nisar
30.08.06, 09:38
Tak sobie czytam różne posty żon wychowujących dzieci, narzekających na
utrzymujących je mężów i prawdę mówiąc nie bardzo rozumiem te ataki na nich.
Że po pracy są zmęczeni, zniechęceni, nie chcą pomagać w domu itd. A ja
powiem: DOSKONALE ICH ROZUMIEM. Pewnie dlatego, że pracowałam zawsze (po
urodzeniu dziecka byłam w domu dokładnie 5,5 miesiąca) i wiem jak potrafi
wyglądać praca zawodowa. Miotanie się pomiędzy sprzecznymi poleceniami
Zarządu i obrywanie po głowie od każdego po kolei, znoszenie humorów
zwierzchnika-geja (takich typowo... mmm... menopauzowych rzekłabym), wieczny
strach czy mnie nie wywalą od następnego miesiąca itd. Wiem także jak smakuje
wyłączna odpowiedzialność finansowa za najbliższych (miałam taką sytuację
kilka lat) i jak potwornie stresujące jest to razem do kupy. Stąd, jakkolwiek
rozumiem zmęczenie matki latającej od trzylatka do roczniaka, doskonale też
rozumiem, że jej mąż może mieć dość całego świata po przyjściu do domu. Tak
że w dzisiejszych czasach zostawianie całej troski o zarabianie pieniędzy na
głowie męża skutkuje niestety najczęściej totalnym lękiem tegoż męża o
przyszłość rodziny. Trudno wtedy oczekiwać, że rzuci się z radością do zadań
w domu. A tego większość mam na urlopach wychowawczych się spodziewa.
Dziewczyny, spróbujcie zrozumieć swoich "jedynych żywicieli rodziny". I jeśli
tylko istnieje cień takiej możliwości - wracajcie do pracy jak najszybciej,
bo nigdy nie wiecie, czy od przyszłego miesiąca mąż nie będzie bezrobotny. A
jeśli nie chcecie wracać do pracy, cóż, pogódźcie się z konsekwencjami j.w.
(Zwłaszcza że większość mężczyzn na silny stres reaguje ucieczką: w sen, w
nierealny świat książek/komputera/filmów itd. )
A jeśli uważacie, że facet ma tak fantastycznie, bo idzie do pracy a potem
już nic nie robi - zamieńcie się z nim, weźcie na siebie odpowiedzialność za
całą rodzinę i zobaczcie jak to jest. Wtedy będziecie wiedziały o czym
mówicie.