monikaz13
15.05.06, 15:51
------------------------------------------------------------------------------
--
Mój synek, Julian urodził się 28 kwietnia o godz.10 30 przez cięcie
cesarskie. Był małym uparciuchem bo do końca ciąży siedział w brzuszku głowką
do góry, cały czas przytulony do serduszka mamy. Przerósł swojego braciszka
Franka (2,5lat) przy urodzeniu. Miał 3670 g i 58 cm. Dostał najwyższą "notę"
10 punktów w skali apgar. Około godz.20 pielęgniarka która od jakiegoś czasu
zaglądała co chwilę na salę, zabrała Julka. Już mi go nie przyniesiono
spowrotem. o 22 świat mi się zawalił, okazało sie że Julek urodził się z
bardzo powazną wadą serduszka, został na odziale intensywnej terapii, mój ból
w sercu był przeogromny i pełno myśli jak to możliwe? przeciez tyle badań?
tylu lekarzy robiło mi usg w ciąży w tym usg doopelerowskie. Rano synek
pojechał do Warszawy do centrum zdrowia dziecka, mój mąż go odprowadził do
karetki a za 3 godz. był już w pociągu do Warszawy. Jeszcze parę godzin temu
nie mieliśmy dwóch synków na świecie teraz nasze serca były już podzielone na
dwa serduszka.Dowiedziałam się ze mój malutki synek miał wadę tak bardzo
żadką (1/200 przypadków). Po trzech dniach wypisałam się ze szpitala i
pojechałam do mojej kruszynki i męża który jak lew walczył o swojego synka,
siedział z nim na intensywnej terapii jak tylko lekarze mu pozwolili, mówił
cały czas do niego, modlił się, i poruszył dosłownie całą ziemie zbierając
informacje i kontakty żeby tylko pomóc Julkowi.
Julek żył 8 dni, przebył dwie bardzo ciężkie i długie operacje zakończone
sukcesem, ale był juz bardzo słaby i zmęczony, dał nam jeszcze ogromną
nadzieję i po tej ostatniej operacji która trwała 9 godz. wrócił do nas. To
był pierwszy wieczór od pobytu w cenyrum kiedy na naszych twarzach powoli
zagościł uśmiech, powoli wracały plany na nasze życie we czwórkę, chodziliśmy
jakbyśmy unosili się w powietrzu ze szczęścia, to była nadzieja że to już
koniec niepewności , bólu i cierpienia. Zasneliśmy bardzo szybko była to
godz.23, żeby jak najszybciej się obudzić i iść do naszego serduszka i
powitać nowy lepszy dzień. w nocy o godz.24 30, zadzwonił telefon ze
szpitala...Nasz synek zasnął razem z nami po 23, chyba szczęśliwy bo udało mu
sie nas zobaczyć ostatni raz uśmiechniętych. Teraz jest wśród aniołków i
czówa nad swoim braciszkiem.
Próbujemy żyć dalej, mamy przecież jeszcze nasze drugie serduszko Frania.
Nie zadajemy sobie już pytań dlaczego?.....dlaczego my? za co? czy wogóle
istnieje bóg? a skoro istnieje, to co to za bóg? dlaczego pozwolił nam na
nadzieję a potem nam ją odebrał?
Ja na dzień dzisiejszy bym tylko krzyczała ze złości, bo łez mi już zabrakło,
jestem zła na siebie, że nie doceniałam każdej chwili kiedy miałam go jeszcze
przy sobie, że nie mogłam się ruszyć po porodzie, że zasnełam a powinnam
patrzec sie na niego , mówić, przytulać. Zazdroszczę wszystkim którzy mogli
go trzymać na rękach, zazdroszczę mężowi który przebrał jego pierwszą kupkę.
Nie tak miało być.....miałam ci krok po kroku pokazać świat...mam ci tyle do
powiedzenia....
Juleczku twoje serduszko na zawsze ma miejsce w moim sercu.....kocham cię
mama