju w robocie ,tzn stałych godzin pracy ...chyba za cenę sporo gorszych pieniedzy. Zastanawiam się czy jednak mnie to nie będzie mega frustrowało.
Podzielcie się proszę Waszymi spostrzeżeniami, warto- nie warto?
mam 50tkę na karku choć mentalnie tego nie czuję , to jednak praca na ten moment ma być dla mnie już źródłem utrzymania a nie wyzwań/rozwoju/awansów.. Wiem, brzmi mało ambitnie ale cóź, tak mam

warto?