Dodaj do ulubionych

Refleksje nad niepokojem

14.03.05, 10:56
Przekonałam się ostatnio, że jest ktoś, kto bardzo musi mnie kochać, kto się
szalenie o mnie boi, gdy wygląda na to, że grozi mi jakieś niebezpieczeństwo
i kto w okazywaniu tego jest tak spontaniczny i szczery, niczego nie ukrywa i
nie wstydzi się swoich emocji tak, jak robiłaby to osoba dorosła. Jest to mój
jeszcze nie dwu-letni synek.
W zeszłym tygodniu wybraliśmy się oboje z Pawłem do dentysty i wzięliśmy go
ze sobą, żeby nie zostawiać u kogoś. Wszystko było ok do momentu, kiedy nie
usiadłam na fotelu. Zanim jeszcze dentysta zdążył do mnie podejść moje
dziecko okrutnie się rozpłakało wyciągając do mnie rączki i wołając
najpiękniej na świecie: „mamusia, mamusia!”. Zrobiło mi się go szkoda, bo
nie spodziewałam się takiej jego reakcji. Gdyby mi to przyszło do głowy
zostawiłabym go u siostry a tak uznałam, że fajnie jest zawsze być razem, o
ile to możliwe.
Wczoraj podczas zmywania naczyń spadła mi suszarka z garnkami i szklankami
robiąc ogrom huku, po czym mamusia zaklęła szpetnie wydając z siebie
niecenzuralny okrzyk – oczywiście znowu nie zdając sobie sprawy z tego, że
synek stresuje się zawsze kiedy ja z jakiegoś powodu krzyknę nieświadomie
(jak się wystraszę albo zapomnę się gdy coś się stanie, np. na podłogę wyleje
się wiadro wody), mały przyleciał do mnie wystraszony z płaczem „mamusia”,
po czym zarzucił mi rączki na szyję i powoli zaczął się uspokajać widząc, że
nic się właściwie nie stało.
W sobotę bawiliśmy się śniegiem na podwórku. Ulepiliśmy wielkanocnego
bałwana z zajęczymi uszami, po czym rozpętała się wojna na śnieżki. Najpierw
mamusia sponiewierała tatusia rzucając w niego serię, kiedy miał zajęte ręce
i nie mógł się bronić, w zamian za co tatuś następnie dopadł mamusię i rzucił
ją na śnieg z zamiarem bezlitosnego natarcia. Mamusia oczywiście darła się w
niebogłosy, chcąc się obronić słownie wobec bezsilności fizycznej. Na to
dziecko, które do tej pory świetnie się bawiło, ponownie zaczęło się
niepokoić i stało nad przewróconą mamusią z przestrachem w oczach i odrobiną
dezorientacji , bo jak ukochany tatuś, który zawsze na co dzień spędza z
synkiem najwięcej czasu, teraz zafundował tyle zabawy, może teraz robić
krzywdę mamusi?
Decydując się na dzieci nawet nie miałam pojęcia jakie emocje i więzi,
których nie można zaobserwować w macierzyństwie innych przebywając w ich
obecności temu towarzyszą. To jest taki rodzaj miłości, którego się nie
oczekuje, a który przychodzi niespodziewanie i zdaje się być najcudowniejszy
na świecie.
Ale jest też drugi aspekt takiej miłości – jej odczuwanie przez istotkę,
która nią obdarza. Pomyślałam sobie o tych dzieciakach, które na co dzień
doświadczają przemocy w rodzinie (tak jak moje dziecko doświadczyło po raz
pierwszy tam na śniegu, choć z wielkim przymrużeniem oka). Jak one muszą się
czuć, jak one muszą to przeżywać, jaki niepokój muszą znosić i jak muszą
umierać ze strachu. Często o siebie, a dodatkowo o taką ukochaną mamusię,
której dzieję się prawdziwa krzywda. Pamiętam sama z własnego dzieciństwa te
chwile, kiedy moi rodzice czasem ostro się pokłócili. Choć moja mama nigdy
nie została uderzona przez tatę, każde trzaśniecie drzwiami sprawiało, że
umierałam z przestrachu. Pamiętam, że była mowa o jakimś rozwodzie – nie
wiem już skąd wiedziałam co to znaczy (pewnie od starszego rodzeństwa), ale
czułam, że jest to coś dla mnie strasznego. Rozwód nigdy nie doszedł do
skutku, takie awantury zdarzały się sporadycznie, ale pamiętam ten stres,
który mi towarzyszył w takich chwilach.
Moja mama zawsze wychowywała mnie w niepewności co do długości jej życia –
ponieważ urodziła mnie mając 35 lat, nie wiedzieć czemu (swego czasu trochę
chorowała), zawsze stawiała sobie za cel dożycie: a to do końca mojej
podstawówki, potem chociaż do pełnoletności, no potem nieśmiało wspominała,
że może doczeka ode mnie wnuka. Dziś ma 65 lat i nadal jak się z nią rozmawia
o planach na przyszły tydzień mówi – „jak dożyję” co mnie doprowadza do
szału. A małe dziecko nie rozumie, że takie rzeczy mogą być gadane tylko tak,
żeby gadać. Jak można nie przejąć się tym, że mama może niedługo umrzeć?
Teraz sobie myślę, że mój synek musi czuć coś podobnego, gdy wydaje mu się,
że jestem w jakimś niebezpieczeństwie. Choć pewnie gdyby mu mnie teraz
zabrakło (czego by nie widział), pewnie trochę by potęsknił, ale jeszcze
szybko by zapomniał i potem pamiętał tylko ze zdjęć i opowieści. Ale wiem, że
już teraz czuje niepokój o mnie, to znaczy, że już w takiej małej istotce
muszą drzemać jakieś tajemnicze instynkty. Czym są one powodowane? Są
wrodzone czy wyuczone w trakcie okazywania mu miłości? To pytanie raczej
retoryczne dla mnie, ale jak ktoś zna odpowiedź, może się podzielić.
Obserwuj wątek
    • lila1974 Re: Refleksje nad niepokojem 14.03.05, 11:27
      Podobnie jak Ciebie i mnie rozczula troska dzieci o rodziców.
      Wczoraj polegiwałam troszkę, bo mnie jakieś choróbsko dopada. Drzemałam na
      kanapie, a tu czuję małe ustka dotykające mojego czoła i małe łapki naciągające
      na mnie kocyk.
      Bardzo mnie tym rozczuliła.

      Wygłupy odbiera już z przymrużeniem oka, choć rzuca się na ratunek, to ze
      śmiechem a nie z przerażeniem. Ale podniesionego głosu nie toleruje, więc w jej
      obecności nie mogę mężowi robić wyrzutów, bo natychmiast wkracza jako rozjemca.
    • kalina_p Re: Refleksje nad niepokojem 14.03.05, 11:31
      Moja mała straszniemnie wzrusza, ma 10 m-cy i juz się o mnie martwi. Ostatnio
      mąż w żartach podniósł mnie a ja krzyknęłam - spojrzała przerażona na mnie i w
      płacz i nie chciała się przez chwilę do taty przytulić, dopiero, jak ją oboje
      pzytulilismy i tłumaczylismy, ze to żart i że wszytsko jest w porządku. Kochana
      jest, taka mała...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka