Dodaj do ulubionych

mam rację czy nie mam?

10.08.06, 17:10
Już sama nie wiem czy mam rację, czy może jestem zbyt czepliwa. A problem
jest dość palący, bo zwykle kończy się awanturą w domu. Ale do rzeczy. Chodzi
o brata męża i jego rodzinę, a konkretnie o zachowanie całej trójki w naszym
domu. Ich wizyty zawsze wywołują u mnie niepokój o to, w jakim stanie będzie
dom po ich wyjściu. Wchodzą, jak do siebie. Często nie zdejmują butów i
panoszą się po całym domu. Nawet gdy drzwi do jakiegoś pokoju są zamknięte
bratowa męża i tak wejdzie tam ze swoim prawie trzyletnim synkiem. Synek
oczywiście przestawia co się da, a ta go jeszcze zachęca proponując mu na
przykład umycię rąk w bidecie czy wejście do szafy z przesuwanymi drzwiami.
Częstym efektem ich niezapowiedzianej wizyty po naszym sobotnim sprzątaniu
domu jest konieczność ponownego doprowadzenia wszystkiego do ładu. Najgorsze
jest to, że nigdy po sobie nie sprzątają. Skoro już wynajdą małemu materac do
zabawy (który leży w worku w jednym z nieużywanych pokoi), to powinni go
potem zwinąć do tego worka i pokój zostawić po sobie w takim stanie, w jakim
go zastali. Niestety tak się nie dzieje. Byli u nas wczoraj i nie zdjeli
małemu butów. Dzieciak, jak to trzylatek, łaził gdzie go oczy poniosły. No i
zaczął się wspinać na kanapę. Nie mógł na nią wejść i pomagał sobie nogami. W
efekcie zostawił ślady butów na ścianie, która malowaliśmy 2 tygodnie temu.
Oczywiście zwróciłam uwagę bratowej, że powinna jakoś zareagować na
zachowanie swojego dziecka i zmyć brud ze ściany. Ona na to "no jeżeli to
jest rzeczywiście problem, to ona zaraz to wytrze" i poszła po jakąś szmatę.
Dobrze, że w ogóle raczyła ten brud zetrzeć ze ściany, ale nie powstrzymała
się od komentarza "przecież macie takie dobre farby, więc wszystko bez
problemu się doczyści". Mam tego dość. To mój dom i jak zamykam drzwi do
jednego z pokoi (i to na piętrze, a gości zawsze przyjmujemy w salonie na
parterze), to widocznie nie chcę aby nikt obcy tam wchodził. Poza tym sama
idąc do kogoś z wizytą nie włażę mu wszędzie bez pytania i staram się nie
robić bałaganu. To, co mnie w tej sytuacji wkurza maksymalnie, to reakcja
mojego męża. On twierdzi, że jemu to tak bardzo nie przeszkadza i za nic w
świecie nie chce mnie wesprzeć, gdy proszę go aby choć czasami to on, a nie
tylko ja, odezwał się i zwrócił uwagę bratu lub jego rodzinie. Może
rzeczywiście jestem przewrażliwiona. Może powinnam im pozwolić na wszystko i
cieszyć się, że wpadli no nas. Niestety na razie ze zgrozą myślę o tym, jak
ich okiełznać kiedy wpadną z wizytą po tym, jak urodzi nam się dziecko (a
termin mam na dzisiaj). Jak pogodzić obecność wszędobylskiej rodzinki z
czystością i spokojem, który przydałby się noworodkowi, zwłaszcza w
pierwszych dniach życia.
Obserwuj wątek
    • koala500 Re: mam rację czy nie mam? 10.08.06, 17:13
      Uważam, że masz rację , ale nie mam pojęcia co powinnaś w tej sytuacji zrobić,
      jednak wydaje mi się że wsparcie męża w tej sytuacji jest konieczne.
      Pozdrawiam, życzę szybkiego porodu i zdrowego ślicznego dzidziusia.
    • mysia-mysia Re: mam rację czy nie mam? 10.08.06, 17:21
      A kto sprząta po ich wizytach? Jeśli mąż to może niech zostanie tak jak jest. W
      przeciwnym wypadku ustal z mężem że albo z nimi porozmawia (jemu powinno być
      łatwiej skoro to jego rodzina a poza tym może to zrobić przed ich wizytą a nie w
      trakcie) albo niech sprząta po nich.
    • aneta76 Re: mam rację czy nie mam? 10.08.06, 17:24
      Moze zaloz zamki w drzwiach.
      Dziwie sie ze rodzinka widzac twoja niechc do ich wizyt ciagle Was nawiedza... moze robia to dla meza...
      A tak wogole jak mezowi to nie przeszkadza to moze niech on doprowadza dom do uzycia po ich wizycie...
      • czarka77 Re: mam rację czy nie mam? 10.08.06, 17:39
        Zobaczysz, gdy sama będziesz miała dziecko wink)

        A tak na serio: może zorganizuj małemu jakąś zabawę, kup "na zaś" klocki czy
        cośtam (drewniane puzzle - są dość trwałe, kręgle, pianinko, cokolwiek), co i
        tak przyda się potem Waszej pociesze. Kiedy mały będzie miał zajęcie, nie
        będzie szukał przygód w innych pokojach i ciągnął za sobą wścibskiej mamusi. Ja
        też szczerze nienawidzę panoszących się gości. No ale u mnie nie ma się gdzie
        panoszyć ;-(

        Pozdrawiam, życzę zdrówka.
        • moccia1 Re: mam rację czy nie mam? 11.08.06, 00:49
          to fakt ze jak bedziesz miala wlasne to troche Ci sie zmieni perspektywa, tak
          jak to nieoczekiwanie bylo ze mna wink))

          Wogole zastanawiam sie czy Ci ludzie to nie sa nasi znajomi - identyko, dziecko
          3 letnie, rodzice nie reaguja na nawet najglupsze zabawy, a nawet zachecaja bo
          maja wtedy troche spokoju. No i to wlazenie w rozna katy mnie tez wpienia
          maksymalnie. Jestem dosc spokojna, ale jak mlody wlazl na kocyk mojego syna w
          ubloconych butach, to nie wytrzymalam.
          Jedyny sposob to natychmiastowa ostra reakcja. Troche jest wkurwu, ale szybko
          im mija. Powoli sie ucza ze u nas wszystkiego nie mozna, ale opornie!
    • alfama_1 Re: mam rację czy nie mam? 11.08.06, 00:56
      Dobrze by było, gdyby obie strony trochę pomyślały.
      Brat męża z żoną o tym, żeby nie robić Wam zbyt dużego bałaganu.
      Wy o tym, że goście nie powinni sprzątać po sobie w obcym domu i oczekiwanie od
      nich tego jest conajmniej dziwne (bratowa biegająca z Waszą ścierką po Waszym
      mieszkaniu).
    • kasik751 Re: mam rację czy nie mam? 11.08.06, 01:07
      Lazenie swobodnie po wszystkich katach i przestawianie cudzych rzeczy,
      otwieranie szaf itd. w nieswoim domu - absolutnie nie. Do glowy by mi nie
      przyszlo, zeby mojemu bratu latac w ten sposob po chacie. Jedyna szafka, ktora
      otworze, to ta w kuchni, gdzie sa kubki i kawa.
      Kontrolowanie siebie i dzieci, zeby nie narobic komus w jego domu syfu -
      absolutnie tak, podstawowa sprawa. Pod ziemie bym sie zapadla, gdyby ktos po
      mojej wizycie zamawial pranie dywanow czy obic, a i tak bywa smile

      Dzieci brudza - ale da sie to opanowac. Mam znajomych, po ktorych dzieciach nie
      musze robic remontu i takich, po ktorych zostaje sajgon - tych ostatnich nie
      zapraszam.
      A poza tym nie uznaje niezapowiedzianych wizyt nikogo.
      W ogole to masz racje, ale kurcze zrob po prostu z tym wszystkim porzadek i
      doprowadz do ustalenia zasad.
      Przeciez to paranoja, zeby sie czlowiek we wlasnym domu jeszcze musial
      denerwowac.
      Wszystko powyzsze przy zalozeniu, ze Twoj opis jest rzetelny i faktycznie tak
      to wyglada, a nie jedziesz po szwagrze, bo cos tam Ci nie lezy.
      • barie Re: mam rację czy nie mam? 11.08.06, 12:23
        Dzięki za odzew na moje wątpliwości. Po szwagrze nie jadę, a tym bardziej po
        szwagierce, bo mimo wszystko ich lubię = dobrze się z nimi gada a i imprez
        kilka zaliczyliśmy razem. Zdaję sobie sprawę z tego, że po urodzeniu dziecka
        moje podejście do zachowana zarówno rodziców, jak i trzylatka ulegnie zmianie.
        Dlatego staram się nie czepiać o każdy drobiazg. Głęboko wierzę jednak w to, że
        nie będę miała aż takiego fioła na punkcie swojego dziecka, jakiego ma bratowa
        na punkcie jej trzylatka. Babka siedzi na wychowawchym już trzeci rok i synek
        nie ma przy niej ani chwili spokoju. Co by nie robił mamusia zaraz woła go po
        imieniu i proponuje mu to i owo jako zajęcie alternatywne. Po kilku takich
        zaczepkach dzieciak robi się jękliwy, porzuca swoje dotychczasowe zajęcie,
        przerywa nam rozmowę i ciągnie matkę tam, gdzie mu zaproponowała. Dalszy
        scenariusz już znacie. Mam nadzieję, że nie odbije mi w podobny sposób na
        punkcie mojego dziecka. W październiku wracam do pracy na kilka dni w tygodniu
        i podejrzewam, że nie będę miała tyle czasu, aby tak bardzo uprzykrzać życie
        swojemu własnemu dziecku. Mam też nadzieję, że wraz z narodzinami dziecka
        stracę trochę cierpliwości do brata męża i jego rodziny, nabiorę więcej
        asertywności i częściej będę im zwracać uwagę na zachowanie, które mnie
        denerwuje (ich zachowanie w moim domu) - bez względu na to czy mój mąż mnie w
        tym wesprze czy też nie. W końcu to mój dom i mam prawo wymagać od innych, aby
        stosowali się do zasad w nim panujących (oczywiście w granicach rozsądku i
        ogólnie przyjętych norm gościnności). Co do sprzątania przez bratową po jej
        dziecku - w 9 miesiącu ciąży nie będę latała ze ścierą za nie moim dzieckiem. A
        mamusia trzylatka co miałaby w tym czasie robić? Siedzieć z założonymi rękami i
        zachęcać dzieciaka do podobnego niesubordynowanego zachowania? Niech pilnuje
        dzieciaka i sprząta po nim skoro nie chce mu zwracać uwagi, gdy ten brudzi moją
        ścianę ubłoconymi butami.
        • barie Re: mam rację czy nie mam? 11.08.06, 12:31
          No i jeszcze coś mi przyszło do głowy. Trzylatek jest zupełnie innym dzieckiem,
          gdy na horyzoncie nie ma jego mamy. Wystarczy mu raz powiedzieć, że ma nie
          wchodzić na piętro (u nas w domu) i dziecko od razu wie, czego ma nie robić.
          Czasami popatrzy się wzrokiem zabójcy na zwracającego mu uwagę, ale za chwilę
          zapomina o tej swojej wrogości i wraca do roli kochanego trzylatka. Niestety
          zwykle przychodzi do nas wraz ze swoimi rodzicami, a tych nie da się tak
          łatwo "wychować".
          • mruwa9 Punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia 11.08.06, 12:53
            poczekaj, az sama zostaniesz mama trzylatka. Zycze powodzenia.
            Najlatwiej wychowuje sie cudze dzieci i opiniuje cudze bledy wychowawcze.
            Nie jest w porzadku, ze Twoi krewni tak sie panosza w Waszym domu.
            Nie jest uprzejme zmuszanie gosci do sciagania butow czy sprzatania za soba.
            Osobiscie nie cierpie chodzic w gosci do domow, w ktorych nie ma dzieci, bo
            zwykle zamiast sie zrelaksowac wizyta, biegam za dziecmi, pilnujac, zeby
            niczego nie ruszaly (szkla, ostrych przedmiotow, plyt cd, dokumentow, itd).
            Jesli sa inne dzieci, czasem sa zle, gdy moje probuja ruszac ich rzeczy,
            zabawki. Ot, norma dla wieku. A juz najbardziej nie cierpie chodzic do domow,
            ktorych wlasciciele traktuja owe domy jak oltarzyki, cel sam w sobie, zmuszajac
            gosci do przesadnego holubienia wszystkiego, a najlepiej do niedotykania
            czegokolwiek i poruszania sie w powietrzu.
            Oczywiscie, ze dzieci czesto bardziej sie przejma zakazem postawionym przez
            kogos obcego, niz przez mame. No to sama zakaz dziecku wchodzenia na schody.
            Pod pretekstem bezpieczenstwa Waszego przyszlego dziecka zamontuj bramke na
            dole schodow, odcinajac mlodemu eksploracje pietra. Powiedz mu i jego mamie, ze
            tam nie wchodzimy i koniec. Mlody byc moze (prawdopodobnie) smiertelnie sie u
            Was nudzi, wiec pomysl z jakims prezentem, zabawkami dla niego, uwazam za
            swietny. Chociazby blok i kredki albo jakies klocki. Mieszkacie w domu, zapewne
            macie ogrodek, to przyjmuj gosci na dworze, ograniczajac wstep do domu do
            minimum. A sprzatac po gosciach moze Twoj maz.
            • aleksandrynka Re: Punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia 11.08.06, 13:18
              > poczekaj, az sama zostaniesz mama trzylatka.
              No, ma na to 3 lata smile

              Najlatwiej wychowuje sie cudze dzieci i opiniuje cudze bledy wychowawcze.

              nie wiem, czy najłatwiej, nie wiem też, czy w głównym poście chodzi o
              wychowywanie tego dziecka. To wszystko o rodzicach przecież. Chłopak jak to
              małe dziecko - ciekawski, wszędzie zajrzy, wszystkiego dotknie. Norma. I nie
              tego się dziewczyna czepia, ale postawy opiekunów - o ile dla dziecka mam sporo
              zrozumienia to dla nich już nie - nie są u siebie, więc powinni starać się nie
              sprawiać zbyt wielu kłopotów - nie chcę, żeby to źle zabrzmiało... Łażenie po
              szafkach i pozwalanie na błocenie ścian czy kanapy wykracza, jak dla mnie, poza
              standardy i ramy tolerancji dla przybyszy, dziecko ma swoje prawa, a opiekun
              obowiązki wobec niego. A w tym wypadku opiekun wręcz zachęca dziecko do
              eksplorowania terenów, których gospodyni nie życzy sobie udostępniać. Gościom
              wszystko wolno? Skąd! ALE skoro czują się tam na tyle swobodnie, żeby wszędzie
              włazić i robić sajgon, to niech będą w tej swobodzie konsekwentni i po sobie
              posprzątają smile)) Czują się jak u siebie? Świetnie, tu jest ściera smile

              Powiem tak - byłam kiedyś z roczniakiem u przyjaciółki, młody (zaznaczam,
              roczniak, nie trzylatek, który więcej zrozumie) dobrał się do płyt, które z
              przepraszającym uśmiechem odłożyłam na wyższą półkę, później nieźle nakruszył
              na sterylnym niemal dywanie (mówimy o pedantce), później poskakał po łóżku...
              Kurka, no nie przywiążę dzieciaka, ale też czułam się zobowiązana do
              posprzątania po nim i przeproszenia za "niedogodności" wynikłe z naszej wizyty.
              Nie było problemu, chociaż bałagan działa na nią jak płachta na byka.

              Dziecko tej przyjaciółki zaraz skończy rok - byli u mnie wczoraj. Dziewczyna
              drgała nerwowo za każdym razem, jak młody ściągnął z półki książkę, jak rwał
              gazety... Spoko! Powiedziałam,żeby wyluzowała, nic się nie stało. To tylko małe
              dziecko. Gdyby siedziała sobie na kanapie i nie zwracała uwagi na to, że maluch
              rujnuje mi dżemem tapicerkę pewnie bym się wkurzyła, ale ona starała się
              pilnować dziecka tak, jak ja kiedyś swojego u niej.
              W tym przypadku liczą się intencje, efekty bywają różne, bo mówimy o małych
              dzieciach. Jeśli ktoś by mi wywracał dom do góry nogami bo "dziecku się nudzi",
              to ja bym wolała chyba spotykać się u nich lub na neutralnym gruncie, niż
              fundować sobie popołudnie ze ścierami, szczególnie w końcówce ciąży.
              A, własnie:

              Mlody byc moze (prawdopodobnie) smiertelnie sie u
              > Was nudzi, wiec pomysl z jakims prezentem, zabawkami dla niego, uwazam za
              > swietny. Chociazby blok i kredki albo jakies klocki

              jak gdzieś z dzieckiem do ludzi idę to nie oczekuję, że gospodarze na tą
              okoliczność kupią wór zabawek, tylko staram się zawsze zabrać coś z domu,
              samochody, książki, to moja sprawa i mój obowiązek.
              • ageminix podpisuje sie pod aleksandrynka n/t 11.08.06, 13:27

              • pade Re: Punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia 11.08.06, 14:52
                aleksandrynka, nic dodać nic ująćsmile
                autorko wątku: masz rację.
      • kraxa siostrzenica mojego bylego malza 11.08.06, 15:02
        Miala w zwyczaju bezpardonowe bagrowanie nam po chacie- anie byla juz taka
        mala. Miarka sie przebrala, gdy ktoregos razu wkroczyla do pokoju w ktorym
        siedzielismy z jej rodzicami cala dumna i blada i oswiadczyla, "a ja wiem, ze
        pod ta szkatulka ( czy innym bibelotem) trzymacie pieniadze, i macie tam 1300
        zl". Oczywiscie ani rodzice ani byly ani slowem nie pisneli, ale ja zrobilam mu
        awanture jak juz wyszli. dla mnie to niedopuszczalne, nawet jesli szpiegule sa
        bardzo nieletnie, po to maja starych, zeby reagowali
    • ewa2233 Re: mam rację czy nie mam? 11.08.06, 15:00
      >>Trzylatek jest zupełnie innym dzieckiem, gdy na horyzoncie nie ma jego mamy<<

      Nie tylko trzylatki są takie smile To chyba reguła jest.

      Nie ma tu nic do rzeczy, że masz czy nie masz dzieci. Poprosiłabym zwyczajnie,
      przy następnej wizycie: nie wchodźcie na górę, niech mały bawi się tu, albo w
      pokoju bok. I tyle. Bez tłumaczenia się dlaczego. To samo z butami u dzieciaka.
      Poprosiłabym czy można Mu zdjąć jeśli ma ochotę wchodzić na łóżko, fotel czy
      materac.
      Tak normalnie, bez żalów i kłótni.

      Mi się tam pogląd na takie sprawy nie zmienił po urodzeniu dzieciaków smile
      (to w kwestii: "zobaczysz jak będziesz miała swoje")
      ----------------------------------------------------------------
      çççççççççççççççççççççĂççĂç
      "- skinął przecząco głową"*
      * "Kod Leonarda da Vinci"
      • ewa2233 Re: mam rację czy nie mam? 11.08.06, 15:02
        A jeśli mąż by "marudził", powiedziałabym tylko: "OK. ty sprzątasz"."
        smile
        --------------------------------------------------
      • mruwa9 asertywnosc, kolezanki, asertywnosc 11.08.06, 15:08
        gdyby u mnie dziecko w butach chcialo sie wspinac na kanape lub lozko, lub
        budowac igloo z poscieli (mam takie dzieciaki w rodzinie), nie boje sie
        powiedziec dziecku,tak samo, jak by to bylo moje: poscieli nie ruszamy, nie
        zgadzam sie, a jesli chcesz wejsc na kanape, to chodz, sciagniemy buty, bo po
        kanapie nie depcze sie w butach.
        Zwlaszcza ze autorka watku jest w dosc bliskiej zazylosci z goscmi.
        • kraxa a ja mam wrazenie ze wlasnie czuje sie niepwenie 11.08.06, 15:17
          bo wlasny malz jakos nie jest do jej racji przekonany, znam to niestety z
          autopsji, to byly trudne sprawy
    • gosia1004 Re: mam rację czy nie mam? 11.08.06, 15:26
      M A S Z R A C J Ę !!!!!!!!
    • gosia1004 Re: mam rację czy nie mam? 11.08.06, 15:32
      A NAPISZE COS JESZCZE. WKURZAJĄCY SA NA MAXA. JAK ONI MOGLI ROBIĆ CI TAKI
      BURDEL W DOMU SKORO WIEDZIELI ZE JESTES W ZAAWANSOWANEJ CIAZY! SKAZYWALI CIE NA
      SPRZATANIE PO NICH!!!!!!!! NO SWIETNE PODEJSCIE! A POZA TYM MUSISZ IM OSTRO
      POWIEDZIEC: DOSC! JA TEGO NIE ZROBILAM DO TEJ PORY I MAM ZA SWOJE -
      WSZEDOBYLSKA RODZINKE NON STOP U SIEBIE, ZYGAM JUZ ICH TOWARZYSTWEM. NIE MOGE
      POCHODZIC SOBIE W MAJTKACH PO DOMU BO MUSZE BYC GOTOWA NA WIECZNIE WPRASZAJACA
      SIE TESCIOWA I INNYCH..A DZIECKO....TARMOSZONE, CMOKANE, WYMAMLANE, BRANE BEZ
      ZADNEGO PYTANIA MNIE O ZDANIE NA RECE, NA SPACER I T D. POWIEDZ : NIE ZANIM
      BEDZIE ZA POZNO! I TRZYMAJ SIE JAKOS!!!!!!!!!!!!!!!!!!
      • kraxa nie pisz caps lockiem- nie krzycz 11.08.06, 15:40

        • gosia1004 Re: nie pisz caps lockiem- nie krzycz 11.08.06, 15:42
          o sorki smilesmilesmile poniosło mnie
    • balisa Re: mam rację czy nie mam? 11.08.06, 16:03
      a ja powiem tak. Jak ja byłam w ciąży a wpadała kumpela z 1,5 rocznym bobkiem,
      który wyciągał wszystko, latał po chałupie itp nie przeszkadzało mi to dopóty
      dopóki jego mamusia wędrowała po wszystkich pokojach razem z nim, pod
      przykrywką wszędobylskiego dziecka sama obwąchiwała kąty. to uważam za szczyt.
      skoro mam drzwi od sypialni zamknięte to znaczy,że nie życzę sobie tam gości..,
      pomijam kwestie szperania w szafkach i szufladach bo niby akurat Mały je
      pootwierał.. zwyczajnie to nie było zamknięcie szafki, poskładanie i pouczenie
      syna tylko małe kuknięcie co ja tam mam. no nie!! . Skończyło sie tak, że
      spotykałyśmy się przez jakiś czas na spacerach a kontaktów typowo domowych
      unikałam, bo było to dla mnie niezręczne..( mało powiedziane).
      poza tym uważam,że kobicie w ciąży nie powinno się robić takiego zamieszania,
      nie dość że porządki przychodzą ciężej niż zwykle, to do tego ten cały chaos no
      i nerwy bo przecież jak tak można.
      Z drugiej strony, po sobie widzę, a zaznaczam tez jestem pedantką, po urodzeniu
      mojego synusia troszkę mi się pozmieniało. Moje dziecko lata, wszystko wyciąga
      i generalnie łobuzuje. W moim domu ( podobno nadal sterylnym) nie przeszkadza
      mi to. Oczywiście wychodząc do ludzi nigdy nie pozwalam Młodemu na szperanie po
      szafach, latanie po łóżku, rzucanie gadżetami po ładnej podłodze itd. Nawet
      jeśli zdarzy sie coś nieoczekiwanego, co nie ukrywajmy ma prawo się zdarzyć,
      rodzice są od tego że interweniować, tj posprzątać, pouczyć bobasa jeśli to ma
      sens. Generalnie jeśli idziemy z dzieckiem do innego domu , domownikom należy
      się szacunek dla ich pracy. To że mamy małe dziecko nie upoważnia nas do nie
      przestrzegania reguł panujących w danym domu. A jeśli nam wyjątkowo nie leżą,
      nie czujemy się swobodnie.., no cóż pozostaje spacer w parku, albo zapraszanie
      do siebie. ot i cała filozofia. no i trzeba pamiętać, że zawsze zdarzyć się
      może dzieciak jeszcze bardziej rozhulany niż nasze,który wpadnie i zrobi
      spustoszenie podczas towarzyskiej kawki rodziców..
      Tak więc uważam, że jak najbardziej masz rację. oczywiście swoje reguły w
      przypadku podejmowania gości małolatów trzeba troszkę nagiąć do ich poziomu,
      ale bez przesady.
      A jak Twój mąż nie widzi problemu to niech sprząta smile)
      • barie Re: mam rację czy nie mam? 11.08.06, 16:54
        No, od razu zrobiło mi się lepiej na duszy, jak sobie poczytałam Wasze
        wypowiedzi. A już myślałam, że się czepiam niemiłosiernie, bo sama jeszcze nie
        mam dzieci. Mój główny problem to chyba strach przed odezwaniem się i
        narobieniem tzw. kwasów w rodzinie. Brat męża jest 7 lat po ślubie, my tylko
        trzy. W związku z tym nie czuję się tak pewnie, jak bratowa i niestety nie
        zawsze pozwolę sobie na komentarz. Poza tym mąż, podobnie jak ja (ale chyba to
        on wcześniej, a ja to od niego przejęłam), ma kompleks na punkcie swojego
        brata. Jego brat to pierworodny, potem był mój mąż a po nim jeszcze jedno
        dziecko - córka. W związku z tym całe życie (tak mi przynajmniej mówił) starał
        się, jak tylko mógł byleby się przypodobać rodzicom i innym członkom rodziny.
        Pozostało mu to niestety do dzisiaj i mam wrażenie, że jego pozorny brak
        potrzeby zareagowania na zachowanie męża i jego rodziny wypływa głównie z
        niechęci do narażenia się bratu, który zdaniem męża jest na lepszej pozycji w
        stadle. Brat i jego żona są na piedestale i tego nie da się ukryć, a to co mnie
        w tym wszystkim najbardziej przeszkadza, to mój własny strach przed zrzuceniem
        ich z tego piedestału w moim własnym domu. Gdy teściowa zaprasza swoje dzieci z
        rodzinami na obiad czy święta zawsze (zawsze!!!) brat męża przyjeżdża spóźniony
        i wszyscy muszą na niego czekać, włącznie z moimi rodzicami, którzy też czasami
        bywają na tych imprezach rodzinnych. Ja się nie odzywam, bo to dom mojej
        teściowej i to ona tam rządzi, ale wyrzucam sobie to, że i u siebie w domu
        pozwalam na takie wybryki brata i jego żony, i najczęściej nie mam odwagi na
        komentarz. Gdy zdobędę się na komentarz, to w zasadzie narażam się tylko na
        starcie z bratową, bo teściowa nigdy się nie wtrąca (i chwała jej za to). Gdy
        nie zdobędę się na komentarz, to dzień kończy się awanturą z mężem, do którego
        mam pretensje, że znowu wszystko tolerował bez słowa. Muszę sie zdobyć na
        odwagę i zacząć regularnie i konsekwentnie egzekwować swoje prawa we własnym
        domu. Muszę, bo jak do tego wszystkiego dojdzie nasze dziecko i jego wybryki
        (termin był na 10 sierpnia, ale na razie cisza w temacie porodu), to chyba
        zwariuję pozwalając wszystkim na wszystko. Co do zabawek dla trzylatka, to nie
        poczuwam się do obowiązku posiadania takowych w domu. Skoro brat i bratowa
        pamiętają o tym, aby wybierając się do nas zabrać małemu jedzenie, ubranka na
        zmianę i parę innych gadżetów, to powinni pamiętać też o tym, że może ich syn
        będzie się nudził i należałoby zabrać mu coś do zabawy. Pretensji nie mam do
        dziecka tylko do jego rodziców i ich ignorancji dla wszystkiego, co ich otacza.
        Krytykuję postawę typu "przychodzimy do Was z wizytą i powinniście być z tego
        powodu wniebowzięci i maksymalnie tolerancyjni dla naszych wyskoków". Krytykuję
        też siebie za brak asertywności i zbyt rzadkie reagowanie na zachowanie brata i
        jego rodziny.
        • mysia-mysia Re: mam rację czy nie mam? 11.08.06, 17:07
          A jak się mężowi z bratem układa? Nie może umówić się z nim na piwo jakieś i tam
          poprosić brata, żeby ten porozmawiał z żoną na temat tego zachowania? Lepiej
          chyba tak, niż najeżdżać na bratową nagle i w chwili maksymalnego zdenerwowania.
          Nie, żebym bratową broniła tylko że skoro nikt jej do tej pory nic nie
          powiedział to może ona myśli że wszystko w porządku, a taka nagła kłótnia moze
          popsuć wam wzajemne stosunki. A znowu jak nic nie powiecie to w końcu wyjdzie,
          że wasze dziecko będzie "gorsze" od ich.
          • joanna1982 Re: i skąd ja to znam? 11.08.06, 17:23
            Pewnie że masz rację!
            Ja też byłam w ciąży jak męża siostra przychodziła ze swoim mężem i córką (6
            letnią) w każdą niedzielę na obiad. W końcu się wkurzyłam, bo jakoś męża uwagi
            nie docierały, i poprostu nie zrobiłam obiadu. Jak przyszli powiedzałam krótko
            że ich nie zapraszałam na obiad a poza tym jak to kobieta w zaawansowanej
            ciąży, źle się czuję. Poza tym ich córka zawsze zachowywała sie bardzo głośno,
            krzyczała, piszczała jak coś było nie po jej myśli. Mąż wkurzył się na dobre w
            momencie kiedy 6latka uderzyła mnie w brzuch. Oj dostało jej sie wtedy - wykład
            że aż. A po urodzeniu dziecka powiedzieliśmy że nie życzymy sobie takich wizyt
            co tydzień bo są męczące. Bo po tygodniu pracy mąż chce posiedzieć ze mną w
            spokoju a nie latać nad gośćmi i obiadki szykować. A poza tym zachowanie 6
            latki krzyczącej i piszczącej tak głośno że dziecko nie mogło spać.
            Teraz widujemy się sporadycznie.
            Pozdrawiam
            Wytrwałości i szybkiego porodu i zdrowej dzidzi życzę.
            Pozdrawiam
            Asia, mama 2 letniej Natalki i 8 m-cznego Piotrusia
            • barie Re: i skąd ja to znam? 11.08.06, 17:58
              Mąż ma z bratem dobre stosunki, ale nie sądzę aby "szczera rozmowa" w ogóle
              wchodziła w rachubę. Wołami męża do tego nie zmuszę, tak jak go pewnie nigdy
              nie zachęcę do tego, aby stanął w opisanej sprawie po mojej stronie. Dlaczego
              tak uważam? Ano dlatego, że mąż nie chce bratu i jego rodzinie zwracać uwagi,
              nie chce ich wprost krytykować, mimo iż czasami to on sam po wizycie brata
              stwierdza, że nie powinni byli tego czy tamtego robić. Ma jakiś kompleks na
              punkcie brata i już. A dowodem na to jest m.in. sytuacja sprzed roku.
              Przeprowadzaliśmy się z kawalerki do domu. Trzeba było przewieźć kilka gratów,
              które wówczas posiadaliśmy. Raz mąż zadzwonił do brata z prośbą o pomoc. Brat
              przyjechał, ale jego żona miała pretensje, że to za długo trwało i że następnym
              razem mąż (mój) powinien z nią porozmawiać o tym czy brat (mąż bratowej) może
              mu pomóc czy też nie. Mój luby ujął się więc honorem i stwierdził, że nie
              będzie brata prosił o pomoc, skoro musiałby się z tego tłumaczyć bratowej.
              Powstała sytuacja co najmniej dziwna. Mąż pojechał po przyjaciela do
              sąsiedniego miasta, który mu pomógł w przeprowadzce i którego potem odwiózł do
              domu (podczas gdy brat męża mieszka na pobliskim osiedlu w tym samym mieście co
              my). Powiedziałam mężowi, że moim zdaniem była to dziwna sytuacja i że nie
              powinien traktować brata i jego żony jakby byli panami tego świata. Nie
              nalegałam jednak usilnie na zmianę postawy męża wobec brata, bo skończyłoby się
              to awanturą. W końcu to nie mój brat i nigdy tak naprawdę się nie dowiem, jakie
              snaski i niesnaski łączą i dzielą mojego męża z jego bratem. Efektem ubocznym
              takiego stosunku męża do brata są niestety sytuacje podobne do tej, którą
              opisałam zakładając ten wątek. Nie rozumiem tylko siebie samej i tego, że tak
              bezkrytycznie przejmuję postawę męża. Przynajmniej ja nie powinnam uważać się
              za gorszą od brata męża, bo za mojej bytności w tej rodzinie nie zdarzyło się
              nic, co pozwoliłoby mi tak właśnie się czuć. Może z wyjątkiem wspólnych biesiad
              u teściów, na których również ja jestem zmuszona czekać na łaskawe przybycie
              brata i jego żony. Teściowie nigdy nie dali mi odczuć, że jestem "gorszą
              synową" i uważam, że traktują mnie tak samo, jak traktują żonę brata męża.
              Dlaczego więc nie umiem z siebie wykrzesać odpowiedniej dozy asertywności?
              Czuję się niepewnie w rodzinie męża i to odczucie się pogłębia za każdym razem,
              gdy mój mąż unika starcia ze swoim bratem i nie staje po mojej stronie.
              Pytanie, jak to zmienić?
              • mysia-mysia Re: i skąd ja to znam? 11.08.06, 21:48
                Mój chłopak swoją siostrę traktował kiedyś jak taką świętą krowę. Jak np.
                zadzwoniła że chce nas odwiedzić za kilka godzin to już wszystkie inne plany
                szły w odstawkę. I mi się to jakoś udzielało, też nie potrafiłam być przy niej,
                a tym bardziej przy całej jego rodzinie sobą. Przechodzić mu zaczęło od czasu,
                gdy się wygadał że w domu był uznawany za mniej bystrego. W zasadzie nie wiadomo
                dlaczego, bo jest starszy o trzy lata i uczył się bardzo dobrze - lepiej od
                siostry. Przy mnie teściowa raz tylko powiedziała coś, co świadczyło o tym, że
                traktuje go jak gorszego. I to akurat w sytuacji, kiedy powinna być dumna z jego
                zaradności. No ale widocznie teściowa woli go postrzegać inaczej.

                Poza tym to kobieta z pozoru bardzo z klasą, ma dobrą pracę, jest "szanowanym
                obywatelem" i zawsze wie jak się odezwać, żeby było na miejscu. Gdyby mój
                chłopak nie powiedział mi paru rzeczy nigdy bym na nie nie wpadła sama. Może
                podobnie jest u Ciebie?
                Aha, mój też miał (i ma nadal) bardzo dobre stosunki ze swoją siostrą. A zanim
                wygadał się przede mną to te ich stosunki były jeszcze lepsze. A ja patrzyłam na
                to z boku i zastanawiałam się, o co w tym wszystkim u licha chodzi.

                Może spróbuj jakoś delikatnie z męża wyciągnąć, skąd wzięły się te kompleksy?
                Albo zaproponuj spotkanie się u nich w domu bądź w kawiarni.
                Nie wiem, czy to żebyś zwróciła uwagę bratowej to dobry pomysł. Jeśli mąż nie
                będzie potrafił stanąć po Twojej stronie to bratowa (jako osoba najwyraźniej
                niedomyślna) naklepie tu niedługo post o treści "mój mąż ma bardzo fajnego brata
                ale żona tego brata jest sztywna strasznie i czepia się o wszystko. Chcemy się
                spotykać z nimi ze względu na dobre stosunki, jakie łączą mojego męża z bratem,
                ale co zrobić z bratową?" wink bo do głowy jej nie przyjdzie że to jest wasze
                wspólne stanowisko.
                Chociaż z drugiej storony może taki kubeł zimnej wody by się przydał takiej osobie?
                Nawet awantura ostra (Twoja) z mężem na ten temat może spowodować że zacznie się
                (mąż) zastanawiać, dlaczego tak broni ich rodziny zamiast stać po stronie swojej
                własnej.
    • ania.silenter po takim zachowaniu nie mieli by wstępu 11.08.06, 21:47
      do mojego domu. Po prostu.
      pozdrawiam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka