Rzecz będzie o moich relacjach. Proszę o radę, bo się pogubiłam.
Moja mama jest odsobą despotyczną (ojciec raczej nic do powiedzenia nie ma,
więc pomijam ten wątek). Nie uznaje innych racji. Tak dalece potrafi
argumentować swoje, prowadząc logiczne wywody, ze w końcu zawsze
t.e.o.r.e.t.y.c.z.n.i.e. wychodzi na jej.
Zanim wyszłam za mąż nie było wesoło. Nie mam spokojnych wspomnień, chociaż
próbuję. Maksymalnie wypełniano mi czas, jak nie obowiązkami związanymi z
nauką (choćby dodatkową), to obowiązkami w domu (codziennie po szkole lista:
obiad, sprzątanie to była norma od podstawówki - potem sprawdzanie czy
dokładnie zmyłam podłogi, etc.). Krzyku w domu było co niemiara. O wszystko.
Świadectwo musiało być z paskiem.
Na zwenątrz wszystko wyglądało ok. W dodatku na finasową stronę narzekac nie
mogłam, ale to akurat marne pocieszenie, że ma sie na tyłku spodnie za kilka
stów, a w domu afery o byle co. Musiałam być najlepsza. Zawsze byłam
strofowana - źle się uśmiecham, źle się kłaniam.
Studia lukratywne skończone, a jakże.
A co we mnie? Ból i tęsknota za miłością. Z tego powodu spotykałam się z
najmniej odpowiednimi facetami (bylo mi wszystko jedno, byleby okazywal
uczucie), chorowałam na bulimię.
Wszystko to skończyło się gdy poszłam na swoje. Spotkałam normalnego faceta,
który jest od paru lat moim mężem i z którym mam teraz 3 dzieciaków.
Pracujemy. Mamy się dobrze. Nie powielam schematów z domu. Maż jest moim
partnerem, dzieci mają prawo do własnego zdania i o ile nie zagraża to ich
bezpieczenstwu - z reguły je respektujemy.
A co dalej z mamą? Nie potrafię uzdrowić tych relacji. Mieszkamy z dala od
siebie. Nie wtrąca się w nasze życie z radami (przystopowałam zapędy), tylko
nagle się robi taka rodzinna, dbajaca, że wymiękam. Chciałaby do nas
przyjeżdżać co tydzień i rzuca te propozycje jakby nigdy nic, że niby takie ot
"co robicie w niedzielę", ale jak już plan jej nie wypali - łzy i cierpienie.
Te łzy są coraz częściej - nikt jej nie rozumie, a przeciez ona wiele nie
wymaga... . Z ojcem moim przwie nie rozmawiają, koleżanek ma o tyle o ile, bo
przeciez ta to, a ta tamto, z bratem nie rozmawia od lat. Argumenty ma na
wszystko. Jest bardzo trudna. Ale to matka.
Nie wiem, jak sobie poradzić z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony żal o to
co było, z drugiej - teraz jest ok (znaczy poprawnie) między nami (odległość i
własne życie zaleczają rany).
Ostatni jej płacz był o to, że ponieważ byli u nas na obiedzie w ubiegłym
tygodniu (akurat miałam imieniny) i składali też życzenia mojemu mężowi (ma
imieniny w sobotę), nie przewidziałam, że bedą chcieli mu winszować osobiście
jeszcze raz w dniu imienin. Sądziłałam, że po prostu zadzwonią, zwłaszcza iż
byli trochę w rozjazdach, więc myślałam, że brak czasu w ogóle im na wizyty
nie pozwoli. Trochę chciałam świętować bez nich, to prawda, trochę się
zakręciłam. I nie zapraszałam. Wprosiła się, no bo jak to? Nie przwidziałam? I
łzy.
Nie mam siły. Nie stać mnie na obiektywną ocenę. Pomóżcie

.
Ada