mamadwojga
12.09.05, 07:53
Maks prawie wylądował tej nocy w szpitalu. Około północy zaczął się dusić,
charczeć, ciężko oddychać. Doszła wysoka temperatura. Wezwaliśmy pogotowie.
Karetka zawiozła nas do szpitala. W szpitalu dostał jakiś zastrzyk, inhalację
i pani doktor powiedziała że chcą go do rana zatrzymać na obserwacji i jak
nic się nie będzie działo to pójdziemy do domu. Podpisaliśmy zgodę na pobyt w
szpitalu i przetransportowano nas na oddział dziecięcy. Tam okazało się że
Maks ma dostać antybiotyk dożylnie i panie zaczęły szykować wemflon. Bardzo
się zdziwiłam tym antybiotykiem bo wcześniej nie było o tym mowy. Pediatra
zadzwoniła jeszcze raz na laryngologię i po bardzo niemiłej rozmowie
wypisaliśmy Maksia (jeszcze dobrze niezapisanego) ze szpitala na własne
żądanie. Lekarka laryngolog twierdziła że to najprawdopodobniej wirus a
antybiotyk to tylko na wszelki wypadek. Byłam bardzo zdenerwowana tym
antybiotykiem bo unikam podawania dzieciom niepotrzebnych leków.
Do rana czuwałam przy łóżeczku nasłuchując oddechu synka. Jeszcze śpi. Mam
okropny niesmak po tej nocy.
Miałam rację zabierając go ze szpitala?