Witam
Zacznę od tego, że 5 lat studiowałam dziennie, byłam aktywna zarówno
towarzystko jak i "sportowo" i ogólnie nie narzekałam na życie. Teraz siedzę
w domu z trzylatkiem i czekam na drugiego bobasa i dostaję na głowę. Dzień w
dzień to samo, taki sam układ dnia, takie same emocje, takie samo wszystko.
Towarzystwa 0 gdyż to mała miejscowość i nie mamy tu dobrych znajomych, nic
tu się nie dzieje a do miasta daleko. Na jakieś szaleństwa nas nie stać a jak
mam się spotkać z koleżankami to mąż kręci nosem bo dojazd nie pasuje, bo kto
z Kasią zostanie itp. Jedyne spotkania to z rodziną i tu zaczyna się
problem...
Jestem w drugiej ciązy i nie wiem dlaczego ale jestem bardzo nerwowa. Zdaje
sobie z tego sprawę, że pewne rzeczy widze o wiele wiele gorzej niż przed
ciążą. Reaguje o niebo gorzej a w zasadzie wszystko się obija o to, że jak
jedziemy do rodzinki to zawsze jest alkohol i mój mąż jest uradowany. Ja znów
w chwili obecnej nie znoszę widoku i zapachu wódki. Obiecał mi tyle razy, że
wypiej kieliszek dwa a wygląda to tak, że tak długo siedzi aż dna nie zobaczy
z rodzinką (szwagier, brat itp). Dostaję szału jak widzę, że obiecanki idą w
las. Jeszcze mówi, że przecież widzi się tak sporadycznie więc chyba może
sobie wypić, ale obawiam się, że gdyby częściej się widział to byłoby tak
samo

. Jak wy podchodzicie to tych spraw?
Druga sprawa to taka, że całe sprzątanie w domu na Święta zrobiłam zupełnie
sama bo mąż był zapracowany na dodatek mama (mieszkamy pod jednym dachem, ale
mamy oddzielne wejscia) poprosiła go o założenie paneli na ścianie -
koniecznie przed świętami - więc byłam sama w domku do poznego wieczora.
Kiedy Kasia chciała isć do babci to mama marudziła, że ma tyle roboty a Kasia
się kręci i przeszkadza, więc w ramach rekompensaty jak mała zasnęła pomyłam
mamie okna i poprasowałam całe pranie (było tego z 4 pralki). W sobotę o
godz. 8 rano nakrzyczała na mnie, że nawet ciasta nie dokończyłam (święta
obchodzimy razem). Ręce mi opadły bo ja jestem w 7 m-cu ciąży i ledwo
wieczorem chodzę a ona mi takie wyrzuty robi...

( bo "siedziała do 3 rano i
nie mogła się wyrobić".
Nie wiem, czy ja to wszystko widzę inaczej, czy coś ze mna nie tak i tylko
psycholog mi pomoże czy co. Jest mi tak smutno a przecież mamy Wielkanoc...a
ja pokłocona z mężem (o alkohol) i z mamą o ciasto.
Ech chyba czas zmienić podejście do życia i do pewnych spraw tylko jak to
zrobić?
Przepraszam za tak dołującego posta w czasie kiedy trzeba się cieszyć, ale
nie mam z kim pogadać a zły mi się z tego wszystkiego cisną do oczu
Selka co sie nie cieszy Świętami dzięki swojej rodzince