Dodaj do ulubionych

Do mam wczesniaków - od redakcji

IP: *.* 26.09.01, 08:37
Napiszcie nam - bardzo prosimy - co Wam najbardziej doskwierało w czasie pobytu z dzieckiem w szpitalu. Czy mogłyscie byc z maluszkiem? Czy mogłyscie karmić piersią? Czy byłyscie dokładnie informowane o stanie dziecka i stosowanych zabiegach? Czego Wam najbardziej brakowało ze strony personelu a co Wam pomogło? Jakie warunki powinien spełnic oddział neonatologiczny, żeby mozna było o nim powiedzieć że jest "Przyjazny dziecku"?Będziemy wdzieczni za wszystkie odpowiedzi!Justyna Dabrowska z redakcji Dziecka
Obserwuj wątek
    • Gość: guest Re: Do mam wczesniaków - od redakcji IP: *.* 26.09.01, 13:57
      Nie wiem, czy moge sie tu wypowiedziec bo moje coreczki urodzily sie pod koniec 37. tygodnia - ale za to ich rozmiary kwalifikowaly je jako wczesniaki: Ewelinka wazyla 2400g a Zosia 1600g. Co mi dokuczalo? na pewno to, ze coreczki widzialam zaraz po porodzie (przez kilka sekund) a potem przez ponad dobe wcale, wypowiedzi lekarzy byly lakoniczne - ale to moze tylko roztrzesienie po porodzie. Kiedy pierwszy raz pojechalam zobaczyc dziewczynki, zostawiono mnie z nimi sam na sam - nikt nie powiedzial mi, czy moge dotknac Zosienki, ktora lezala w inkubatorze, wiec tylko tam stalam.Nie pozwolono mi karmic piersia, bo wg lekarzy nie mialam pokarmu, czego nikt nawet nie raczyl sprawdzic (skad ja mialam wiedziec jak wyglada brak pokarmu a jak jego naplyw - to moje pierwsze dzieci). Dopiero polozna wykryla u mnie nawal mleczny (z piersi wyplywaly kropelki pokarmu - tak samo jak przed porodem), w czwartej dobie po porodzie. Do karmienia chodzilam na oddzial noworodkowy - przy pierwszej wizycie zostawiono mnie sam na sam z zawiniatkiem - niewiele wyszlo z karmienia.Nie konsultowano sie ze mna w kwestii karmienia dzieci - dostawaly NAN1 (mimo ze chetnie sama dostarczylabym pokarm dla wczesniakow), kiedy tylko personel uznal to za stosowne. Tak wiec czasami przychodzilam do karmienia a tu dzieci juz najedzone. Zreszta zazwyczaj pozwalano mi karmic jedynie Ewelinke, bo Zosia szybko sie wychladzala, czasem jednak bez szczegolnego powodu pozwalano mi tez karmic Zosie. Sciagalam dla nich pokarm, do tego tez nie bylo w ogole warunkow - kupilam sobie czajnik i wyparzalam laktator (pokarm byl pasteryzyzowany przed podaniem dzieciom), pokarm sciagalam w pokoju, gdzie lezalam (odwiedziny byly dozwolone przez caly dzien).Najgorsze jednak przyszlo na koncu. Zaraz po urodzeniu dziewczynek wiedzialam, ze ich pobyt w szpitalu bedzie dluzszy niz to zwykle piec dni po cesarce. Lekarze zachecali mnie, abym z nimi zostala w szpitalu - co zreszta bylo zgodne z moimi przekonaniami. Nie minal jednak tydzien, kiedy zaczely sie delikatne sugestie, ze moze jednak lepiej zebym wyszla do domu z Ewelinka i oswoila sie z byciem mama, a Zosia zostalaby w szpitalu do uzyskania wagi 2000g. Chociaz dziwila mnie ta zmiana frontu, argumenty przekonaly mnie czesciowo. Czesciowo, bo nie moglam sobie wyobrazic zostawienia Zosi samej w szpitalu, mimo ze i tak w ciagu dnia zazwyczaj widzialam ja tylko raz - albo karmilam Eweline, albo sciagalam pokarm, albo spalam a oddzial noworodkowy znajdowal sie dokladnie na drugim koncu szpitala. Pewnego dnia jednak odwiedzil mnie dyrektor szpitala i zdecydowanym glosem wyjasnil mi, ze Kasa Chorych zwraca szpitalowi koszty mojego pobytu jedynie przez 5 dni i jezeli upieram sie przy zostaniu w szpitalu do wyjscia Zosi, to bede musiala placic za pobyt swoj i Eweliny. Trudno mi opisac, jak sie poczulam. Plakalam caly dzien (ach, te hormony po porodzie!). Moja mala Zosienka, z wada serca, prawie nie znala swojej mamy dwa tygodnie po porodzie, a tate widziala raz! ten stan zmienil sie dopiero po czterech tygodniach od urodzenia, kiedy Zosia wreszcie wyszla do domu.Mimo ze wiekszosc personelu tego szpitala byla dla mnie niezwykle wrecz mila (lezalam tam cztery razy w trakcie ciazy), wszyscy wydawali sie byc bardzo pomocni i serdeczni, wychodzilam stamtad z poczuciem ze zostalam oszukana. Byc moze moja wina bylo to, ze wybralam maly szpital slynacy z godnego rodzenia i dobrej atmosfery a nie klinike nakierowana na specjalistyczna opieke nad slabszymi noworodkami. Rodzilam w Klinice Sw. Rodziny w Poznaniu - 30-12-2000
    • Gość: guest Re: Do mam wczesniaków - od redakcji IP: *.* 26.09.01, 14:19
      Moje dzieciaczki przyszły na świat w 30 tygodniu ciąży w klinice ginekologiczno-położniczej w Poznaniu na Polnej. Jest tam bardzo nowoczesny oddział neonatologiczny, gdzie chłopaki spędzili 2,5 miesiąca. Po porodzie, gdy stan dzieci był bardzo ciężki, spytano męża, czy chcemy ochrzcić dzieci i pielęgniarki ochrzciły chłopaków. Na oddziale intensywnej terapii lekarze bardzo sympatyczni, szczegółowo informowali o stanie dziecka, podawanych lekach i wykonywanych zabiegach ( zresztą prawie zawsze musiałam podpisywać zgodę np. na transfuzję czy operację, bo , niestety, były konieczne). Mamy na oddziale mogły być bez ograniczeń, ojcowie wpuszczani byli za zgodą lekarza (przewaznie się zgadzali - jeden kiedyś to skomentował, że to może ostatni raz ojciec widzi dzieci, a jak w pewnym momencie stan dzieci bardzo się pogorszył, wpuszczono także moją mamę, aby mogła zobaczyć wnuki).Jak pewnej nocy stan Julka był krytyczny zadzwoniono po nas do domu ( całe szczęście dobrze się skończyło). Dzieci karmone były sondą, pokarm ściągałam w specjalnym pokoju do sterylnych buteleczek. Jak stan dzieci był stabilny mogłam chłopców głaskać,wykonywać masaż pokazany wcześniej przez lekarza, a po miesiącu nawet Maksia mogłam wziąć na ręce. Pielęgniarki na neonatologii rewelacyjne - bardzo serdecznie odnosiły się do rodziców, dodawały otuchy, pocieszały, a do dzieci bez przerwy mówiły , gdy sie nimi zajmowały.To naprawdę było widać, że dzieci są pod bardzo fachową i czuła opieką.Jak stan dzieci był lepszy , przeszły na inny odzdział zwany Opieka ciągła. Tam ojców w ogóle nie wpuszczano, więc mój mąż kilka tygodni w ogóle ich nie widział, a ja również czułam się tam jak intruz. Tam wpatrzona w monitor ( czy nie spada tętno i saturacja, bo dzieci ciągle "zapinały" o oddychaniu ) uczyłam się je karmić, niestety butelką, bo pokarmu już po 2 miesiącach ściągania nie miałam - pomoc ograniczyła się do omentarza " Co,dziecko chce pani udusić?"Pielęgniarki nie były już tak życzliwe, jak te na intensywnej, trudno się było doprosić o pomoc przy przewijaniu kilogramowego dziecka ,wciąż w inkubatorze, przychodziły np. z komentarzem " Własnego dziecka boi się dotknąć".Nie tylko ja miałam takie negatywne odczucia, ale także inne matki.Na tym oddziale przychodziła do dzieci rehabilitantka i robiła im masaże i uczyła matki go wykonywać. Dzieci mogły już tam leżeć w swoich domowych ubrankach, a mamy mogły przynosić własne środki pielęgnacyjne ( jesli im np. nie odpowiadało Bambino).Brakowało np. psychologa, który pomagałby rodzicom w tych naprawdę trudnych chwilach. Takim miejscem pocieszania się wzajemnego był pokój w którym matki ściągały pokarm - to miejsce naprawdę bardzo mi pomogło. wszystkie byłysmy w mniej więcej takiej samej sytuacji i mogłyśmy się wspierać.Szkoda, że ojcowie byli traktowani jak zło konieczne, albo w ogóle nie wpuszczani, ale tłumaczono to obawą przed zakażeniami.Pilnowano tam bardzo, żeby każdy był na oddziale ubrany w jednorazowy fartuch i buty ( matki dostawały za każdym raze świezy zestaw, ojcowie musieli kupowac na dole w szatni) oraz żeby umył ręce w specjalnym płynie szczoteczką.Po wyjściu ze szpitala dzieci były ( i są) pod kontrolą przyszpitalnej poradni dla wcześniaków. Tam prowadzeni są przez lekarzy, którzy znają je od urodzenia. Mieli na początku co miesiąc badany słuch, robione USG głowy ( u Julka w 6 miesiącu życia wykryto dzięki temu wodogłowie i już po 3 dniach miał założoną zastawkę), pomagano man ustalać dzieciom dietę, rehabilitantka uczyła nas jak wykonywać ćwiczenia w domu, są ciągle pod opieką psychologa.Jedna z lekarek przyznała, że ojcowie powinni mieć prawo do takiego samego kontaktu z dzieckiem , jak ma matka, ale szpital nie ma na to warunków i pieniedzy, żeby je stworzyć.Przepraszam za chaos wypowiedzi, ale, jak zwykle , w pisaniu postu "pomagają" mi dzieci.PozdrowieniaGosia Sandelewska
    • Gość: guest Re: Do mam wczesniaków - od redakcji IP: *.* 01.10.01, 10:10
      Urodziłam 31 tygodniowego wcześniaka w sierpniu zeszłego roku w szpitalu na Karowej w Warszawie. Poniżej moje odczucia z tych, które pamiętam:Nie byłam w wystarczający sposób informowana o stanie dziecka. Lekarze chodzący na obchodzie do zdrowych dzieci machali ręką, bo byłam od wcześniaka, a odpowiedzialni za wcześniaki nie chcieli za wiele mówić - i to mi najbardziej doskwierało. Dzieci leżały w bardzo jasno oświetlonych salach, gdzie jarzeniówki świeciły prostu we wpatrzone w nie maleńkie oczka. Dopiero interwencja okulisty przychodzącego z CZD badać dzieci, który stwierdził ze przyczyną ubytku wzroku u jednego z dzieci może być również silne światło zaczęto zakrywać z góry inkubatory.Nie miałam możliwości, przynajmniej oficjalnie, spróbowania karmienia dziecka piersią, czy nawet wzięcia na ręce do czasu aż nie opuściło inkubatora. Wcześniej dostawałam je od pielęgniarek "nielegalnie" po kąpieli i mogłam przez chwilę potrzymać na rękach i spróbować nakarmić. Trzymanie po raz pierwszy na rękach swojego maleństwa dwa tygodnie po narodzinach jest chwilą której się nie zapomina.Dzieci były kapane w sposób bardzo "zabiegowy" i bolesny dla nich - opisałam to w wątku "Jak często kąpiemy". Skutek - moja córeczka długo bała się wody po powrocie do domu.To minusy. A plusy? Pielęgniarki były miłe, pomocne i zachęcały mamy do kontaktu z dziećmi. Mogłam przebywać tak długo w sali wcześniaków jak chciałam - co mnie dziwiło o jeden jedyny stołek w sali kilkunastu wcześniaków nie było walki - część mam wolała palić w ubikacji niż być ze swoimi dziećmi! Na salę mógł wchodzić każdy - tata, dziadkowie, rodzeństwo. To bardzo pomagało, bo dzidziuś dzięki temu stawał się bardziej "rzeczywisty" dla mamy. Dziecku podawano mój pokarm, uzupełniany sztucznym mlekiem w razie braków. Karmiłam ją butelka ze ściągniętym mlekiem sama - przez otwory w inkubatorze :)I co najważniejsze - jestem głęboko przekonana, ze z medycznego punktu widzenia moje dziecko miało jak najlepszą opiekę. Zrobiono wszystko, aby ją doprowadzić do stanu normalnego, donoszonego noworodka - przetaczanie krwi, leki krwiotrwórcze, konsultacje okulistyczne i neurologiczne. Gdybym miała rodzić jeszcze raz wcześniaka, na pewno wróciłabym do tego samego szpitala.I zmieniając trochę pytanie z wcześniejszego postu na: czego brakowało dziecku podczas pobytu na oddziale neonatologicznym - odpowiedziałabym -mamy. Ale to już udało się nam nadrobić.
      • Gość: guest Re: Do mam wczesniaków - od redakcji IP: *.* 01.10.01, 10:40
        Jeszcze dwie uwagi z mojej strony, które nasunęły mi sie po przeczytaniu wcześniejszych postów.Faktycznie, najbardziej brakowało mi wsparcia czy pomocy psychologa - przeżycia związane z urodzeniem wcześniaka są tak silne że niechetnie do nich wracam nawet teraz. Jak "terapię" ogladałam wszystkie programy w telewizji na ten temat - szczególnie w Real TV. Na szczeście już mi przeszło :), bo rodzina nie była w stanie ogladac porodów przy kolacji ;)W szpitalu gdzie rodziłam każdy, dosłownie każdy mógł wchodzić do sal wczesniaków - w przypadku bardzo modych 16-17 letnich mam przychodziło po kilka koleżanek z klasy zobaczyć wcześniaczka. Z czego wynikaja takie różnice w podejściu do odwiedzin?
        • Gość: guest Re: Do mam wczesniaków - od redakcji IP: *.* 01.10.01, 23:33
          Moj synek urodzil sie w 33 tygodniu ciazy przez cesarskie ciecie w szpitalu w Holandii gdzie mieszkam od 9 lat.Rik odrazu zostal umieszczony na oddzial intensywnej terapii dla wczesniakow,gdzie zostalam przewieziona prosto z sali operacyjnej.Maly byl w krytycznym stanie.Odrazu otrzymalismy wszystkie informacje od lekarza prowadzacego o jego stanie zdrowia,pielegniarki wyjasnily nam dzialanie calego sprzetu medycznego do ktorego byl podlaczony Rik.Dostalismy ulotki i ksiazki na temat dzieci przedwczesnie urodzonych,mielismy nieograniczony dostep do jego karty.Rodzice mogli przebywac z dzieckiem kiedy tylko chcieli a zaslonka dawala calkowita prywatnosc.W ustalonych porach pozwalano na odwiedziny rodziny i znajomych(dwie osoby w obecnosci rodzicow na raz)Choc moze to dziwnie brzmi ale ten czas wspominam milo,mielismy tyle wsparcia ze strony personelu i lekarzy,moglismy czynnie uczestniczyc w pielegnacji synka,na bierzaco bylismy informowani o wszystkim i przedewszystkim wspierani na duchu.Maly szybko wracal do zdrowia,juz po trzech tygodniach zostal wypisany do domu gdzie przez 10 dni (8godzin dziennie)przychodzila pielegniarka,ktora pomagala mi sie zajmowac synkiem i domem(sprzatala,prala,gotowala)Rik jest teraz zdrowym rocznym dzieckiem ciagle pod kontrola wielu specjalistow (tak na wszelki wypadek)Ja z mezem moglismy skorzystac z porady psychologa ale dzieki tak wspanialej opiece nie byl on nam potrzebny.Przykro mi ze wiele rodzicow ma zle doswiadczenia z pobytu dzieci w szpitalu i ciesza mnie te dobre.Pozdrawiam wszystkich rodzicow tych"najmniejszych dzieci",wszystkich czytelnikow "Dziecka" i oczywiscie redakcje.Ania(Kelly)
    • Gość: guest Re: Do mam wczesniaków - od redakcji IP: *.* 02.10.01, 06:48
      Ja urodzilam w 32 tygodniu w rzeszowie w Spzitalu Specjalistycznym na ul.Szopena. Moze nie bylo tam jak w Holandii, gdzie tylko pozadroscic opieki, niemniej mialam caly czas odczucie ze dziecko ma bardzo dobra opieke.Nie mozna bylo za wiele wymagac bo miejsca tam malo a lekarze i pielegniarki kreca sie caly czas ale po poludniu byl juz spokoj i mozna bylo byc caly czas. Tylko krzesla brakowalo, dla kobiety po cesarskim to trudne tak stac. Lekarze odpowiadali na pytania, byli mili, pielegniarki takze. Po wyjsciu ze szpitala mozna bylo dzwonic i pytac o stan zdrowia. Przed wypisem dziecka ordynator zachecil mnie do karmienia jej aby wiedziec jak moze zachowywac sie podczas karmienia butelka. Nie karmilam piersia nie mialam pokarmu.O tym to juz inna sprawa bo dziecko mialo lepiej odemnie.Po wypisie nieraz jeszcze konsultowalam sie z lekarzem ktora ja prowadzila. Miala robione na miejscu wszystkie badania specjalistyczne, zostala wypisana jako dobrze wyleczona a przeszla sporo. W tym szpitalu sa kiepskie warunki dla ciezarnych, po porodzie lezalam na korytarzu vis a vis neonatologii z widokiem na inkubatory i krzatanine lekarzy w dzien i w nocy. Nie spalam cala noc bo nie wiedzialam czy te wszystkie alarmy i bieganina lekarzy dotycza mojego dziecka. To bylo okropne. Pamietam jak powiedzialam do meza gdy zobaczylam oddzial ,,inkubatorowy,, i zasloniete folia aluminiowa inkubatory aby dzieciaczkom oczka oszczedzic, ze te dzieci maja tu dobra opieke i podtrzymuje.
      • Gość: guest Re: Do mam wczesniaków - od redakcji IP: *.* 02.10.01, 19:41
        Jestem mama wczesniaka urodzonego w 32 tygodniu ciazy. Porod byl dla mnie i mojej rodziny duzym zaskoczeniem - niespodziewany, udalo sie go powstrzymac jedynie przez tydzien. Odbyl sie silami natury. Dzieki temu, ze bylam juz w szpitalu od tygodnia udalo sie przygotowac wszystko co niezbedne na przyjecie mojego dziecka na swiat. Tuz po porodzie pokazano mi synka doslownie na sekunde, ale i za to bylam lekarzom bardzo wdzieczna. Po tym zostal on przeniesiony na oddzial neonantologii gdzie podano mu wszystkie niezbedne leki i podlaczono pod aparature podtrzymujaca funkcje zyciowe. Na sale gdzie przeniesiono mnie po porodzie przyszla pani doktor-neonantolog i poinformowala nas o stanie dziecka. Jej wypowiedzi byly wyczerpujace na tyle na ile pozwalala na to sytuacja. Powiem szczerze, jestem wdzieczna lekarzom za to, ze nie probowali mowic mi czego sie spodziewaja, czy chociazby przypuszczaja, ze moze pojawic sie w przyszlosci. Przedstawili nam fakty. Kacper urodzil sie w stanie ciezkim. Niewydolny oddechowo bez odruchu ssania. Zanim odwieziono mnie na trakt poporodowy polozna, ktora przyszla na dyzur z wlasnej inicjatywy zawiozla mnie na lozku przy pomocy mojego malzonka, z ktorym pozwolono mi rodzic! na sale gdzie lezal moj maluszek zebym mogla choc przez chwilke go zobaczyc. Poinformowano mnie rowniez od razu ze moge przychodzic do mojego dziecka tak czesto jak tylko zechce i na tak dlugo jak bede chciala. Pozwolenie to dotyczylo rowniez mojego meza. Nie wolno bylo tylko wprowadzac pozostalej czesci rodziny choc juz pozniej udalo nam sie przemycic na 5 minut jedna babcie. Musze powiedziec ze polozne i lekarze byli fantastyczni. Codziennie po obchodzie lekarskim informowali nas rzetelnie o stanie naszego dziecka. Byli dostepni w kazdej chwili. Nie zbywali nas i nie traktowali jak intruzow. Zachecali do mowienia do maluszka, glaskania go. Uczyli jak nalezy sie zachowywac na oddziale. Po okolo trzech tygodniach gdy moj dzidzius zaczal byc wyjmowany z inkubatora stosowali metode "na kangura". Caly czas karmilam mojego synka piersia. Na poczatku moj pokarm byl podawany oczywiscie sonda do zoladka , ale pozniej polozne spedzaly ze mna mnostwo czasu zeby nauczyc mojego malca ssac piers. Podziwiam za wytrwalosc. Mnie by chybo nie starczylo cierpliwosci. I udalo sie!. Musze powiedziec, ze dzieki przyjaznej atmosferze, lekarzom i poloznym, ktorzy tlumaczyli mi i uczyli wszystkiego o wczesniaku poczawszy od tego co wskazuja monitory podpiete do mojego dziecka po nauke kapania malucha, gdy mial on juz wychodzic ze szpitala nie czulam sie tym wszyskim az tak przybita i osamotniona w walce o moje dziecko. To natomiast czego brakowalo mi przede wszystkim to wsparcie psychologa. Szczegolnie na poczatku gdy kazdego z rodzicow przytlacza ogrom strachu i bezradnosci jakich doswiadcza. Gdy nie wiadomo czy dziecko bedzie zylo nie mowiac o tym czy bedzie zdrowe. Ujemne bylo to ze nie przewidziano w szpitalu diety dla mamy wczesniaka i zywila mnie rodzina. Oczywiscie rowniez musialam zaplacic za dluzszy pobyt - tak jak wszedzie KCH placi jedynie za 5 dni pobytu matki w szpitalu wiec reszte czasu /bylismy w szpitalu przez miesiac musialam sobie oplacic z wlasnej kieszeni, co naprawde nie bylo tanie/. Natomiast co dla mnie oznaczalby oddzial "Przyjazny DZIECKU"? To wszystko czego doswiadczylam na oddziale neonantologii szpitala im. Falkiewicza we Wroclawiu /na Brochowie/.
    • Gość: guest Re: Do mam wczesniaków - od redakcji IP: *.* 04.10.01, 06:17
      Na poczatek podziekowania dla redakcji za poruszenie tematu. Czytam "Dziecko" niemal od pierwszego numeru (mimo, ze moje wlasne ma dopiero rok) i mam wrazenie, ze problem wczesniakow nie byl zbyt czesto poruszany. A szkoda, bo wczesniaki rodza sie niestety coraz czesciej. Moja corenka urodzila sie w sierpniu ubieglego roku w Klinice Collegium Medicum UJ przy ul.Kopernika w Krakowie. To byl 28 tydzien ciazy, Mala wazyla 1040 g i mierzyla 37 cm. Porod byl dla mnie kompletnym zaskoczeniem, pojechalam do szpitala tylko ze wzgledu na zbyt czeste, moim zdaniem (co ok.1/2 godz), skurcze przepowiadajace, zupelnie niebolesne. Na miejscu okazalo sie, ze mam juz rozwarcie na 6 cm... Na szczescie udalo sie powstrzymac porod na trzy doby, dzieki czemu zdazylam dostac zastrzyki na rozwoj pluc maluszka. Urodzilam "silami natury", chociaz modlilam sie wtedy goraco, aby te sily powstrzymac... Coreczke pokazano mi tylko na moment, nawet jej wtedy nie dotknelam, nie mowiac o polozeniu na brzuchu, bo od razu zabrano ja do zabiegow i przeniesiono na oddzial neonatologii. Ale moj maz mogl prawie zaraz do niej isc, i byl przy niej, jak tylko umieszczono ja w otwartej cieplarce. Tak wiec, jak tylko doszlam do siebie po porodzie i narkozie na tyle, aby zwlec sie z lozka i isc do Malutkiej, to on byl tym pierwszym, ktory mi ja pokazal i wyjasnil (wiedzac to wczesniej od lekarzy) do czego sluza te wszystkie rurki i kabelki, do ktorych byla popodlaczana (na sale poporodowa nikt z personelu szpitala do mnie nie przyszedl, aby poinformowac o stanie dziecka). Na szczescie Mala potrafila sama oddychac, nie byla wiec intubowana ani nie miala respiratora (tylko CEPAP sluzacy do utrzymania cisnienia w plucach i zapobiegajacy zapadaniu sie pecherzykow plucnych). Pomimo, ze Kasia byla ogolnie w dobrym stanie, byla tak niewyobrazalnie malenka, ze czarnych mysli nie sposob bylo odpedzic. Na pewno pomoc psychologa duzo moglaby wtedy dac, ale szpital rzecz jasna nie ma takiego etatu, a szkoda. Musze jednak lojalnie stwierdzic, ze tak milego, przyjaznego i kompetentnego personelu, jak na tym oddziale, w zadnym dotad szpitalu nie spotkalam. Lekarka opiekujaca sie salka, na ktorej lezala Kasia, zawsze drobiazgowo informowala o stanie dziecka, a pod jej nieobecnosc robila to lekarka dyzurna (ktora tez zazwyczaj byla dobrze zorientowana). Pielegniarki zachecaly i dokladnie pokazywaly, jak zajac sie maluszkiem, jak przewijac, aby nie porozlaczac kabelkow i kroplowek, jak karmic (to juz pozniej). Jeszcze bedac w szpitalu (przez przepisowe trzy dni) odciagalam pokarm do wysterylizowanych butelek (ktore kazda mama mogla zabrac z neonatologii) i zanosilam na oddzial. Niestety o wysterylizowanie odciagacza musialam zadbac sama - w garnku przyniesionym z domu na szpitalnej kuchence, gdzie moja obecnosc nie byla specjalnie mile widziana- ale to byla porodowka, nie neonatologia. Nadmiar pokarmu byl mrozony i wykorzystywany pozniej. Przemila pani rehabilitantka pokazywala nam, jak dzieciaczki masowac, jak je ukladac, aby im bylo wygodnie, nawet jak... obcinac paznokietki. Gdy Kasia nie miala juz dodawanego do powietrza w inkubatorze tlenu zaczelysmy "kangurowanie". To bylo dla mnie niesamowite przezycie, gdy pierwszy raz po prawie trzech tygodniach od jej narodzin moglam ja wreszcie do siebie przytulic. Lzy i mleko plynely mi wartkim strumyczkiem... Nie moglam jej wtedy jeszcze karmic bezposrednio piersia, bo nie miala odruchu ssania, ciagle jeszcze byla za malutka i pokarm dostawala sonda. Ale gdy tylko troche podrosla, pod czujnym okiem siostry oddzialowej nauczylysmy sie karmic w przeciagu doslownie kilkunastu minut! Wczesniej wyrabiano jej odruch ssania za pomoca specjalnych smoczkow i masowania podniebienia. Dalo to doskonale efekty.Jesli chodzi o kwestie odwiedzin, to mozna bylo tam przyjsc o dowolnej porze i dowolnie dlugo byc przy dziecku. W praktyce przychodzilam jednak zazwyczaj ok. jedenastej, bo wczesniej odbywal sie obchod lekarski, przy dzieciach caly czas robily cos pielegniarki, a ze salki niestety byly mikroskopijnie malutkie, to po prostu nie wypadalo krecic im sie pod nogami. Rowniez maz i pozostali czlonkowie rodziny mogli odwiedzac dzieci w kazdej chwili. Oprocz ochraniaczy na buty trzeba bylo zalozyc jeden z faruchow, ktore zawsze wisialy w szafie przed wejsciem na oddzial.Aby dzieciom nie przeszkadzalo nadmierne swiatlo, inkubatory zawsze byly okryte od gory jakas tkanina, zazwyczaj kolorystycznie dobrana do przescieradelka w inkubatorze (bo nawet o takie szczegoly siostry dbaly, zeby nie bylo tak bardzo "szpitalnie"). Jedynym mankamentem byla ciasnota tych salek. Gdy zdarzylo sie, ze do kilku dzieci naraz przyszli odwiedzajacy, nie bylo gdzie nawet ustawic krzesla. Ale to chyba jedyna slaba strona tego oddzialu, nie zalezna w zasadzie od ludzi na nim pracujacych (chociaz chyba cos juz sie tam zmienilo, bo byl przeprowadzany remont). Acha, doskwieral mi rowniez brak jakiegos pomieszczenia, w ktorym moglabym odciagnac pokarm. W rezultacie robilam to w lazience. Kasia lezala w szpitalu rowne dwa miesiace. Przy wyjsciu zostalismy szczegolowo poinstruowani, jak dziecko nosic, jak je ukladac w lozeczku, aby przeciwdzialac naturalnej u wczesniakow wiotkosci i slabszemu napieciu miesni, na co zwracac szczegolna uwage, itp. Teraz Mala jest pod stala opieka przyklinicznej poradni dla wczesniakow, neurologa i okulisty. Jest zdrowa (puk, puk odpukac), wesola i bardzo zywa. Na pewno zawdzieczamy to zespolowi ludzi tam pracujacych, ich oddaniu i poswieceniu.
    • Gość: guest Re: Do mam wczesniaków - od redakcji IP: *.* 04.10.01, 09:48
      Jestem mamą 13- miesięcznego wcześniaka. Groszek urodził się w 32 t.c. ważył 1770 g, dostał 6, a po 5 min. 8 pkt. w skali Apgar, a więc Jego stan nie był b. ciężki.Sam poród bardzo mnie zaskoczył, okazało się , że przez cały dzień w domu rodziłam nie zdając sobie z tego sprawy. Gdybym od razu pojechała do szpitala, to może by się udało, na początku trochę się za to obwiniałam, ale teraz... jestenm dumna z mojego synka.Ale do rzeczy... rodziłam w klinice ginekologiczno-położniczej w Poznaniu na Polnej. Jest tam oddział neonatologiczny wyposażony w świetny sprzęt do ratowania najmniejszych, dlatego niejako byłam spokojna, Piotruś urodził się też w dobrym stanie.Od razu po porodzie( siłami natury) zabrano synka na OIOM widziałam Go tylko przez sekundę. Dostałam głupiego Jasia obudziłam się o 17 ( urodziłam 12.23), wtedy mogłam pojechać na oddział zobaczyć synka, do tego czasu był przy Nim mąż. Piotruś leżał w otwartym inkubatorze ogrzewanym od góry, podłączony był do respiratora ( 1 doba ). Przez pierwsze dwa dni dostawał mleko sztuczne, bo nie miałam pokarmu, potem odciągałam w specjalnym pokoju do tego przeznaczonym. Tam właściwie dowiedziałam się więcej niż od lekarzy, korzystałam z doświadczenia mam, których dzieci przebywały na oddziale już jakiś czas. Na OIOM-ie opieka przecudowna, każda pielęgniarka opiekuje się 4 wcześniakami, rozmawiały z Nimi i traktowały jak własne dzieci, jak kogoś wyjątkowego. Do tego ładny wystój sali, kolorowa pościel( wiem, że to nie najważniejsze, ale też istotne) no i mama, która mogła przebywać z dzieckiem 24h, trzymać na rękach i podziwiać swoją KRUSZYNKĘ. Gdy Piotruś już dostawał mleko z butelki ( początek przez sondę ) mogłam karmić Go sama.Przez pierwsze cztery dni pobytu Groszek nie miał swojego lekarza, ponieważ był...........długi weekend. Potem żeby się czegoś dowiedzieć musiałam lekarza ścigać, sam nic nie powiedział.Po 4 dniach Piotruś został przeniesiony na opiekę pośrednią. Tam pielęgniarki były, bo musiały, zajmowały się szczególnie swoimi ulubieńcami. Tutaj można już dziecko samemu przewijać, ubrane jest we własne ciuszki. Jak miałam pierwszy raz zmienić Groszkowi pieluchę ( był jeszcze w inkubatorze), poprosiłam pielęgniarkę o pomoc, ona podeszła przewinęla i powiedziała : " i to cała filozofia ". Na karmienia dzienne przychodziłam sama i sama Synka karmiłam, na noc zostawiałam pokarm w kuchni lub mały dostawał bebilin nenatal. Karmiłam Go butelką, piersi nie umiał ssać, a pielęgniarka powiedział, że mi nie pomoże, bo sama muszę się nauczyć.Na ten oddział ojcowie i rodzina nie mają wstępu, ja miałam szczęście, bo Piotruś leżał tuż przy szybie wychodzącej na korytarz i mąż mógł Go codziennie oglądać. Na oddział wchodzi się w jednorazowym ubraniu i myje ręce odkażającym mydłem. Podczas pobytu Piotruś miał wykonane badanie dna oka i USG mózgu. Lekarz nic mi nie wyjaśniał po co i dlaczego tylko powiedział, że badanie będzie przeprowadzone. Nie mam nikomu za złe, tylko rodzic wczesniaka samym już przedwczesnym porodem jest zaskoczony, więc na temat dodatkowych badań też chciałby coś wiedzieć.Po 3 tygodniach Piotruś wrócił do domu. Jesteśmy nadal pod opieką przyszpitalnej poradni wczesnej diagnostyki, są tam rehabilitantki, psycholog i lekarze prowadzący.Ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolona z opieki nad synkiem i choć szpital na Polnej w Poznanu, a właściwie jego personel nie ma chlubnej opinii, to wcześniakom po prostu ratuje życie.Pozdrawiam wszystkich.Lidka mama GroszkaP.S. Popieram inne mamy w kwestii pomocy psychologa.
      • Gość: guest Re: Do mam wczesniaków - od redakcji IP: *.* 04.10.01, 11:01
        Lidka, kiedy urodził się Twój synek? Moja Zosia 17 sierpnia zeszłego roku - też leżąlam w szpitalu przez długi wekend, kiedy leksrze starali się powstrzymać poród. Chyba z racji upałow była jakaś szczególna "epidemia" wcześniaków - na oodzile leżało ich kilkanaście.
        • Gość: guest Re: Do mam wczesniaków - od redakcji do Meli IP: *.* 04.10.01, 18:48
          Piotruś urodził się 12 sierpnia zeszłego roku. Jedyną pociechą na te smutki związane ze zdrowiem Groszka było właśnie owo pięknie świecące słońce w tym czasie. Wiedziałam, że to dla tych kruszynek.Pozdrawiam Twojego brzdąca.Lidka
    • Gość: guest Re: Do mam wczesniaków - od redakcji IP: *.* 04.10.01, 10:38
      Moja córka urodziła się 12 stycznia 2001 roku.Byłam wtedy w 26 tygodniu i nie wiadomo dlaczego zaczęły mi odchodzić wody.O 1 w nocy mąż zawiózł mnie do szpitala bródnowskiego w Warszawie.Na izbie przyjęć dla pani rejestratorki najważniejsze było do jakiej kasy chorych należę i czy stempel w książeczce zdrowia był aktualny.Po tych przejściach wzięto mnie na górę, gdzie od razu podłączono kroplówkę i dopełniano wody płodowe.Po 18 godzinach zdecydowano się na cesarkę z uwagi na ułożenie miednicowe dziecka i narastającą infekcję.Muszę powiedzieć,że opiekę położniczą miałam wspaniałą.Byłam informowana co mi podają i w jakim celu.O 16.45 zdecydowano się na zabieg (musiałam wyrazić zgodę przy świadkach).Dodam,że przy zabiegu był obecny mąż,który przyglądał się temu wszystkiemu zza szybki.Cały zabieg trwał do wyjęcia dziecka jakieś 5-7 minut.Anestezjolog cały czas informował mnie co się dzieje i co robią położnicy.Kurczak ważył 1120 gr i miał 36 cm.Dostał 7 pkt.w skali Appgar.To by było tyle pozytywów.Po zabiegu nie pokazano mi dziecka-zobaczyłam je dopiero po 2 dniach jak mogłam wstać.Jednak mąż mógł być przy nim cały czas i mógł je dotykać.Opieka pediatryczna była z mojego punktu widzenia do dupy.Nie zawaham się użyć tego słowa.Nie byliśmy informowani o niczym.Ani o dolegliwościach,ani podawanych lekach.Dosłownie o niczym.Byłam starszona przez pediatrę tym co może się zdarzyć i jakie komplikacje mogą wystąpić.A mleko miałam ściągać i wylewać.Z tego względu prywatnymi kanałami załatwiliśmy dziecku miejsce w CZD.Niestey szpital brónowski twierdził,że nigdzie nie ma miejca.Po trzech dniach pobytu nagle otrzymałam wiadomość,że dziecko będzie przewiezione do IMiD bo właśnie zwolniło się miejsce.I faktycznie niedługo pojawiła się kartka N i przewieziono dziecko.Dopiero w IMiD dowiedzieliśmy się ( piszę w liczbie mnogiej,ponieważ mąż był moją podporą,rzecznikiem i jedynym rzetelnym łącznikiem pomiędzy mną a dzieckiem, że stan dziecka jest krytyczny,a szpital bródnowski nie mógł sobie poradzić.Ola była leczona na infekcję,której nie miała, ale przegapiono zapalenie płuc.Słowem skandal i horror.Ola przebywała na oddziale patologi noworodka przez 63 dni, z czego ponad 2 tygodnie na intensywnej terapii.Wszyscy przeżyli wielki szok,jak powiedziałam o mleku.Okazało się,że następnego dnia zrobiono badania pokarmowe i kazano mi ściągać i przywozić.Do mojego wyjścia mąż robił 2 kursy dziennie rano i wieczorem do 2 szpitali i woził mleko.Opieka w IMiD była wspaniała,pielęgniarki-młode dziewczyny naprawdę wykazywały wiele zaangażowania przy opiece nad wcześniakami.Ola wyszła z Instytutu 14 marca ważąc 1930 gramów.Teraz ma już 8 kg.
    • Gość: guest Re: Do mam wczesniaków - od redakcji IP: *.* 05.10.01, 13:14
      Dziekujemy Wam za wszystkie posty. To, o czym piszecie jest bardzo przejmujace i poruszajace. Z pewnoscia bedziemy czesciej pisac o wczesniakach w Dziecku.Od listopada rozpoczynamy, wraz z Wielka Orkiestra Swiatecznej Pomocyakcje Kolyska Nadziei - oglaszmy konkurs na najmilszy oddzial intensywnej terapii noworodkowej.O wszystkich szczegolach bedziecie mogli przeczytac wkrotce na eDziecku, a po 20 pazdziernika - w naszym miesieczniku. Dla czytelnikow bioracych udzial w akcji sa wspaniale nagrody a dla najmilszego oddzialu - rewelacyjny inkubator.Pozdrawiam serdecznie wszystkich i jeszcze raz dziekujeJustyna Dabrowska

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka