Gość: Gosia1
IP: *.*
03.09.02, 09:30
Refleksja taka nasunęła mi się, bowiem już drugie swoje dziecię posłałam do szkoły. Jestem zdegustowana, zniesmaczona, zła, rozgoryczona. Na wpół przytomne dzieciaki ciągną z wieeeelkimi plecakami na 7.30 do szkoły. 30-cioro w klasie. W szkole ponad tysiąc (a "tylko" tyle, bowiem nadszedł niż demograficzny...). Program w pierwszej klasie szkoły podstawowej taki, że ja pamiętam uczyłam się tego materiału przez trzy lata! Moja Ania jeszcze w zeszłym roku w pierwszej klasie gimnazjum dostawała do odrobienia w domu z matematyki 30 zadań!!!!! A gdzie inne przedmioty? A gdzie na litość boską sport, dzieciństwo, beztroska????!!!! Dzieci blade, chorowite, zmęczone. Wyścig szczurów rozpoczęty. Po co? Pytam się poważnie - PO CO? Kogo ludzie odpowiedzialni za materiał, za program chcą wychować? Co chcą udowodnić? Że 80 procent społeczeństwa nie jest genialne tylko po prostu normalne, zwyczajne, pracowite? Czy nie można by genialności sprawdzać dopiero na studiach? Czy nie można by dzieciom w szkołach podstawowej i gimnazjum odrobinkę odpuścić, nauczać tego, czym się interesują, co lubią, pokazać świat, nauczyć obsługi bankomatu, pokazać jak sobie dać radę na dworcu, w sklepie, w kinie, teatrze....pokazać po prostu jak żyć i nie zginąć, jak się odnaleźć w razie zagubienia...Pozwolić rozwijać się swoim rytmem. Nie rozumiem tego. W większości krajów nauka wygląda tak, jak mnie się marzy i z tego, co zdążyłam zaobserwować fachowcy mają tam wiedzę o wiele rozleglejszą, są bardziej kompetentni, odpowiedzialni, "głodni" wiedzy, z pasją, marzeniami. A u nas? Boże, zobaczcie jak to wygląda u nas. Nie chcę generalizować, ale na większości wyższych uczelni (zwłaszcza na zaocznych) otrzymanie papierka, że zdało się egzamin jest niezwykle proste, tak jak załatwienie końcowego dyplomu. Dyplom potrzebny jest do załatwienia sobie i dostania lepszej posady, ba - nawet po prostu pracy, a nie po to, aby uzupełnić swoją wiedzę, by potem dzielić się nią. Nie bierzcie tego do siebie, bo jak napisałam nie generalizuję, swoje poglądy opieram na obserwacji tego, co dzieje się wokół mnie, tu, na miejscu. I jestem przerażona. Szkoda mi dzieci. Jak dużo materiału pamiętacie ze szkoły podstawowej? Z liceum? Bo ja niewiele, bardzo niewiele, rzekłabym wręcz, że prawie nic. Umiem pisać, czytać, liczyć. Ale życiowo byłam tak niezaradna, wszystkiego musiałam uczyć się sama, do wszystkiego musiałam dochodzić sama. Moje dzieci też. Za to w książce do pierwszej klasy na rozwiązanie jednego zadania z matematyki są 4 strony książki - to zadanie dziecko 7-letnie musi rozwiązać 6 sposobami....Paranoja. Zwraca się uwagę na charakter pisma, nie na to, co dziecko ma do powiedzenia, ale na to czy ładnie to napisało. Ocenia się na klasówkach to, co NIE zostało zrobione. Nieważne, że dziecko rozwiązało jedno zadanie, liczy się, że NIE rozwiązało dwóch......Marzy mi się, śni po nocach taka sytuacja. Wszyscy tam na górze zostają wypierniczeni z hukiem. Wszystkie te skorumpowane świnie. A na stanowiska dostają się autentycznie wykształceni ludzie z pasją, z chęcią do działania, do pracy. Którzy wezmą pod uwagę głos dzieci, nasze głosy. Którzy zanim coś zrobią pomyślą, jak się to będzie miało do życia. Jestem utopistką. Wiem, ale gdyby nie marzenia siedziałabym tylko i płakała nad dziećmi. Nad Ich zafajdanym życiem. Z dniem 1 września dla wielu dzieciaczków kończy się radosne dzieciństwo a zaczyna twarda szkoła życia. Koszmarnego życia w kraju, w którym Ono tzn dziecko tak niewiele znaczy. A jeszcze u nas - doświadczalnie - wprowadzono obowiązkową zerówkę do szkoły, w której jest, jak pisałam wyżej, tysiąc dzieci...Boże, trzeba Wam było widzieć te maluchy. Serce mi się pokroiło, już dzisiaj tuliłam niektóre do siebie, bo rodzice w pracy, a One same, samiutkie, samiusieńkie...Czy to musi się odbywać aż tak szybko? Nie lubię twardości, nie lubię cwaniactwa i siły przebicia, czyli tego wszystkiego, czego uczą się nasze dzieci, aby nie zginąć. Marzy mi się radość i spokój. Nie myślę o tym, że to utopia, bo chyba bym się załamała...Idę po Krzysia. Miał zimne rączki ze strachu. Musiał grać twardziela, ale ja widziałam, jak to przeżywał. I po co to? Chcę wyjechać na bezludną wyspę. Z dala od tego wszystkiego. Gdzie będę mogła tylko kochać swoje dzieci i uczyć je tego wszystkiego co potrzebne jest aby żyć normalnie a nie robić karierę. Kto idzie ze mną?Gosia