belladonna1
05.10.06, 10:59
Rzadko pisze na na forach internetowych, ale teraz muszę zabrać głos, bo
czuję, że oszaleję. Jesteśmy młodym, kochającym się małżeństwem, w lipcu
dałam mojemu mężowi syna o któym tak marzył i którego tak bardzo pokochał. W
zasadzie myślałam, że mamy wszytsko: miłość, dzięciątko, byliśmy dość
zamożni, więc ja nie musiałam pracować. Mąż jest muzykiem, jest bardzo
utalentowany i kocha fortepian. Za panieńkich czasów miałam jeszcze
niewielkie, acz dość eleganckie mieszkanie w modnej okolicy, któe dzięki Bogu
zachowałam. Mieszkała w nim moja przyjaciólka, któa po przwodzie nie bardzo
miała się gdzie podziać. Po ślubie kupiliśmy piękny stary dom z cudnym
ogrodem wśród starych drzew. Tam urodził się nasz syn, tam spędziliśmy
najszczęśliwsze chwile naszego wspólnego życia. Ambroży dobrze zarabiał
koncertując ze swoją orkiestrą. Wszystkie pieniądze inwestowalismy. To znaczy
tak myśłałam, bo kilka tygodni temu okazało się że jestśmy bankrutami.
Ambroży skruszony przyznał mi że sporą część naszych oszczędności
sprzeniewierzył w kasynie. Zastawił także samochód dwuletniego jaguara i
dom. Do wszytskiego przyznał się płacząc, gdy wrócił z południa Francji.
Byłam zszokowana. POkerowi wierzyciele zaczęli sie już do niego powoli
zgłaszać za pośrednictwem swych...hm ochroniarzy. Nie wiem co teraz
poczniemy, co będzie z naszym synem, ze mną?? Dzięki Bogu mamy gdzie
mieszkać, ale co z przyjaciółką?? Jak jej o tym powiem?? No i chyba będę
musiała zacząć pracować, przynajmniej na razie. Ale gdzie?? Jak?? To takie
upokarzające. Czy byłyście kiedyś w takiej sytuacji?? Jak sobei z tym
poradzić?? Pomóżcie proszę bo oszaleję. Ambrożego chętnie bym udusiła, ale
nie mogę. Przecież ślubowaliśmy przed ołtarzem....