Dzisiaj usłyszałam od męża, że jest już pewien na 100%, że mam gdzieś (czyli
w tyle) naszą córeczkę.
Fajnie - nie? A teraz się dziwi, że mu nie dałam całusa na dobranoc.
Wrrrrrr!!!!
Poświęciłam się na maksa - zrezygnowałam z pracy, zawiesiłam studia, siedzę w
domu, wychowuję dziecko. Nie robię nic dla siebie - i dziś takie
stwierdzenie. A dlaczego?
Bo wczoraj będąc na działce chciałam sobie trochę w spokoju na słonku
poleżeć, bo w nocy nie miałam siły, by małą ululać (pierwszy raz się to
zdarzyło, a nie miałam siły bo huknęłam wczoraj głową w otwarte okno myjąc
podłogę przez co mnie głowa bolała i miałam zawroty), bo dziś się wkurzyłam
(po całym dniu noszenia małej - bo ma etap MAMA) przed wyjściem na spacer -
bo mała piszczała/marudziła i ściągała czapkę z głowy - i mój małżonek mnie w
kilku słowach podsumował.
Mam do niego ogromny żal, zwłaszcza, że to on częściej i więcej wzdycha ze
zmęczenia - kiedy mała marudzi, piszczy i chce się nosić. Ja jestem do tego
wszystkiego przyzwyczajona - czasem mi puszczają nerwy - ale najczęściej
kończy się to tym, że sobie przyklnę i już jest odreagowane, a nasz tatuś
wzdycha i narzeka - wymagając od ośmiomiesięcznego dziecka pełnego zrozmienia.
Brak mi sił i smutno mi okropnie. Tyle poświęcenia, wysiłku wkładanego w
opiekę nad dzieckiem każdego dnia - i taka wdzięczność z jego strony. Teraz
już rozumiem dlaczego olał w tym roku mój pierwszy Dzień Matki. Bardzo mi
przykro