Właśnie wróciłam ze sklepu, w którym okazało się, że jestem wyrodna matką.
No cóż.... Było to tak:
W domu pusta lodówka. Więc zapakowałam Bąbla i psa do wózka i ruszyłam
zdobywać pożywienie. Na hali osiedlowego marketu zostawiłam "mój bagaż" tuż
przy wózkach sklepowych, naprzeciw kas. Stoję w kolejce po mięso (dłuuuugiej
kolejce). Nagle wyrasta przede mna chyba kierowniczka sklepu z pytaniem czy
dziecko w wózku jest kogoś z nas (ludzi przy danym stoisku). Zgłaszam się
przerażona myślać: parwano mi syna, nie żyje, pies zwiał itd. Ona usmiecha
się i mówi: to dobrze, bo mysleliśmy, że ktoś podrzucił dziecko. (?) Pytam
czy płacze, ona odpowieda, ze nie i mam się nie stresować. Więc ja narzucając
jeszcze bardziej tempo biegam pomiedzy półkami. Podchodzę do kasy i nagle....
Obca kobieta z około trzy letnim dzieckiem na rękach drze jadaczkę na całe
gardło, że powinnam wjechać z wózkiem na halę, jak ja tak mogę i jestem taka
i owaka....
Pociemniało mi w oczach. Pioruny zaszły pod powiekami, spłynęła piana na
usta, serce mocniej zabiło ... (to o mnie)
Odpaliłam, nieco podniesionym głosem, ze ma pilnować i zajmować sie własnym
dzieckiem i jak ona sobie wyobraża jazdę takim duzym wózkiem po sklepie
(nawet nie ma mozliwosci wjechania nim przez bramke). Na koniec glosno
powiedziałm sobie pod nosem: glupia małpa i poszłam do kasy. Na moj widok
szybciutko uruchomiona jeszcze jedną kasę, wię nie musiałam stać już w
kolejnej kolejce. Oczywiście mojego Dawida obejrzało pół osiedla (chyba każdy
zajrzał do wózka).
No cóż... Może i jestem wyrodna matką ale następnym razem również nie wjadę
wózkiem na halę. A do swojego matkowania nie ma żadnych zastrzeżeń, no może
poza brakiem cierpliwości i chęcią niekiedy uduszenia potomka zasikaną
pieluchą (

).
Wiuem, że wątki o wyrodnych matkach były. Czytałam i wypowiadałam się, ale
nie miałam pojęcia, że tak szybko dołączę do ich grona.
"Bądźcie pozdrowione" wyrodne matki