jogo2
27.11.06, 23:09
Witam,
Może kogoś zaciekawi taka historia. 6 lat temu kupiłam mieszkanie na takim
osiedlu w Warszawie ze względu na jego zalety oczywiście: przystępna cena, z
cegły, a nie z płyty, dobra lokalizacja, dużo zieleni w pobliżu, dobre
zaopatrzenie. Jest to stare osiedle z lat 60-tych (stąd taka cena) i niestety
duża grupa, jeżeli nie większość jego mieszkańców też jest z lat 60-tych. To
znaczy wtedy oni, jak to się wówczas popularnie mówiło: "dostali mieszkanie".
W międzyczasie spółdzielnia moloch się podzieliła, powstała mniejsza
spółdzielnia i wzięła się za remonty, które, trzeba przyznać są konieczne i
nie do uniknięcia. Trzeba też wspomnieć, że w międzyczasie poprzedni dozorca
(i zarazem nasz sąsiad), który klatek schodowych nie sprzątał nigdy, odszedł
na emeryturę. Zastąpił go nowy dozorca (i zarazem nasz sąsiad), facet ok. 40-
tki, który klatki schodowe sprząta czasami i na początku wyglądał na takiego,
któremu trochę bardziej się chce, niż temu poprzedniemu. Wracając do
remontów: w tym roku latem mieliśmy jednocześnie: wymianę pionów c.o. wymianę
liczników energii elektrycznej połączoną z przemieszczeniem ich z mieszkań na
klatki schodowe i ocieplenie budynku. Oznaczało to ok. 3 tygodni hałasu dzień
w dzień po 8 godzin i jednocześnie tumany pyłu na klatce schodowej przez
około miesiąc. Klatka schodowa nie była sprzątana wcale. Im więcej pyłu na
niej przybywało, tyle tam było. W końcu zaczeło to mieć wpływ na też i na
mieszkanie, bo wnosiło się pył na butach. Przez 6 tygodni (w międzyczasie
byłam na wakacjach przez ok. 3 tygodnie) musiałam klatkę schodową w okolicy
mojego mieszkania sprzątnąć ok. 6 razy: najpierw pozamiatać, a następnie
zetrzeć na mokro. Po 6 tygodniach, kiedy już wszystkie liczniki zostały
wymienione, ślady po wymianie przewodów zatynkowane, kaloryfery były
wymienione od kilku tygodni, a klatka schodowa była nadal brudna, zaczął mnie
szlag trafiać. Byłam na tyle nierozsądna, że podzieliłam się wrażeniami z
przemiłą starszą panią, która mieszka na parterze. Starsza pani w odpowiedzi
zrobiła nieokreśloną minę i nie powiedziała nic. Następnie zadzwoniłam do
administracji osiedla, z pytaniem, kiedy wreszcie zostanie posprzątane i
dlaczego nie jest sprzątane. Dodałam, że z powodu suszy panu dozorcy odpada
przecież koszenie trawników, które zawsze o tej porze roku robi. Pani
administratorka wyraziła zdziwienie, że klatka schodowa nie jest sprzątana i
obiecała coś z tym zrobić. Skutek: nastepnego dnia pan dozorca do mnie tekst:
nie żal pani pieniędzy na telefony i coś pysknął, żebym zabrała swoje kwiaty
z klatki schodowej (na każdym półpiętrze są prywatne kwiaty doniczkowe
lokatorów). Byłam na tyle mało sprytna, że nie zdziwiłam się ogromnie.
Zastanawiałam się, skąd on wie. I wtedy sobie uświadomiłam, że sąsiad
mieszkający pół piętra niżej, przyjaźni się z naszym dozorcą i ma taki fajny
zwyczaj, że często mieszka przy otwartych drzwiach, to znaczy lubi mieć drzwi
od mieszkania otwarte na klatkę schodową. I wszystko było jasne. Usiadłam i
pomyślałam, że nawet jeżeli wywaliliby tego dozorcę z pracy, to i tak nadal
będzie moim sąsiadem i chociaż wszystko się we mnie zagotowało, to sobie
pomyślałam, że rodzice nie nauczyli mnie, jak żyć w tym kraju. Do dozorcy
skierowałam jakieś półpojednawcze zdanie nie związane z tematem i myślałam,
ze sprawa jest zamknięta. Minęło trochę czasu. Zauważyłam, że dozorca z
premedytacją mi nie mówi dzień dobry (przedtem coś mamrotał pod nosem, na co
ja odpowiadałam mu dzień dobry). Po raz drugi trafił mnie szlag. Nie dość że
miałam rację, nie dość że wykazuje zero refleksji to jeszcze się obraził. No
ale cóż. W międzyczasie zaobserwowałam niedawno dwie scenki. Scenka pierwsza:
wchodzę do klatki schodowej, na samym parterze stoi ta właśnie miła starsza
pani sąsiadka i jej mąż (mają ok. 80 lat), a pan dozorca wzburzony wielce
żali im się. Z kontekstu zrozumiałam, że ktoś go prosił, żeby coś posprzątać
i to go strasznie wzburzyło. Z jego wypowiedzi wynikało natomiast (sam o
sobie mówi per cieć), że on ma sprzątania po uszy, że on zarabia takie
(gó..ane) w domyśle pieniądze, że za takie pieniądze to i tak robi za dużo.
A starsi państwo stoją i grzecznie potakują ze współczującymi minami.
Scenka druga dzisiaj: wracam sobie do domu i widzę, jak pan dozorca bardzo
przejęty o czymś rozmawia z inną sąsiadką też bardzo miłą starszą panią
(trochę młodsza - na oko 70 lat). Zrozumiałam, że teraz spółdzielnia planuje
odmalowanie klatki schodowej i pan dozorca też się czuje oburzony. "W Wigilię
sprzątał nie będę" (Wigilia to jest do którejś tam godziny zwykły dzień
pracy, a zresztą gdyby nawet nie był, to co, mamy my - mieszkańcy, spędzić
święta w syfie, czy w ramach dodatkowych zajęć sami posprzątać klatkę
schodową), a jak mnie zobaczył: "a potem będą telefony, że brud się do
mieszkania wnosi". A miła pani sąsiadeczka stoi i potakuje. I trafił mnie
szlag po raz kolejny. Uważam, że facet przegina i coś powinnam z tym zrobić.
Z drugiej strony, ja wychowuję dziecko sama i zwyczajnie boję się
konsekwencji konfrontacji. Boję się dziwnych incydentów, zniszczenia
kwiatków, które cieszą mojego synka i których nie mogę zabrać z powrotem do
domu, boję się, że "niewidzialna ręka" będzie robić nam przykrości większe i
mnmiejsze i będzie się to odbijać na dziecku. Zdaje się, że większości
starych dziadków, którzy mieszkają w naszym bloku zwisa i powiewa, że jest
tak jak jest, a pozostała garstka młodszych mieszkańców nie czuje się
oburzona. Pani administratorka też moim zdaniem dała ciała w tej sprawie, bo
w ciągu 6 tygodni co i rusz przychodziły ze spółdzielni inspekcje, żeby
śledzić postępy prac i trzeba było być po prostu ślepym, żeby nie widzieć,
jak wygląda klatka schodowa i mieć dobro lokatorów (płacących między innymi
za sprzątanie) głęboko gdzieś.
Nie wiem, co zrobić. Z jednej strony facet jest bezczelny. Mało mu, że nic mu
się nie stało, najpierw się nie kłaniał, teraz sobie pozwala na pyskówki,
ciekawe co mu jeszcze strzeli do głowy. Z drugiej strony: pójść do prezia tej
spółdzielni może jeszcze bardziej pogorszyć sprawę, bo co, oni mu uszu natrą,
a ja zostanę z nim na tym samym podwórku, jak nie w charakterze dozorcy, to
sąsiada. Nie wiem, porozmawiać z innymi sąsiadami (z tych nielicznych
normalniejszych), żeby teraz oni powiedzieli, że im syf przeszkadza. Tylko,
że musiałabym chyba o tym porozmawiać z nimi w łazience, bo słowo daję u nas
w bloku ściany mają uszy - tak jak w serialu.