Dodaj do ulubionych

o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii

IP: *.* 20.09.02, 13:01
Drogie Mamy, czy możecie się podzielić Waszą motywacją do nie posyłania dzieci na lekcje religii? I pytam szczególnie te z Was, które same otrzymały katolicke wychowanie a świadomie, jako osoby dorosłe zdecydowały się "odejść".Moja bratowa właśnie nam zakomunikowała taki pomysł, ale dla mnie wygląda to bardziej na sposób wyróżnienia dziecka z tłumu niż faktyczne przekonanie. Twierdzi, że skoro oni-rodzice nie chodzą co niedziela do kościoła, to nie chcą by ktoś straszył grzechem dziecko. Tylko, że chętni do zabierania małej by się znaleźli. Bo czym innym jest dla mnie wyznawanie innej, czy też żadnej wiary, a czym innym zwykłe lenistwo. Nie chce mi się chodzić z dzieckiem do kościoła, potem na próby do Komunii to niech nie chodzi wcale, będzie z głowy. Choć do tego, by wziąć ślub w białej sukni jakoś sie przemogła ;)Jeśli same zostałyście wychowane po katolicku a w dorosłym życiu zdecydowałyście się z tego zrezygnować to czemu nie powtarzacie tego schematu z Waszymi dziećmi? Czy Wasze dzieci są ochrzczone? Czy czujecie się jakoś oszukane/zdradzone przez KK? Czy po prostu nie jest to Wam do niczego potrzebne?Jeśli ktoś uważa, że nic mi do tego, czy też pytania są zbyt intymne to PROSZĘ nie odpowiadać. Choć chciałabym zrozumieć. Bo w tym wszystkim jest jeszcze mała dziewczynka, która właśnie poszła do szkoły. I tak ma wiele stresów. Czy to, że jest jedyna w klasie z dość błahego jak dla mnie powodu,nie jest dodatkowym obciążeniem? Nie jest szczególnie mocna psychicznie. Wiem, że motywacja "niech chodzi, inne dzieci chodzą" też nie jest najlepsza ale może lepsza?Napiszcie, pozdrawiam serdecznieAknieszka
Obserwuj wątek
    • Gość: iwo1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 20.09.02, 13:32
      Rozumiem trochę twoja bratową ponieważ wydaje mi się że każdy powiniemn móc sam decydować o tym jaki światopogląd jest przekazywany swojemu dziecku.To iż ktoś wychował sie w takim a nie innym kosciele nie znaczy że jest on dla niego najlepszy.Ja sama też kiedyś chodziłam do KK ,ale wiele rzeczy mi tam nie odpowiadało,może nie będę pisać tutaj co dokładnie ponieważ nie chcę aby ktoś poczuł się krytykowany lub atakowany ,krótko mówiąc szukałam czegoś innego ,autentycznego,czegoś co nie ogranicza się do 45 minut w niedzielny poranek,czegoś co stanie się moim stylem życia i co będzie sprawiało mi radość.I znalazłam fajną chrześcijańska wspólnotę ,dla której życie z Bogiem nie ogranicza się tylko do niedzieli.Wspólnota ta działa przy Kościele Baptystów ,w tym właśnie kosciele bralismy ślub,mogliśmy sami zaplanować jego przebieg ,sami napisać swoje własne przysięgi...Jak urodził się Jasio ,nie ochrzciliśmy Go -sam kiedyś zadecyduje do jakiego kościoła chce chodzić .I pomimo tego że czasem rodzina nas nie rozumiała ,to wiem że tak naprawdę szanują nas za to że potrafimy bronić tego co jest dla nas istotne.Ja sama też nie poślę mojego dziecka na religię ,myśle że będę potrafiła mu wytłumaczyć dlaczego .
    • Gość: kasiap. Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 20.09.02, 13:42
      Stanowito dla mnie problem.Urodzilam sie niby w katolickiej rodzinie - ale w zwiazku z praca zawodowa mojego taty zadne zwiazki z Kosciolem byly niemozliwe. Nigdy wiec nie bylo mnie na lekcjach religii. Wychowalam sie bez tego i teraz wiara nie jest mi do niczego potrzebna. Religie traktuje jak opowiesc, bajke.Maz zrezygnowal z uczestniczenia w katolickim zyciu po zakonczeniu nauki i podjeciu pracy zawodowej. Tak wiec obydwoje jestesmy ludzmi niewierzacymi: ja z wychowania, on z przekonania.Po urodzeniu sie dzieci zdecydowalismy, ze nie bedziemy chrzcic dzieci (wolelismy, aby byla to ich swiadoma decyzja), ale zycie zmienilo te plany. Po wielu dyskusjach znalezlismy kosciol, w ktorym ksiadz zgodzil sie ochrzcic nasze dzieci. (znalezienie naprawde nie bylo latwe, z kilku kosciolow bylam wypraszana od razu. Kazdemu ksiedzu mowilam prawde).Teraz corka chodzi do przedszkola, najprawdopodobniej za rok bedzie juz religia. Wolalabym, zeby nie uczestniczyla w tych zajeciach. Uwazam, ze to za wczesnie, a poza tym niee wiem jakim przygotowaniem bedzie mogla pochwalic sie katechetka. (jestem raczej sceptycznie nastawiona - uwazam ze wiekszosc z nich nie nadaje sie do pracy z dziecmi - ale to tylko moje zdanie).Co bedzie w szkole?Zycie w katolickim kraju raczej wymusza podporzadkowanie sie regulom. Nie wiem jeszcze, co zrobie. Naprawde wolalabym, zeby to moje dzieci same zdecydowaly, ale czy o tym moze zdecydowac siedmiolatek? Raczej nie, bo nie wie o co chodzi. Przypuszczam, ze jak zobaczy, jak wyglada cala ""oprawa komunijna"" to na pewno bedzie chciala wziac w tej ceremonii udzial. I mysle ze to wlasnie dla tej oprawy, dla bialej sukienki itp., a nie z powodu ""przezycia religijnego"".Prawde mowiac, wolalabym, zeby moje dzieci mialy trzezwe spojrzenie na wszystko, w tym na sprawe religii na calym swiecie i mam nadzieje, ze zanim rozpocznie nauke w szkole, przedmiot traktujacy o religiach swiata znajdzie stale miejsce wsrod przedmiotow szkolnych.Tyle mojego. napisalam to w bardzo lagodnym tonie, ale tak lagodnie nie mysle...Tylko co na to moje dzieci?Kaska
    • Gość: Gosia1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 20.09.02, 15:28
      Aknieszko, ja właśnie tak zrobiłam - postawiłam na szali wszystkie za i przeciw i doszłam do wniosku, że: "niech chodzi"... Jestem chrześcijanką, wierzącą głęboko, bardzo głęboko, ale nie jestem katoliczką. Bardziej dla zaspokojenia pragnień rodziny wzięliśmy z mężem ślub kościelny, może też i dlatego, że - pomijając księdza - ja chciałam przed Bogiem złożyć przysięgę mojemu ukochanemu. Ale dla mojej Mamy i Mamy Darka księdza nie pominęliśmy. Spełniłam wszystkie warunki, które były potrzebne aby ten ślub doszedł do skutku. Ale do kościoła nie chodzę. Może niestety? Córcia bardzo wierząca, równie mocno pragnęła przyjąć komunię i chodzić do kościoła. No więc chodzi. W domku razem się modlimy. Krzyś jest dzieckiem wrażliwym, nawet za bardzo - nie wyobrażam sobie sytuacji w której odstawałby od grupy. Dlatego posyłałam Go na lekcje religii. I przyjmie komunię. W domu uczę Go modlitwy, uczę Go modlić się, rozmawiać z Bogiem. Uczę Go co to znaczy wiara. Z siostrą i księdzem Ani stoczyłam prawdziwy bój. Niunia nie dość biegle umiała modlitwę. Przy całej klasie została skrzyczana i postraszona, że mnie zostanie dopuszczona do komunii...:eek: No tom sie wkurzyła, i awanturkę zrobiła, i dziecko było już traktowane z należytym szacunkiem, a przede wszystkim z oczekiwaną od księży i nauczycieli katechizacji łagodnością, wyrozumiałością i miłością! Wiem, jestem na to nastawiona, że jeśli chodzi o Krzysia też będę walczyć (o ile będzie to konieczne). Na razie pani od religii wydaje mi się łagodna i miła. Zobaczymy. Jeszcze jedno. Mimo iż nie chodzę do kościoła, nie uczę tego moich dzieci. Tłumaczę Im, że każdy ma prawo wyboru. Jak również na komunię Ani na mszę poszłam i nawet się popłakałam (naprawdę mnie coś ścisnęło w dołku...). Mam nadzieję, że dobrze wychowuję swoje dzieci, że daję Im dobry przykład, dobry wzorzec. Chcę aby sami sobie wybrali drogę, którą pójdą, nie chcę natomiast aby czuli (jak ja), że są do czegoś zmuszani. Pozdrawiam GosiaP.S. Nie dodałam, że Misiu sam wyraził chęć (radosną!) i gotowość do uczestniczenia w lekcjach religii. Na komunię czeka z olbrzymią niecierpliwością. I co wieczór modli się (razem ze mną) bardzo gorąco i żarliwie. A ja uczę Go, że Bóg jest TYLKO miłością, dobrem, sprawiedliwością, łagodnością. Nie pozwolę, aby ktokolwiek wmówił Mu coś innego.
      • Gość: agniesia1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 20.09.02, 18:45
        Ja jestem katoliczką choć jak to się mówi "wierząca niepraktykująca". Córka nasza chodzi na religię bo uważam,że jak się wierzy w Boga to trzeba .synka terz żeśmy ochrzcili bo nie wyobrażam sobie inaczej.Nie wiem jak to napisac ale jestem uprzedzona do instytucji"księdza" ale nie do wiary.Może dlatego,że za dużo się słyszy o nich złych rzeczy.A ja uważam ,że jeżeli ktoś się poświęca (w tym przypadku dla Boga) to powinien to robić całym sercem a nie krzywdzić po drodze innych.Ostatno jak byłam u spowiedzi (przed chrztem synka) to ksiądz mnie tak do spowiedzi zraził,że już chyba do niej nie przystąpię.Zrobię sama w domu rachunek sumienia i wyspowiadam się bez świadków.Ksiądz zachował się w stosunku do mnie ordynarnie i wyzwał od czerwonych.Jeszcze moment i odeszłabym z tamtąd i jeszcze na niego nakrzyczała.Ale się powstrzymałam bo jednak byłam w świątyni a to rzecz święta.Ale nie o tym mowa.Wychowana jestem jako katolik i staram się tak życ (choc nie zawsze mi się to udaje) i mam zamiar tak wychować swoje dzieci.I tylko mam nadzieję ,że w przyszłości nie zmienią poglądów bo to będzie dla mnie porażka.Pozdrawiam
    • Gość: Gruszka Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 20.09.02, 15:46
      Moi rodzice do koscioła nie chodzili, nie uczestniczyli w żaden sposób w życiu religijnym. Nie mają zresztą ślubu kościelnego,bo mama jest po rozwodzie. Mnie na religię posłali. Mieli znajomych księży,nawet przyjaciół z racji swojej działalności politycznej. Uważali,ze to mi nie zaszkodzi,a pozwoli poszerzyć horyzonty, by samej dokonać wyboru w dorosłym życiu. Tymczasem ta decyzja wcale dla mnie nie była dobra. Dziecko wszystko bierze tak dosłownie. Kiedy słyszałam o potępieniu,płakałam całe noce,że moi rodzice skończą w piekle. Czułam się rozdarta;tu słyszałam, że dobrzy ludzie powinni chodzić do kościoła,do komunii przystępować itd. W domu nikt tego nie robił i nikt się tym nie przejmował,a przecież to byli wspaniali ludzie. Więc jak to wszystko pojąć? W pewnym momencie (jako młodsza nastolatka) popadłam niemal w dewocję. Z perspektywy widzę, ze chciałam chyba odkupić "grzechy" moich bliskich. Odeszłam od kościoła. Bo w ogóle nie wierzę w "lepszość" jednej religii nad inną. Starałam się poznać podwaliny wszystkich wielkich religii. Moje dziecko jest nieochrzczone. Choć gdyby ktoś w rodzinie o to poprosił, nie odmówiłabym-mnie to nic nie zmienia. Bywa w kościołach katolickich, bywa w cerkwiach, w synagogach. Na religię raczej nie pójdzie. Nie ma sensu, żeby uczyła się pewnych zasad,które nie są naszymi zasadami. Dla mnie to byłaby obłuda.
    • Gość: Zosia28 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 20.09.02, 20:05
      Witam :-)Rzadko odzywam się na tym forum, jestem raczej bierną obserwatorką, niemniej jednak poruszony temat wystarczająco mnie zaintrygował, żeby zechciec dorzucić swoją opinię.Jestem osobą niewierzącą z wyboru, nie z urodzenia :-)Moi rodzice oboje deklarowali przynależność do Kościoła Katolickiego. Mama do tej pory "chadza" w mysl zasady "wierząca, ale nie praktykująca", która dla mnie zakrawa na bzdurę, ale niech tam. Skoro tak czuje, niech sobie chadza. W moim przekonaniu wiara w Boga przeczy logice i zdrowemu rozsądkowi. Nie umiem i nie chcę respektować dogmatów Kościoła Katolickiego, jak i każdego innego. Uważam Biblię za doskonałe dzieło literackie, ale nie księgę świętą, natchnioną rzekomym duchem, ponieważ nie wierzę, żeby cokolwiek, czego dotyka człowiek było czyste.Moje dziecko nie zostało ochrzczone. Nie mam prawa decydować za nie, tak jak nie chce okłamywać samej siebie. Oboje z ojcem małej mamy na ten temat jednakowe zdanie, choć decyzja ta kosztowała nas niemało nerwów i tłumaczeń. "Wy róbcie sobie, co chcecie, ale nie krzywdzcie dziecka".Nie uważam, żeby moje dziecko zostało skrzywdzone. Chcę uczyć ją tolerancji i poznania. Jesli pewnego dnia sama dojdzie do wniosku, że w swoim zyciu potrzebuje Boga, będzie to jej decyzja, nie moja. Mam nadzieję, ze podjeta swiadomie. Mieszkam za granicą i tu nie spotykam się z zadnymi aktami nietolerancji wobec swoich poglądów, ale wiem, jak to wyglada w Polsce, gdzie Kosciół, niestety, stał się niemal formalnie organem opiniotwórczym. Myslę, że jesli Twoja bratowa nie robi tego z głupiej przekory, czy chęci bycia "oryginalną", a nie sądzę, żeby tak było, ma do tego prawo. Tak samo, jak powinna (to tylko moje zdanie), zostawic dziecku w przyszłości mozliwosc wyboru.Mam nadzieje, ze dziecko nie bedzie z tego powodu napietnowane. Jesli tak bedzie, pozostaje mi tylko współczuc polskiej mentalnosci, która, niestety, cały czas cechuje straszliwy brak tolerancji względem jakiejkowiek innosci.Pozdrawiam ciepłoZośka.
      • Gość: KvM Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 21.09.02, 19:50
        No cóż w zasadzie mógłbym podpisać się pod Twoim postem. Dodam tylko, że uważam iż lepiej nawet by z czystego lenistwa rodzice nie posyłali dzieci na religię niż zmuszali je do tego wbrew ich woli. Dość mamy zakłamania i udawania wierzących. Wątpię aby prawdziwych katolików było więcej niż kilka procent (to z własnych obsewacji), dlatego absurdem i zakłamaniem trąci fakt iż na religię nie chodzi tylko jedno czy dwoje dzieci w klasie. Uważam, że kwestia wiary powinna być świadomym wyborem, a religia w przedszkolu/szkole ten wybór ogranicza. Nie jest to poznawanie wiary lecz czysta indoktrynacja, przedstawianie wiary jako coś jedynie słusznego i właściwego (choćby w tym wątku można znaleźć na to przykłady). Sam byłem zmuszany do chodzenia do kościoła (w wieku 15 lat uświadomiłem sobie, że wiara i Bóg ma w sobie więcej sprzeczności niż sensu i że ja w to wierzyć nie potrafię). Dlatego mimo iż nie mam zamiaru swoich córek ograniczać w zakresie poznawania wiary, to na indoktrynację się nie zgodzę!
    • Gość: _Su_ Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 21.09.02, 18:20
      Witajmoje dziecię nie jest ochrzczone a my nawet nie mamy ślubu kościelnego. Zacznę od ślubu-zdecydowaliśmy sie go nie brać bo oboje nie chodzimy do kościóła, a poza tym ja jestem nastawiona dość mocno anty-kościołowo. Oczywiście działo się bo zaraz poleciały teksty od teściów że co ludzie powiedzą-cóż niech sobie mówią co chcą. Jeśli chodzi o małego to od początku nie chciałam go ochrzcić ale potem po prośbach i obietnicach że będzie miał kto z nim chodzić do kościoła (po chrzest to obietnica chowania w wierze katolickiej)pomyśleliśmy ze co nam szkodzi. i tu zaczęły sie jaja bo ksiądz stwierdził że ponieważ małżeństwem w oczach kościoła nie jesteśmy to nie ochrzci-jak sie później dowiedziałam chodziło najpewniej o łapówkę(słyszałam o kilku podobnych sprawach a jak dostał w łapę to ochrzcił). Wkurzyliśmy się wtedy i pomyśleliśmy kij mu w oko i tak nawiasem mówiąc świetna zachęta dla wiernych :0 moze kościół ma ich zbyt wielu. I tym sposobem wyszło na moje-zawsze chciałam aby moje dziecko samo zdecydowało o tym w co/lub kogo chce wierzyć. Chcę przedstawić mu różne religie i niech sam decyduje.hmm to chyba tyleSu
    • Gość: Kamila Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 21.09.02, 19:31
      Wychowywalam sie w rodzinie gdzie nikt nie przywiazywal wagi do wiary. Moj ojciec (ktory nigdy z nami nie mieszkal i byl rozwiedziony z moja mama) i jego matka byli katolikami i koniecznie chcieli, zebym chodzila na religie. W tajemnicy przed reszta rodziny mama zapisala mnie na religie i w 2 klasie przystapilam do komunii.Jednak juz w 3 klasie zalapalam, ze cos jest nie tak. Matka ojca, ktora byla dewotka nienawidzila z calego serca mojej mamy, a moj ojciec odszedl od nas jak mialam m-c. Jakos postawa tych dwoch osob nie bardzo szla w parze z ich wiara. Na dodatek na lekcji religii mialam spiecie z siostra i sama zadecydowalam, ze dosyc... Niestety pociagnelo to za soba konflikt z cala moja klasa, ktora chodzila na religie. Nie wiem jak znalazlam w sobie tyle sily, zeby przeciwstawic sie calej grupie, ale juz w liceum mialam w nosie co kto o mnie mowi. Dojrzewajac widzialam, ze postawa ksiezy nijak sie ma z tym co glosza, a postawa wiekszosci katolikow zaginajacych co niedziele do kosciola jest daleka od tej jaka powinien reprezentowac soba prawdziwy katolik.Teraz mam nieslubne dziecko, z jego ojcem zyjemy "na kocia lape" i jezeli bedziemy kiedykolwiek brac slub to na pewno nie bedzie to slub koscielny. Synek nie jest ochrzczony, chyba, ze kilka lat sam zechce zostac ochrzczony to nie bede stawac na przeszkodzie.Po prostu nie potrafie sobie wyobrazic, ze moja marna, grzeszna osoba chodzi do kosciola, przyjmuje komunie, itd. i dziwi mnie postawa ludzi, ktorzy od dziecinstwa nie przekroczyli progow kosciola, ale slub biora koscielny, chrzacza dzieci wiedzac, ze nie beda ich wychowywac w wierze, a juz najdziwniejsze jest slub zawierany kiedy panna mloda jest w ciazy, sorry, ale jest to dla mnie nie do przyjecia. Jezeli jest sie prawdziwym chrzescijaninem nalezy zyc zgodnie z wiara i 10 przykazaniami.A synkowi bede mowic o roznych wiarach nie mowiac, ze ta jest dobra, a ta jest zla.PozdrawiamKamila
    • Gość: Hermiona Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 21.09.02, 22:09
      Wychowałam się w rodzinie, gdzie o religii nie było mowy, mimo, że moi rodzice pochodza z rodzin wierzących i brali nawet ślub kościelny - na tym jednak ich związek z Kościołem się skończył. Może było to w ramach buntu, kiedy wyjechali z rodzinnego miasteczka na studia i w ten sposób chcieli zamanifestować swoją niezależność.Nie chodziłam na lekcje religii i nie byłam z tego powodu szykanowana, ale nie czułam się z tym zbyt dobrze...Jako prawie dorosła osoba sama odkryłam wiarę - dzięki lekturze, dzięki mądrym duchownym - np. ks. Oszajcy. Być może dlatego, że nikt nigdy mnie do tego nie zmuszał...Moje dzieci są ochrzczone, nie miałam z tym żadnych problemów, mimo, że nie mamy ślubu kościelnego. Zobowiązałam się do wychowania ich w wierze chrześcijańskiej i nie uważam tego za jakieś wielkie poświęcenie - w końcu moralność ogólnie przyjęta w naszym - polskim czy europejskim społeczeństwie to nic innego jak podstawowe zasady moralności chrześijańskiej i zgodnie z nimi większość z nas stara się wychowywać swoje dzieci.Moja córka uczestniczy w lekcjach religii, rok temu przystąpiła do I Komunii Św. - nie wiem, czy na pewno zrozumiała jej sens - w szkole przygotowanie wyglądało tak sobie, a ja, mimo, że rozumiałam powagę wydarzenia, nie umiałam jej tego przekazać. Dlaczego? Dlatego, że nie dostałam od moich rodziców "korzeni"... Nie wiem, jak mam uczyć moje dzieci wiary w Boga tak, żeby ich niezbyt duże rozumki to pojęły... Bardzo tego żałuję....Nie chodzę do kościoła - do tego też nie umiem się zmusić, ale wydaje mi się, że przyjdzie czas, kiedy do tego dojrzeję...Nie umiem powiedzieć "nie" katolicyzmowi - nie umiem z powodów mało logicznych, bo zahaczających o pewne bardzo, bardzo ...hm... jak to powiedzieć... mistyczne? przeżycia....Tak czy owak to, w co wierzę to wynik mojego "samowychowania" - z jednej strony czuję, że mogę być z tego dumna, ale z drugiej - brakuje mi tego poczucia pewności, jakie powinno wypływać z dobrego obcowania z wiarą od najmłodszych lat. Dlatego wydaje mi się, że decyzję o świadomym "izolowaniu" dziecka od spraw wiary powinno się dobrze przemyśleć.:hello: Monika
    • Gość: MichałaMama Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 22.09.02, 13:56
      Przeczytałam, podumałam i tak mi wyszło.Chyba nie jest to decyzja: "zrywamy z KK" bo i ślub kościelny był (pod wpływem jej rodziców wprawdzie ale wtedy się nie stawiali) i mała jest ochrzczona, i w przedszkolu chodziła na religię (bo Babcia kupiła książkę). I rzadko, bo rzadko ale bywają w kościele.Więc raczej "nie chce mi się". Teraz jest nowa szkoła, daleko, mogli zrobić po swojemu.Podobnież zostawili dziecku decyzję i ona stwierdziła, że nie będzie chodzić (choć dziecko zrobi wszystko, by zadowolić rodziców).Ja jednak, będę trochę napomykać od czasu do czasu, że izolowanie jej z grupy nie musi jej służyć. Zawsze też może zobaczyć w naszym domu, że wspólne wyjście na niedzielną Mszę może być przyjemne nie nudne. I można przecież porozmawiać z katechetką, by tak jak pisze Gosia1, była łagodna i pełna miłości.Dziękuję, za wasze listyPozdrawiam Aknieszka
      • Gość: Marina Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 22.09.02, 16:57
        Coz ...delikatny temat.Moi rodzice maja slub koscielny , ale mnie nie ochrzcili.Bylam jedyna w klasie ba w roczniku i jedna z dwoch osob poza Kosciolem.Bylam wyalienowana i dzieci oraz ich rodzice czesto podkreslali mowiac wprost co mysla o kims kto i tak pojdzie do piekla.Ja nic z tego nie rozumialam .Najblizszy budynek koscielny byl dla mnie magicznym zakazanym niedostepnym miejscm.Nie dostalam zadnego wsparcia ani zrozumienia w domu.Moi rodzice zajeci robieniem kariery uwazali , ze jesli zlekcewaza problem to on zniknie."Dzieki" odrzuceniu srodowiska kolezanek z podstawowki duzo czytalam.Glownie basnie i mitologie i wiem , ze tak naprawde szukalam Boga .Bez wchodzenia w szczegoly.Jestem urodzona w latach 60-tych.Moj okres dojrzewania to poczatki Solidarnosci.Poszlam do ogolniaka i tu nikomu nie przeszkadzalo , ze jestem niewierzaca.Moja klasa znowu w 100% byla wierzaca, ale to naprawde byli swietni , myslacy ludzie.Drobnymi kroczkami i wydarzeniami po bardzo dlugim okresie poszukiwan i przygladania sie chrzescijanstwu(po drodze byl i Budda) wybralam KK jak tu piszecie.Chrzest , bierzmowanie , komunia w wieku 23 lat.Pomimo wieku i wiedzy o moich poszukiwaniach szok dla rodzicow.Dzisiaj wiem , ze moja droga byla trudna i czasem na krawedzi.Nieposylanie dziecka na religie ..A co w zamian?Jak podepszec system wartosci do czego sie odwolywac.Ktoregos dnia dziecko zaneguje -bo musi dojrzec-wszystko co uslyszalo w domu i pytanie w ktora strone sie odwroci dokad pojdzie.Ja tez czuje sie nieukorzeniona w swej wierze.Moze niektorzy potrafia zyc bez Boga ja nie.A z innej beczki : mialam problem z interpretacja niektorych lektur w ogolniaku i to tez byla jedna ze sciezek moich poszukiwan.Temat rzeka .Oczywiscie nie odbirz tego , ze uwazam iz mam monopol na prawde nie mam-ale mam doswiadczenia i dziele sie z Toba.Czasy sa inne , coraz mniej ludzi chodzi do KK.Kiedys mieszkancy domu moich rodzicow szli parami na msze a my jechalismy do lasu .Pozdrowienia.M
      • Gość: Marina Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 22.09.02, 16:57
        Coz ...delikatny temat.Moi rodzice maja slub koscielny , ale mnie nie ochrzcili.Bylam jedyna w klasie ba w roczniku i jedna z dwoch osob poza Kosciolem.Bylam wyalienowana i dzieci oraz ich rodzice czesto podkreslali mowiac wprost co mysla o kims kto i tak pojdzie do piekla.Ja nic z tego nie rozumialam .Najblizszy budynek koscielny byl dla mnie magicznym zakazanym niedostepnym miejscm.Nie dostalam zadnego wsparcia ani zrozumienia w domu.Moi rodzice zajeci robieniem kariery uwazali , ze jesli zlekcewaza problem to on zniknie."Dzieki" odrzuceniu srodowiska kolezanek z podstawowki duzo czytalam.Glownie basnie i mitologie i wiem , ze tak naprawde szukalam Boga .Bez wchodzenia w szczegoly.Jestem urodzona w latach 60-tych.Moj okres dojrzewania to poczatki Solidarnosci.Poszlam do ogolniaka i tu nikomu nie przeszkadzalo , ze jestem niewierzaca.Moja klasa znowu w 100% byla wierzaca, ale to naprawde byli swietni , myslacy ludzie.Drobnymi kroczkami i wydarzeniami po bardzo dlugim okresie poszukiwan i przygladania sie chrzescijanstwu(po drodze byl i Budda) wybralam KK jak tu piszecie.Chrzest , bierzmowanie , komunia w wieku 23 lat.Pomimo wieku i wiedzy o moich poszukiwaniach szok dla rodzicow.Dzisiaj wiem , ze moja droga byla trudna i czasem na krawedzi.Nieposylanie dziecka na religie ..A co w zamian?Jak podepszec system wartosci do czego sie odwolywac.Ktoregos dnia dziecko zaneguje -bo musi dojrzec-wszystko co uslyszalo w domu i pytanie w ktora strone sie odwroci dokad pojdzie.Ja tez czuje sie nieukorzeniona w swej wierze.Moze niektorzy potrafia zyc bez Boga ja nie.A z innej beczki : mialam problem z interpretacja niektorych lektur w ogolniaku i to tez byla jedna ze sciezek moich poszukiwan.Temat rzeka .Oczywiscie nie odbirz tego , ze uwazam iz mam monopol na prawde nie mam-ale mam doswiadczenia i dziele sie z Toba.Czasy sa inne , coraz mniej ludzi chodzi do KK.Kiedys mieszkancy domu moich rodzicow szli parami na msze a my jechalismy do lasu .Pozdrowienia.M
        • Gość: 34579 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 22.09.02, 22:34
          Nie wiem dlaczego utarło się, że posyłanie - lub nie- dziecka na lekcje religii to sprawa publiczna, a w każdym razie rodzinna. Mój syn nie został ochrzczony. Mimo to każdy żąda (!) ode mnie wyjaśnień, dlaczego tego nie zrobiłam. Czy mam obowiązek tłumaczyć? Rodzice ochrzczonych dzieci nie tłumaczą się nikomu ze swojej decyzji, rodzice posyłający dzieci na lekcje religii również nikomu nie wyjasniają swej motywacji. To prawda, my "wierzący inaczej", ateiści, czy jak tam się kto określa, jesteśmy w mniejszości. Ale dla naszych dzieci jesteśmy najważniejsi i mamy prawo wychowywać je w zgodzie z naszym światopoglądem. To właściwie cała moja odpowiedź. Jeśli Twoja bratowa nie chce posyłać córki na religię- jej sprawa. A przy okazji- warto byłoby się JEJ zapytać, czym się kieruje podejmując taką decyzję. To wcale nie musi być powierzchowna rozmowa, a żona Twojego brata z pewnością lepiej objaśni, dlaczego nie chce aby jej dziecko uczestniczyło w katechizacji. Na marginesie dodam, że to właśnie siostra mojego męża toczy ze mną największą batalię o chrzest Kuby, stąd moje może mój nie najlepszy stosunek do "szwagierek".
    • Gość: Adzia Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 23.09.02, 08:17
      Czytam Wasze posty - ile tu różnych postaw, jakie ciekawe doświadczenia życiowe...I jeden wniosek mogę wysnuć - religia w szkole bardziej szkodzi niż pomaga. To niedorzeczne, żeby państwo organizowało młodzieży życie religijne. To powinna być sprawa rodziców i koscioła. Tylko że to wymaga współpracy rodziców z kościołem, a rodzice generalnie wolą, kiedy za wychowanie ich dzieci odpowiedzialne jest państwo - w razie czego, jest na kogo zwalić odpowiedzialność, nie? ;-)Nie wiem, czy osobie wierzącej i praktykującej wypada coś takiego pisać, ale ja jestem przeciwko jakiejkolwiek religii w szkołach państwowych. Niech będą szkoły katolickie - jeśli znajdę jakąś dobrą, to sama tam dziecko poślę (pod warunkiem że nie będzie musiała chodzić w plisowanych spódniczkach do połowy łydki, bo szkoda młodości ;-) ) - ale religia w szkole państwowej to dla mnie jeden z objawów komuny, która twierdzi, że państwo wie najlepiej, co człowiekowi do szczęścia potrzebne...AA
      • Gość: kn Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 23.09.02, 09:42
        Adziu, bardzo, bardzo się z Tobą zgadzam.Uważam, że nauczanie religii w szkole (czyli w ramach systemu edukacji powszechnie obowiązującego) czy w przedszkolu (!) jest wręcz szkodliwe i to głównie z tego powodu - pomijając wszystkie argumenty związane z wolnością wyboru przekonań - że wymuszony podział na dzieci które chodzą i nie chodzą jest szkodliwy dla samych dzieci: wymaga od pięcio lub siedmiolatka określenia swojej pozycji wobec grupy, na bazie kryteriów, których dziecko zwyczajnie nie jest w stanie pojąć.Oboje z mężem jesteśmy osobami niewierzącymi (ja z wychowania, on z wyboru, ale oboje z głębokiego przekonania), nasz synek nie został ochrzczony i nie zamierzamy go posyłać na religię, chcielibyśmy, aby poznał różne religie i świadomie sam sobie wybrał, albo i nie, wiem jednak, że w związku z tym już niedługo będę musiała synkowi tłumaczyć, dlaczego jest jedynym (bo może się tak zdarzyć) dzieckiem w grupie, które nie uczestniczy w lekcji religii - niech mi kto powie, jak to wytłumaczyć pięciolatkowi! Nawiązując do postu początkowego - myślę, że to właśnie ten chory system jest przyczyną "religijnych" wyborów dla świętego (?) spokoju - niech dziecko chodzi, co się ma wyróżniać... Gdyby trzeba było malucha zaprowadzić raz w tygodniu na religię do kościoła, poziom "katolickości" społeczeństwa spadłby - moim zdaniem - gwałtownie.Uważam, że katechizacja dzieci, jeśli nie towarzyszą jej codzienne, domowe, elementy wiary w wykonaniu rodziców i najbliższej rodziny, jest dla dziecka jedynie komunikatem, że rodzice co innego mówią a co innego robią. Inna sprawa, że rodzicom przydałaby się konsekwencja w obie strony: nie jestem w stanie zrozumieć ludzi, dla których jedyną okazją do wizyty w kościele jest własny ślub ewentualnie chrzest dziecka - ale to już tylko moje zdanie.:hello: Kasia
    • Gość: magdatorun Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 23.09.02, 09:02
      Moja sytuacja jest trochę inna. Ja jestem osobą niewierzącą, mąż deklaruje wiarę w Boga natomiast słyszeć nie chce o chodzeniu do kościoła. Na jego prośbę ochrzciliśmy naszą córeczkę. Marta ma teraz 2,5 roku i jeszcze nigdy nie była na mszy, mąż nie porusza z nią żadnych tematów religijnych. Ponieważ mieszkamy na wsi, wszystkie dzieci chodzą w niedziele do kościoła. Marta na razie przyjmuje ten fakt jako coś naturalnego - koledzy sa nieosiągalni bo wyszli do kościoła tak jak chodzą do babci , do szkoły itp. Kilka razy zdarzyło sie , ze Marta zapytała - po co? W zasadzie nie wiem co mam robić. Nie chciałabym mieszać w jej małej główce i w miarę prosto starałam sie jej przekazać, że są ludzie , którzy wierzą, że jest taki niewidzialny ktoś, kto sie nimi opiekuje i chodzą do kościoła, żeby z nim porozmawiać i o nim pomyśleć. Na razie Marta nie ciągnie tematu ale kiedys przecież zacznie. No i własnie dochodzi do paradoksu - niewierząca matka bedzie musiała zaprowadzić dziecko na mszę ponieważ tato absolutnie nie ma ochoty i do kościoła nie pójdzie. Co lepsze mąż upiera się, że Marta ma w przyszłości chodzic na religię, przecież jest ochrzczona i w ogóle. No i ma nie odstawać od innych dzieci żeby jej nie dokuczały. No i tu zgadzam się, że nieporozumieniem było wprowadzenie zajęc z religii do państwowych szkół a tym samym upublicznienie rzeczy śćiśle prywatnych jaką jest na przykład wyznawanie lub nie wyznawanie wiary w Boga.Ehhh żeby jeszcze łatwiejsze było dyskutowanie z mężem na tematy wyznaniowe...., niestety większość prób to kompletna klapa.Magda
      • Gość: Gosia1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...takie tam... IP: *.* 23.09.02, 14:25
        Chyba porozważam sobie czysto teoretycznie, zadając pytanie retoryczne, nie uderzające w nikogo. A to oznacza, że naprawdę nie oczekuję odpowiedzi. To będzie na zasadzie: co by było gdyby...Zastanawiam się nad celowością posiadania bata w postaci wiary, kościoła. I dochodzę do wniosku, że jednak chyba jest on potrzebny. Większość naszego społeczeństwa to ludzie myślący prosto. Mało jest jednostek światłych, o szerszych choryzontach, posiadających głębsze spojrzenie i mnóstwo pytań kłębiących się w głowie. Ludzi zdających sobie sprawę z odpowiedzialności i konsekwencji (!!). Chyba pamiętacie jak to było "drzewiej". Kiedy wisiało nad nami o wiele więcej batów. Teraz otrzymaliśmy wolność. Tzw wolność, pozwalającą krzyczeć: "ja mam prawo!!!". Oszałamiający sukces odnieśli wszelkiej maści psychologowie, psychiatrzy, psychoterapeuci i ich psychoterapie. Rozpoczęło się doszukiwanie: co chciał zamanifestować robiąc siusiu w majtki...(ogromnie spodobał mi się artykuł w październikowym "Dziecku" pt "Nie hodujmy Narcyzów", nie wiem czy pamiętacie, ale ja już dawno zwróciłam na to uwagę...). Budowanie ideologii do każdego gestu, słowa, miny. No i zachowanie... Rozglądam się wokół i włos mi się jeży na głowie. Nawet ja mam inne wspomnienia. Nawet za moich czasów dzieci i młodzież były inne. A przecież też mieliśmy fiu bździu w głowach, też robiło się mnóstwo hałasu w autobusach, też popalało się papierosy po krzorach :lol: Ale pamiętam też, że jak chodziłam na dyskoteki, to młodzieży pijącej alkohol, zachowującej sie agresywnie, wulgarnie, wręcz niebezpiecznie było naprawdę mało. I byli widoczni. Od razu, i eliminowani. Teraz eliminowani mogą być Ci, którzy nie przystają do narkotykowej, agresywnej paki. U nas zostały zlikwidowane wszystkie "moje" kluby, w których odbywały się "za moich" czasów kapitalne dyskoteki. Dlaczego? Bo w dwóch doszło do morderstwa...Całkiem niedawno, jakieś trzy, cztery lata temu. Chodziłam tam przez 10 lat i nigdy nic takiego nie miało miejsca. Zawsze mogłam czuć się bezpiecznie. I tak kołacze mi się po tej mojej łepetynie, że wszystko to zawdzięczamy tzw wolności. Za dużo jej. Zabrakło autorytetów w postaci choćby kościoła i piekła. Kary boskiej. Zabrakło konsekwencji i kary tej zwykłej, ludzkiej. Zbyt dużo bezstresowego wychowania, zbyt dużo wolności dla młodzieży w szkołach (sama awanturowałam się z nauczycielami!), zbyt dużo biadolenia na ciężkie życie - niech sobie młodzi poszaleją. Nie ma szacunku. Ja nie wiem, jak to jest z tą wiarą. Ale jednak dawniej Kościół trzymał ludzi razem...Było coś, co łączyło wszystkich. Mobilizowało do wychowywania, do zastanawiania się. A teraz? Wszystko jest na pokaz. Nawet gorliwa wiara polityków. Takie to tam...zagmatwane...pokiełbasione...i mąci mi w głowie...i żal przynosi...Sama nie wiem już co o tym myśleć. Ale czasy nastały podłe. I to jedno nie podlega żadnej dyskusji. I dlatego będę posyłać Krzysia na religię. I sama sobie chyba też narzucę pewien rygor. Każdy z nas musi mieć coś, na czym będzie opierał całe swoje życie. Z czego będzie czerpał siły do dalszego zmagania się z losem. Jednym wystarczy świadomość, inni muszą mieć coś jeszcze. Nie rozważajmy czy to ułuda, czy tylko pragnienie. Niech sobie będzie, najważniejsze, aby dawało i tę siłę i motor do działania. Pewne autorytety, które każdy w życiu mieć musi, a dzieci niezaprzeczlny wzór do naśladowania. Nie czarujmy się - jesteśmy tylko ludźmi, pełnymi wad i słabości. Dziecko w wieku buntu może nas całkiem odtrącić. Chciałabym aby moim została choć wiara, że ten na górze jest ideałem, bez skazy. To naprawdę może się przydać. Muszą mieć skąd czerpać wzorce...GosiaP.S. Nie wiedziałam o tym wszystkim dopóty, dopóki moja córka nie dorosła...Do tej pory żyłam sobie w błogiej nieświadomości, że ja i tylko ja byłam, jestem i będę najsilniejszym i najlepszym autorytetem dla mojego dziecka. Niestety, nie jestem pozbawiona ludzkich przywar i moje dziecko, kochane dziecko zauważyło to...Poszukując jakichś wzorców dzięki Bogu odnalazła właśnie Boga. :-)
        • Gość: 220571 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...do Gosi1 IP: *.* 23.09.02, 19:21
          No właśnie Gosiu, gdzie podziły się autorytety. A właściwie co się z nimi stało? Teraz podziwia się tych, którzy umieją się ustawić w życiu. Nie ma potępienia dla zła. Teraz można zrobić wszystko i inni nie mogą tego krytykować, bo wykazują się NIETOLERANCJĄ. Nie chodzi o to, żeby kamieniować ludzi, ale żeby WYRAŹNIE potępić zło (złe czyny). Ludzie mają "namącone" w głowach niestety. Dawniej, jak usępowałeś miejsca w autobusie kobiecie ok. 50 to siadła i się ucieszyła. A teraz zdarzyć się może, że się obrazi, że masz ją za starą babę :what:. W szkołach kąciki palacza (a przecież palenie jest złe - a tu przyzwolenie na zło). A co do młodzieży. Niepokoi mnie, że młodzież dojrzewa bardzo szybko fizycznie i że nie idzie to w parze z dojrzałością psychiczną (nie kładzie się na to nacisku). No bo 14-letnie dzieci mają prawo, żeby się wyszaleć, żeby mieć wszystko (nawet kosztem wyrzeczeń rodziców), żeby żyć jak dorośli (mieć prawa jak dorośli). Ale nie ponoszą konsekwencji. Rodzice usuwają im sprzed nóg wszelkie przeszkody (żeby nie poczuli się gorsi, żeby mieli to co koledzy, to co w reklamach). Wychowują ich na egoistów w ten sposób. Jak taki "wypieszczony" człowiek znajdzie się wobec przymusu: zarabiania na życie (przecież nikomu pieniądze nie spadają z nieba), współpracy w społeczeństwie (choćby się nie chciało - nasze życie wiążę się z życiem innych), czy wreszcie w rodzinie (czy taki mąż/żona będzie się w stanie poświęcać dla wspólnego dobra - obowiązki domowe; przyjąć odpowiedzialność za dzieci, które nawet niechcący mogą pojawić się na świecie). Czy nie zacznie szukać dróg na skróty (kradzież - to daje szybszy zysk, agresywność - przecież to inni powinni się ze mną liczyć, rozwód - mąż/żona się mnie czepia, aborcja - mam prawo do wolności).Pozdrawiam :hello:PS Przeczytałam książkę Golemana "Inteligencja emocjonalna". Wiecie co mnie najbardziej poruszyło? Stwierdzenie, że gorsze skutki społeczne niesie zbyt pobłażliwe (bezstresowe), niż zbyt rygorystyczne wychowanie.PS Gosiu, miło mi, że ktoś oprócz mnie jeszcze zamartwia się takimi sprawami (choć szkoda, że ta się sprawy mają, że trzeba się martwić). Często słyszy się, że to taki świat i już nic na to się nie poradzi. A przecież to, jaki jest świat zależy od nas, ludzi. Od każdego człowieka.
          • Gość: Gosia1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...do Gosi IP: *.* 23.09.02, 20:31
            I jeszcze uderza mnie fakt sprawdzania...Nie wiem, czy uda mi się przekazać o co mi chodzi tak, aby ktokolwiek mnie zrozumiał. Ale spróbuję. Nie jestem jakąś wyjątkową skromnisią, grzmiącą o wstrzemięźliwości seksualnej. Mam drugiego męża no i dwoje dzieci. Podoba mi się moje życie. Ale włos mi się na głowie jeży, gdy widzę co się dzieje. Ile jest rozwiązłości, ile wulgarności, ile pornografii, wyuzdania...Są ludzie, którzy prześcigają się w wyszukiwaniu "przyjemności". I sprawdzaniu, gdzie leży granica, niezwykle mętna granica pomiędzy przyjemnością a przestępstwem. Narobiło się tego, oj narobiło. "Mam PRAWO do przyjemności" - myśli sobie pedofil, zboczeniec, gwałciciel... Kilkunastoletnie panienki wulgarne tak, że nawet ja 35-letnia baba czuję się głupio, stateczni mężowie poszukujący przygód poza domem u "tirówek", zdrady (nudno w domu, codzienność przytłacza, brak nowych PODNIET, żona/mąż spowszedniał), rozwody, filmy wideo nahalnie wdzierające się w naszą świadomość na każdym rogu ulicy, strony w internecie, propozycje na gg...mam wyliczać dalej? Gdzie zasady moralne? Gdzie zwykłe ludzkie ciepło, sentymentalna miłość - pierwsze zauroczenie, trzymanie za rękę, pierwszy pocałunek... Miałam 15 lat, jak zaczęłam się spotykać z chłopcem 3,5 roku starszym ode mnie. Przez pierwszy rok nie śmiał mnie nawet pocałować. Jak określiłby to teraz taki 18-latek? - FRAJER. Ludzie prześcigują się w wynajdywaniu jak najbardziej pomysłowych, nieprawdopodobnych, wyuzdanych rozkoszy dla ciała. Gdzie w tym wszystkim odnaleźć a najważniejsze - pokazać dziecku wartości duszy? Serca? Umysłu? A najgorsze jest to, o czym grzmią właśnie ci psychoterapeuci o których pisałam wyżej - o zwalczaniu nudy w małżeńskim łożu, o dostarczaniu nowych podniet dla męża, żeby nie odszedł (te wszystkie gadżety w seks schopach :lol:), żeby ich nie szukał poza domem, o tym, że kobieta nie ma prawa się zestarzeć, wyglądać brzydko, zachorować - za wszelką cenę musi zachować jak najdłużej atrakcyjny wygląd dla partnera, żeby go nie stracić (ile jest tragedii, gdy jednak zachoruje i mąż przestaje się nią interesować i porzuca jak zużytą lalkę...). Wyścig szczurów? Tak, następny. A gdzie tu miejsce na przyjaźń, na szacunek, na WSPÓLNĄ nudę, na WSPÓLNĄ codzienność, trzymanie się za rękę, chodzenie we własnych WSPÓLNYCH przydeptanych kapciach, leżenie w rozciągniętych podkoszulkach na rozbebłanym łóżku, gadanie do południa siedząc przy stole w pidżamach, zamiast chowania się w łazience, żeby "zrobić" twarz i tak się dopiero pokazać mężowi... Mogłabym tak wyliczać bez końca. Dziękuję właśnie Bogu, że dał mi męża, myślącego jak ja. Nie wiem, jak zniosłabym ciągły lęk, że jak przestanę być atrakcyjna, to mnie porzuci. Dlatego jednak wolę wychowywać moje dzieci w kontakcie z religią. I tłumaczyć Im, że istnieje coś więcej niż "ziemskie" przyjemności. Gosia
            • Gość: Hermiona Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...do Gosi IP: *.* 23.09.02, 21:34
              Gosiu!!! Moja bratnia (siostrzana :) ) duszyczko!!! Nie umiem tego napisać tak pięknie, jak Ty, więc tylko powiem Ci, że wydaje mi się, jakbym słyszała własny głos, kiedy czytam Twoje posty.Boję się tego samego, co Ty; boję się relatywizmu moralnego, boję się fałszywej wolności i "wycierania sobie buzi" frazą "mam prawo"...Czuję się czasem taka "stara", niedzisiejsza, może dlatego, że często moje poglądy, podobne do Twoich, wywołują tylko uniesienie brwi - pełne ironicznego zdziwienia...Gosiu, wspaniała jesteś!:hello: Monika
            • Gość: 220571 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...do Gosi1 IP: *.* 23.09.02, 21:42
              Gosiu, czytasz w moich myślach! :)Taki każdy jakiś nierzeczywisty się robi: zawsze młody, piękny, zdrowy, wolny. Zawsze wszystko dla niego i to szybko. Jak najmniej wysiłku, jak najszybszy efekt. Powiedz mi Gosiu, gdzie leży przyczyna? I jeszcze ważniejsze - co z tym zrobić, jak zaradzić? Ja tak dumam i dumam i nie wiem. Może by tak na początek telewizję, prasę (czy co tam jeszcze) cenzurować? Skoro ludzie nie umieją korzystać z wolności? ALe z drugiej strony, kto mi zagwarantuje, że cenzorem nie będzie świr?Dawniej się nad takimi rzeczami nie zastanawiałam, ale odkąd mam dzieci i pomyślę sobie, że mogą zostać skrzywdzone...Pozdrawiam :hello:
              • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...do Gosi1 IP: *.* 24.09.02, 07:37
                "Potępienie", "cenzura"... :ouch: Czy na pewno TĘDY droga...???Może źle zrozumiałam post Gosi1, ale wydawało mi się, że ma na myśli kręgosłup moralny każdego człowieka, wewnętrzne zasady, których coraz częściej brak lub ulegają rozluźnieniu... ale WŁASNE... Nie odebrałam jej postu jako postulat o ustanowienie katów (cenzorów etc.) strzegących moralności innych. Acha, i mających PRAWO do potępiania.Ale może źle zrozumiałam.......
              • Gość: Gosia1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...do Gosi i rosy IP: *.* 24.09.02, 08:52
                Co robić? Kurcze, sama się nad tym zastanawiam. Mam dużą córkę...lęk mnie zżera codziennie. Ale odnoszę wrażenie, że - jeszcze raz użyję tego określenia - dla większości ludzi, którzy myślą "prosto" potrzebny jest ten tzw kręgosłup moralny pochodzący z zewnątrz, bowiem oni sami go nie posiadają (nie obrażając nikogo, bo nie chodzi o uczciwość). I tak, jak ludzie z choryzontami mogą swoje dzieci wychować przekazując im wszelkie zasady postępowania w życiu, kierowania się jakimiś ustalonymi regułami tak ludzie o zawężonych tychże, skupionych na fizycznych odczuciach (pełny brzuch, wersalka, pudło z ruchomymi obrazkami, szczyt marzeń i luksusu: komputer, oraz puszka piwa w dłoni) muszą mieć te reguły spisane drukowanymi literami, opisującymi jasno i wyraźnie (jak krowie na granicy :lol:) metody postępowania i postawy życiowe, z których trzeba brać przykład (przypowieści biblijne np). Przecież widzi się i słyszy tak charakterystyczne dla naszego społeczeństwa historie - zapracowani rodzice, dzieci same w domu, brak rozmów, brak "umoralniających" kazań, brak porozumienia, a jedyny argument to pas wiszący w szafie, często używany tak naprawdę zamiast... A przecież nie można powiedzieć, że są to rodzice mniej kochający swoje dzieci. Wydaje mi się, że są właśnie pozbawieni tej ważnej wyobraźni. Może to życie tak działa? Nie wiem, ale mnie bardzo denerwuje takie postępowanie. Natykam się na nie wszędzie - w sklepie, na ulicy, w kinie, w autobusie...I przyzwolenie tłumu na prostackie reakcje. Ja staję się po prostu bezradna niekiedy, jak staję w obliczu czegoś takiego. No bo jak mam rozmawiać z kimś o duszy, kto patrzy na mnie jak na wariatkę a za cel swojego istnienia ma dotarcie do wyra i napakowanie własnego żołądka. I o takich ludziach myślę, pisząc o wierze i kościele. Ponieważ z moich obserwacji wynika, że tak jak mnie mogliby wyzwać i wyśmiać, tak znakomita większość do księdza podejdzie z szacunkiem i "skuli ogon pod siebie". Tutaj właśnie mądry (!!!) duszpasterz ma naprawdę wielkie pole do popisu. I tutaj właśnie tego mądrego duszpasterza zabrakło. Bo zauważcie, jak był nam kościół zabroniony, to pchaliśmy się do niego drzwiami i oknami (piszę "my", ale mam na myśli wyrażenie znacznie ogólniejsze), konspiracyjnie, po kryjomu. Co z tego wynika? Ano prawda stara jak świat, że mianowicie to co zabronione, jest jak najbardziej porządane. Teraz jesteśmy wręcz namawiani, pokuszę się o twierdzenie, że zmuszani do uczestnictwa w jedynie słusznej wierze i co się dzieje? Odchodzimy, oddalamy się od niej. Przestała być atrakcyjna, bo stała się powszechna, powszednia... Bo zostało nam dane COŚ do wyboru, bo staliśmy się wolni, bo możemy zaprotestować, zamanifestować własną niezależność, odrębność, a to jest to, co Polacy lubią najbardziej: pokazać, jacy są wolni i niezależni. I wychodzi też typowa cecha Polaków - prowokowani, robią na przekór. Dlatego, uważam, że danie całkowitej wolności oznacza klęskę. Przynajmniej, jeśli chodzi o nasz naród. Chyba nie jesteśmy jeszcze na to gotowi. ;)Gosia
                • Gość: ruda Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...do Gosi i rosy IP: *.* 24.09.02, 09:10
                  Gosieńko, nie zapominaj, że ta religia, o której piszemy, zakłada wolną wolę. I ja jestm za odchodzeniem ludzi z kościoła, jeśli nie mają wiary.NAtomiast co do tej zewnątrzsterowności: obawiam się, że tacy ludzie o jakich piszesz, to są w stanie tylko podporządkować się regułom w rodzaju: raz w roku w okresie wielkanosnym iśc do spowiedzi, przed ślubm kościelnym iść dwa razy miesiąc przed i dzień przed lub załatwaić swą wierność stwierdzeniem: nie zabiłem nie ukradłem nie mam grzechu, na koniec zaś potępiająco patrzeć na matki z małymi dziećmi w kościle, które przeszkadzają im odmawiać różaniec w czasie mszy. A że ludzie nie są w stanie dostrzec tego, że mają wolność i jeśli bez rozmysłu będą z niej korzystać to się pokleczą, nie zmieni chyba tego narzucenie im 10 przykazań...kasia
                • Gość: ruda Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...do Gosi i rosy IP: *.* 24.09.02, 09:10
                  Gosieńko, nie zapominaj, że ta religia, o której piszemy, zakłada wolną wolę. I ja jestm za odchodzeniem ludzi z kościoła, jeśli nie mają wiary.NAtomiast co do tej zewnątrzsterowności: obawiam się, że tacy ludzie o jakich piszesz, to są w stanie tylko podporządkować się regułom w rodzaju: raz w roku w okresie wielkanosnym iśc do spowiedzi, przed ślubm kościelnym iść dwa razy miesiąc przed i dzień przed lub załatwaić swą wierność stwierdzeniem: nie zabiłem nie ukradłem nie mam grzechu, na koniec zaś potępiająco patrzeć na matki z małymi dziećmi w kościle, które przeszkadzają im odmawiać różaniec w czasie mszy. A że ludzie nie są w stanie dostrzec tego, że mają wolność i jeśli bez rozmysłu będą z niej korzystać to się pokleczą, nie zmieni chyba tego narzucenie im 10 przykazań...kasia
                • Gość: 220571 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...do Gosi1 i nie tylko IP: *.* 24.09.02, 19:22
                  mama Ani i Krzysia napisała/ł:> ...tak znakomita większość do księdza podejdzie z szacunkiem i "skuli ogon pod siebie". Tutaj właśnie mądry (!!!) duszpasterz ma naprawdę wielkie pole do popisu. Obawiam się Gosiu, że jest jeszcze inna grupa ludzi. Dresiarze, czy jak im tam. Po prostu chuligani. Do takich ludzi bardzo ciężko jest dotrzeć. I tak się zastanawiam co z takimi ludźmi zrobić. Możliwości jest kilka.1/ Nie zwracać uwagi. Zająć się sobą. 2/ Próbować sprawę rozwiązać. I tu znowu są możliwości. ;)a/ Zapobiegać "tworzeniu" się dresiarzy.b/ Karać ich za to co zrobili (kradzierze samochodowe, dewastacje przystanków, i inne wybryki). Nie zwracać uwagi się nie da moim zdaniem. To byłoby okrutne i nieludzkie. To byłoby mówienie "Co mnie obchodzi, że od kijów bejsbolowych zginął niewinny chłopak, który szedł ulicą". Nie można nie zwracać uwagi przez wzgląd na tych ludzi (i ich rodziny), którzy zostali napadnięci, okradzeni, zgwałceni, zamordowani. Wkurza mnie to, że kilku wyrostków potrafi sterroryzować całe osiedle. Nie potrafię przejść obok - przecież mnie to nie dotyczy.Trzeba więc coś robić. Ale co? Czy szkoła jest w stanie zamiast rodziców (tych, którzy odpuszczają wychowanie) wychować dzieci? Czy szkoła będzie w stanie dać takiemu dziecku "kręgosłup"? A jeśli nie szkoła? To kto? Kto zajmie się tymi dziećmi? Może powinnyśmy my, mamy już w piaskownicy wychowywać inne dzieci, których rodzie nie reagują na złe zachowania swoich dzieci. Może trzeba wprowadzić cenzurę w telewizji (Ika ;) )? Nie pokazywać tyle przemocy? Dorosły "obroni się" przed wszystkim. Ale przecież w dzieciach pozostaje ślad po ciągłym oglądaniu makabrycznych scen. Mozna powiedzieć, że przecież można nie oglądać i wyłączyć. Ale czy my, jako społeczeństo nie moglibyśmy się zdobyć na tego typu ograniczenie, zeby zyskać swobodę wychodzenia po zmroku na ulicę? Ja bym się zdobyła (zwłaszcza, że nie oglądam ;) ), nawet gdyby miało to uratować tylko jednego człowieka przed napadem. Ale nachodzą mnie wątpliwości. Kto zostanie takim cenzorem, bo jeśli Gosia1 to ja się zgadzam ;). A jeśli ktoś, kogo od razu da się przekupić :(.A jeśli się nie da jednak zapobiegać, to chociaż karać. Przecież to jest demoralizujące, jak idę na policję zgłosić np. kradzież, a policjanci są bezradni. Jak wzywam policję, bo demolują przystanek (noc, widzę przez okno) to przjeżdżają późno i NIC im nie robią (nie aresztują, nie spiszą). Nie powinno się też takich chuliganów zamykać w więzieniu (dlaczego społeczeństwo ma do nich dokładać). W jakimś amerykańskim filmie lekarz za przekroczenie prędkości dostał karę: praca społeczna w szpitalu. Może to jest pomysł? To chyba tyle. Takie sobie moje przemyślenia.Pozdrawiam :hello:
                  • Gość: Gosia1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...do Gosi1 i nie tylko IP: *.* 25.09.02, 07:52
                    Czuję się bezradna Gosiu, bo też zdaję sobie z tego sprawę. Ileż to razy ja sama próbowałam "zbawić" świat starając się wpłynąć choćby na relacje wokół mnie. Ileż to razy kłóciłam się z policjantami, a doprowadzenie do rozprawy sądowej psychopatycznego męża mojej przyjaciółki graniczyło z cudem(!!!!!!!!). To niemożliwe, aby wołanie ludzi o tym co się dzieje, o tej strasznej niesprawiedliwości, o bezsilności wobec narastającego zła nie docierało do "władzy". Wiele razy zastanawiało mnie, dlaczego - skoro my zwykli ludzie, czasem wykształceni zupełnie w innym kierunku mamy naprawdę dobre, nowatorskie pomysły na zapobieganie i na karanie przestępców - "oni" nic nie robią, ewentualnie obniżają "widełki", łagodzą kary, dodają przywilejów więźniom itp itd...jednocześnie np skracają urlop macierzyński i zabierają zapomogi, czy zasiłki dla tych najbiedniejszych i dla tych najbardziej potrzebujących (np dla młodych matek i dzieci!!). Nie rozumiem tego. Czy jest ktoś, kto może mi to wytłumaczyć? Ja wiem - to jest polityka. Ale mnie chodzi o logiczne wytłumaczenie, kurcze - LOGICZNE!!! Nie ma logiki w tym cholernym kraju i tyle. Dzięki pracy mojego męża znamy kilka osób z tej tzw "władzy" choć na tym bardzo jeszcze niskim szczeblu ;). Żebyście Wy wiedzieli jakie tu odchodzą chocki klocki!!! Jaka wymiana, jakie mycie rączki przez rączkę...Boże drogi. Jedno ugrupowanie odchodzi, zabiera pracowników, przy porozumieniu z drugim wchodzącycm, które przyprowadza swoich. Często w tajemnicy przed mediami spotykają się i rozmawiają - dzielą stołkami...przyznają sobie premie, pieniądze jako zadośćuczynienie, że trzeba odejść, potem jeden telefon: przyjmiesz pana X? A przed wyborami? Nawet jak pan X wie, że nie wygra, spotyka się z panem Y po to, aby ustalić szczegóły kampanii, a potem pozbierać śmietankę - jest jej tak dużo, że starczy dla wielu...Brud, wszędzie brud i zgnilizna. Brzydzę się tym. Najgorsze jest to, że na razie jest na to społeczne przyzwolenie, bo w sumie nie bardzo wiadomo, jak reagować. Ale gdzie jest ta uczciwość? Tak głośno deklarowana przez ubiegających się o stołeczek. Ja wiem, naiwna jestem i troche utopijna (ale już dawno się do tego przyznałam). No i pleciuga, bo daleko odbiegłam od tematu. Przepraszam. :-)Pozdrówka Gosia
                • Gość: pysia22 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...do Gosi i rosy IP: *.* 25.09.02, 10:57
                  Czytam sobie i czytam, tylko przychodzą mi do głowy pytania - a co z tym wszystkim złym co w kościele, co w autorytetach, co w cenzurze. Kto ma decydować o tym, co jest dla mnie dobre i słuszne. Kto - pan, czy Pani - niestety częściej pan - siedzący za biurkiem. Kto ma decydowac o tym co dobre dla moich dzieci. Moje małe jedne dobranocki lubią innych nie. Ale to do mnie i do nich należy decyzja co obejrzymy, co zrobimy.Ja wiem, są ludzie tacy i są inni. Ale jakie ja mam PRAWO decydowania co jest dobre a co złe dla innego człowieka. Rzeczy typu morderstwa, narkotyki - są złe. Ale opowiem Wam, że siostra mojego męża, która jest w piewrszej klasie liceum, zrobiła swoje 16 urodziny. I to była tak grzeczna impreza - bez papierosów, prawie bez alkoholu. Zwykłe liceum, ale ja pamiętam, że ja byłam mniej grzeczna.Wszystko we mnie buntuje sie przed takimi słowami. Ale to ja chcę decydować co dla mnie i dla mojej rodziny najlepsze. Ja i mój mąż. A co do wolności?Cenię ją najbardziej na świecie, bo jak powiedział mój znajomy wolność polega tez na możliwości wyboru. I ja to cenię.Pysia
                  • Gość: 21081970 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...do Gosi i rosy IP: *.* 28.09.02, 02:23
                    Swięta racja. Swoją drogą ja za nic nie jestem w stanie pojąć dlaczego jakakolwiek religia ma być w publicznych szkołach lub przedszkolach. Czy moze mnie ktoś oświecić dlaczego katechezy w salkach przy kościołach były złe, a te w przedszkolnych salach są dobre? Nie zrozumcie mnie źle ja naprawdę nie jestem przeciwniczką KK. Uważam, że wyznanie to prywatna sprawa pojedyńczego człowieka lub rodziny i szkodliwe jest ZMUSZANIE ludzi do "wyspowiadania się" ze swojego światopoglądu a do tego właśnie prowadzi religia w szkole lub przedszkolu. Uważam, że katechizacja jest dopuszczalna jedynie w szkołach wyznaniowychGośka
            • Gość: addria Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...do Gosi IP: *.* 24.09.02, 11:11
              Gosiu, święte ;-) słowa. Przypomniało mi się, że kiedyś przypadkiem włączyłam telewizor i akurat "leciał" serial Plebania, którego nie oglądam, ale jakoś tak się złożyło, że usłyszałam wtedy zdanie wypowiedziane przez aktorkę. Chyba było to a propos jakiejś sprzeczki między bohaterami, dotyczącej rozwodu czy grzechu. To zdanie zapadło mi w pamięć: "życie nie kończy się na życiu!" (w domyśle: życie wogóle nie kończy się na życiu doczesnym, tak więc skoro w to wierzymy, nie skupiajmy się wyłącznie na nim).Nie wiem czy ktoś już poruszał problem: czy nauczanie religii wogóle powinno mieć miejsce w szkole. Ja uważam, że absolutnie nie, jeśli nie jest to szkoła wyznaniowa. Te szykany, nietolerancja, itd., o których pisało kilka osób, moim zdaniem nie miałyby racji bytu w momencie przeniesienia spraw wiary w miejsca do tego przeznaczone, czyli w pobliże Kościołów. Kiedyś przeciez były tzw. salki katechetyczne przy Kościołach Katolickich i dzieci uczęszczały tam na lekcje religii. Skąd bierze się powszechne narzucanie religii rzymskokatolickiej (zresztą jako jednynie słusznej) do każdej niemalże dziedziny życia społecznego? A co z niewierzącaymi i innowiercami? Czy są oni gorsi, wybrakowani? Musza się ukrywać, kamuflować, wreszcie robić coś wbrew własnej woli (choćby właśnie posyłać dzieci na lekcje religii katolickiej) żeby uniknąć nietolerancji i pogardy?
        • Gość: AgnieszkaLO Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...takie tam... IP: *.* 24.09.02, 12:59
          Gosiu!, Super post. Dzięki za niego. Mądry z Ciebie Gosiak.AgnieszkaLO
        • Gość: rudzia Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...takie tam... IP: *.* 27.09.02, 12:26
          Gosik! Wszystko, co napisałaś o wolności, a właściwie o złym rozumieniu tego słowa jest prawdą. Ja też tak to odczuwam. Jest jeszcze jeden wróg współczesnego człowieka i chrześcijaństwa czyli tzw. tolerancja. Musimy tolerować zło, rozwody i różne złe rzeczy, bo tak wypada. Jest to modne. Nic więc dziwnego, że dzieje się tak, jak się dzieje.Strasznie się cieszę, że twoja córka odnalazła na swojej drodze Boga. Mnie też to kiedyś spotkało, mimo, że przez całe lata była walczącym ekologiem. I wtedy walczyłam nawet z Panem Bogiem (niestety!). Ale na szczęście wybaczył mi i przytulił... Życzę ci, żebyś odnalazła swoją ścieżkę, swoją drogę duchową, miejsce spotkania z Nim, gdzie poprowadzi cię ... dokąd On będzie chciał. To jest najwspanialsza przygoda życia. Czasem trudna, ale przedziwnie piękna. Życzę ci cudów. A przykazania i cały ten - jak piszesz - "bicz Kościoła" jest potrzebny, powiem więcej - jest niezbędny. Bez tego ani rusz. Ale na szczęście w tym całym "zamieszaniu" z wiarą to nie wszystko. Pozdrowka. Rudzia.
        • Gość: rudzia Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...takie tam... IP: *.* 27.09.02, 12:28
          Gosik! Wszystko, co napisałaś o wolności, a właściwie o złym rozumieniu tego słowa jest prawdą. Ja też tak to odczuwam. Jest jeszcze jeden wróg współczesnego człowieka i chrześcijaństwa czyli tzw. tolerancja. Musimy tolerować zło, rozwody i różne złe rzeczy, bo tak wypada. Jest to modne. Nic więc dziwnego, że dzieje się tak, jak się dzieje.Strasznie się cieszę, że twoja córka odnalazła na swojej drodze Boga. Mnie też to kiedyś spotkało, mimo, że przez całe lata była walczącym ekologiem. I wtedy walczyłam nawet z Panem Bogiem (niestety!). Ale na szczęście wybaczył mi i przytulił... Życzę ci, żebyś odnalazła swoją ścieżkę, swoją drogę duchową, miejsce spotkania z Nim, gdzie poprowadzi cię ... dokąd On będzie chciał. To jest najwspanialsza przygoda życia. Czasem trudna, ale przedziwnie piękna. Życzę ci cudów. A przykazania i cały ten - jak piszesz - "bicz Kościoła" jest potrzebny, powiem więcej - jest niezbędny. Bez tego ani rusz. Ale na szczęście w tym całym "zamieszaniu" z wiarą to nie wszystko. Pozdrowka. Rudzia.
        • Gość: Balbinka Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu...takie tam... IP: *.* 27.09.02, 13:47
          Jarku, tylko widzisz, ja mam podobna wizje piekła - że jeśli istnieje, to jest nim niemożność osiągnięcia szczęścia i miłości. TYle tylko, że moim zdaniem jest niemozliwe, by miłosierny Bóg/Bogini pozwoliła nato, zeby ktokolwiek zył w taki sposób. Miłosierdzie....Takie zwykłw słowo.Dlatego też mimo, że obiecałam mężowi, że wychowam dzieci po katolicku, to nie umiem wbrew sobie powiedzieć tego, że piekło istnieje i to na wieczność, tego, że ktokolwiek byłby w stanie potępić kogoś za miłość. I co to znaczy códzołożenie. Nie potrafię przekonać kogoś, że powinnam żałować za to, że spałam z mężem jeszcze przed slubem - bo nie i dlaczego ktokolwiek żąda tego ode mnie, podczas kiedy dla mnie byłoby to sprzedaniem mojej milości.Wiele mam takich pytań, i może kiedyś znajdę na nie odpowiedź, tylko jak mam wcześniej poste pować z moimi dziećmi - czego ich uczyć...I jakPs. Czy na pewno można powiedzieć, że to było napisane pod wpływem natchnienia? Czy wszystkie czyny kościoła i świętych sa pod wpływem natchnienia?Jeśli tak, to dziękuję za takie natchnienie....PysiaI dlaczego do cholery nie ma szanuje dziecko swoje???? Może mniej nieszczęć byłoby...Pyś
    • Gość: Janka76 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 23.09.02, 13:44
      Powiem szczerze że jak słyszę o posyłaniu dzieci na religię z konformizmu a nie z przekonania to pięści się same zaciskają. Przecież jakby więcej dzieci nie chodziło to byłoby im łatwiej. Jestem dopiero w ciąży ale moje dziecko na pewno nie będzie chodzić na religię. Będę szukać przedszkola bez religii a w podstawówce...jak ktoś mi będzie dziecko dyskryminował czy straszył piekłem z tego powodu to będę bezlitosna!
      • Gość: kasiap. Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii - do Janki76 IP: *.* 23.09.02, 14:04
        To TY nie poslesz dziecka na religie. A jezeli ONO wlasnie bedzie chcialo, i to dlatego bo wszyscy w klasie chodza,, bo najlepszy kolega z lawki chodzi? (to jest bardzo wazny powod dla siedmiolatka) A jeszcze jak mu sie spodoba? Zabronisz?Ja nie.Kaska
      • Gość: kasiunia Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-przede wszystkim do Janki IP: *.* 23.09.02, 15:41
        "a w podstawówce...jak ktoś mi będzie dziecko dyskryminował czy straszył piekłem z tego powodu to będę bezlitosna!"myślę, Janko, że się bardzo,ale to bardzo mylisz. to przede wszystkim te osoby (i dorośli,i dzieci, które też potrafią być okrutne) które będą straszyć i dyskryminować mogą się okazać bezlitosne - dla Twojego dziecka. uczę w szkole,zetknęłam się z tym problemem nie raz i naprawdę wiem co mówię. przede mną długa i trudna batalia z niewierzącym mężem, który nie chce żeby nasze dziecko zostało ochrzczone.ja nie identyfikuję się z religią katolicką (ani żadną inną),ale chcę,żeby moje dziecko przyjęło chrzest i komunię.nie chce zeby czuło się inne albo gorsze,nie chcę, żeby było w szkole traktowane tak, jak widziałam że były traktowane dzieci niechodzące na religie.pozdrawiam,kasia
      • Gość: MKatarynka Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 23.09.02, 18:39
        Będziesz bezlitosna? A dla kogo? Dla dzieci, które będą np wołały na Twojego synka że jest bezbożnikiem?Ja też do niedawna kategorycznie twierdziłam, że nie poślę mojego dziecka na religię. Ale teraz zmiękłam. Nie chcę żeby mój maluszek kiedyś przeżywał to co ja przeżywałam wyzywana jw. Nie chodziłam na religię a były to czasy Solidarności i wtedy, kto nie chodził do kościoła to był komunistą to znaczy złym. Nie chcę żeby moje dziecko przeżywało coś takiego. A ponieważ mój mąż jest katolikiem i chce wychowywać Patyka w wierze to proszę bardzo. Mnie to nie przeszkadza. Wiele z Was dziewczyny pisze, że wybrałyście lub ktoś z Waszej rodziny wybrał laicki (jak to teraz sie w mediach ładnie nazywa) styl życia czyli bez religii mimo, że był wychowywany w rodzinie katolickiej. Zatem indoktrynacja nie jest taka straszna. Człowiek myślący - a takimi przecież są i będą w przyszłości nasze dzieci potrafi podjąć decyzję czy chce chodzić do kościoła czy nie. I czy zaczyna jako katolik, muzułmanin czy ateista to i tak jest na początku indoktrynowany.Pomijam temat religii w szkole bo nie chcę tutaj używać inwektyw...Tyle mojego. PozdrawiamMKatarynka
        • Gość: w Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 23.09.02, 19:36
          Czytam ten watek i zastanowila mnie jedna rzecz. Sporo mam pisze, ze nie bedzie chrzcila dziecka, ze pozostawi mu wolny wybor co do religi. Jak podrosnie to przedstawi mu rozne religie, aby dziecko moglo wybrac, ktora mu sie podoba. Wszystko pieknie, ambitne zalozenia i tutaj nachodzi mnie refleksja. Jak mozna przedstawic komus religie jezeli sie jej nie zna. Nie mowcie mi tylko, ze poczytam ksiazki i bede wszystko wiedzila. Religia jest akurat takim elementem naszego zycia, ktorego nie da sie nauczyc z podrecznikow. Z tym trzeba wyrosnac, poznawac dzien po dniu. Trzeba wielu lat aby zaglebic jej sens i dobrze poznac.Ile religi mozna tak naprawde poznac w ciagu swojego zycia?Mysle, ze niezbyt duzo, a juz napewno nie wszystkie. Czyli co tak naprawde damy takiemu dziecku, encyklopedyczny opis dwudziestu religi i powiemy wybieraj.Jak Wy sobie to wyobrazacie, bo mnie wyobraznia w tym momencie zawodzi.Pozdrowienia.
          • Gość: Gosia1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 23.09.02, 20:02
            Wan i jeszcze jedno: religia to nie jest kraj, który się zwiedzi, poczyta o nim, zapozna z jego tradycjami i albo się go pokocha albo nie. Religia to nie są studia, których kierunek albo nam sie podoba (i wtedy uczymy się) albo nie... To coś więcej. I nawet nie chodzi o zgłębianie takie teoretyczne, poznawanie. Tu chodzi o UCZUCIA. Religię SIĘ CZUJE. W sobie, we wnętrzu. Nie w głowie. W sercu... To trzeba mieć w środku. Wiarę, że nie jest się samemu na świecie. Nie można dawać dziecku do wyboru: chcesz czuć czy nie? O Bogu trzeba mówić, trzeba z Nim żyć na codzień. Można wybierać formę wyznania. Sposobu modlitwy. Nie da się nie mówić o Bogu przez kilkanaście lat życia dziecka a potem z głupia frant wyskoczyć: no i jak synku? chcesz wierzyć? podoba Ci się?Sparafrazowałam to trochę, nie jest moim zamiarem nikogo urazić ani byc złośliwą. Jeśli tak wyszło - przepraszam. Gosia
            • Gość: w Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii do Gosi1 IP: *.* 23.09.02, 20:40
              Wlasnie, Gosiu o to mi chodzilo. Dzieki, ze to napisalas.
            • Gość: _Dorka Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 23.09.02, 21:55
              Gosiu1, wan.Jestem właśnie przykładem osoby, która wychowana została w nie wierzącej rodzinie (nie zostałam ochrzczona). W moim domu nie mówiło się o Bogu, a jeśli już to z ironią (pamiętam opowieść ojca o wylatujących z wulkanów diabłach).Pamiętam uczucie dotkliwej tęsknoty, a potem niemocy i żalu, że nie umiem uwierzyć, modlić się. Czuję to zresztą i dziś.Mój ojciec po rozwodzie z mamą nawrócił się z pomocą swej obecnej żony. Pewnego dnia powiedział do mnie - wstąp do Kościoła, będzie ci w życiu łatwiej. Ale ja już nie potrafię. Pragnę tego uczucia zawierzenia w Bogu, jednocześnie dręczy mnie myśl, że nie mam prawa.Nie chcę, by moje dzieci doświadczyły takiego uczucia pustki w trudnych chwilach - kiedy właśnie nie można liczyć na duchowe wsparcie innych ludzi (bo nie rozumieją).Nie wiem, jak rozwiążę problem uczęszczania na lekcje religii, gdyż mam troszkę inne zdanie, niż mój mąż.Ja w liceum chadzałam na religię. Ksiądz nie miał nic przeciwko, a wręcz przeciwnie ;-) Zadawałam trudne pytania i lekcja była ciekawsza. A ksiądz pozwolił mi mówić "Dzień dobry", gdy inni mówili "Szczęść Boże" ;-)Myślę, że żaden katecheta nie zindoktrynuje mi dziecka, jeśli po każdej lekcji z uwagą będę słuchać jego relacji (uwielbiałam opowiadać mojej mamie, co działo się na lekcjach) i odpowiadać na jego trudne pytania.Wiara to przepiękna "rzecz".Dorka
              • Gość: 34579 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 00:57
                Hej.Gosiu! Spodobały mi się Twoje przemyślenia. Uważam podobnie, choć katoliczką nie jestem i nadal podtrzymuję swoją decyzję o nie chrzczeniu i nie posyłaniu dziecka na religię. Wychowałam się w bardzo katolickim domu, wiem więc ile znaczy dla dziecka i późniejszego dorosłego jasny system norm i wartości. Nie wydaje mi się jednak, że są to "rzeczy" dostępne jedynie w domach katolickich, na lekcjach religii, itp. Chcecie wiedzieć, skąd tyle wyuzdania, niewychowania- ogólnie rzecz biorąc tego wszystkiego, o czym piszecie w mejlach? Weźcie do ręki pierwsze z brzegu pisemko kierowane do nastolatek- tam jest odpowiedź. Kiedy miałam naście lat, kupowałam namiętnie "Dziewczynę". Mój tata bardzo się złościł i pytał po co ją czytam. Odpowiadałam, że tam są takie fajne artykuły o ochronie przyrody... Było to wierutną bzdurą, czytałam głównie o seksie i tym podobnych. Robiłam to dlatego, bo nikt ze mną o tym w domu nie rozmawiał, ale równiez dlatego, że jak sie ma 14 lat to takie rzeczy po prostu kręcą. Potem z tego wyrosłam, na szczęście. Moi rodzice byli i są ciekawymi, fajnymi ludźmi, z którymi- choć może nie o "pierwszym razie"- mogłam zawsze pogadać. I tu jest pies pogrzebany. Dziewczyny, żadne dziecko nie wyrośnie na małego zwyrodnialca nie chodząc na lekcje religii, jeśli będzie miało mądrych, myślących rodziców. Szacunek do innych ludzi przekazuje się nie tylko modlitwą i wspólnym chodzeniem do kościoła ale codziennym życiem. To jest prawdziwy egzamin. Znam dzieci z rodziny mojego męża (uważającej się za bardzo wierzącą nota bene), które są smutne i zdezorientowane, bo rodzice od dwóch lat ze sobą nie rozmawiają, choć mieszkają w jednym domu. Dzieci, które całymi dniami walą bezmyślnie w komputer i pozostawiają krwawą miazgę na ekranie- bo nikomu nie chce się z nimi pogadać, choć mama co niedzielę fruwa do kościoła i posyła latorośl na religię. Te dzieci nie dowiedzą się niczego o "wspólnocie", bo jakiej wspólnoty doświadczyły w swoim życiu? Ale znam też szczęśliwe dzieciaki i nastolatki z rodzin niewierzących, w których jest czas na dyskusję, tłumaczenie zasad moralnych, jakimi kierują się rodzice. I tyle. Wiara czasem pomaga w wychowywaniu- jeśli jest to prawdziwa wiara, a ludzie ją wyznający sa ludźmi poważnymi. Ogólnie jednak problem "demoralizacji" młodzieży dotyczy kwestii starej jak świat, czyli wychowania w domu rodzinnym.
              • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 08:25
                Dorka,myślę, że miałaś niesamowite szczęście trafiając na takiego katechetę. Różnych spotkałam w życiu księży i niestety, większość się na duszpasterzy nadawała mniej więcej tak, jak wół do karety :(Ale obawiam się, że jestes optymistką, uważając, że żaden ksiądz Ci dziecka nie zindoktrynuje. Są tacy, którzy i owszem...A swoją drogą, naprawdę zazdroszczę Ci tamtego katechety. Bo jak sobie przypomnę mojego z liceum.... Za zadawanie trudnych pytań (niestety, nie potrafił na jakieś tam odpowiedzieć i zamiast wybrnąć z godnością, nawrzeszczał na mnie i zwyzywał) bez ostrzeżenia wmalował mi ocenę mierną na świadectwo maturalne, czym zrujnował mi świetną średnią. A jaką miał dziką satysfakcję i jak się radośnie śmiał, gdy mi o tym powiedział! Wiesz, taka jego zemsta - zemsta na mnie za jego niekompetencję.Księża to tylko ludzie... nie wszyscy się nadają do tego, co robią.
                • Gość: ruda Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 08:54
                  Ika, zaskoczyłaś mnie... Tym że chodziłaś na religię do takiego ... hm... zmilczę.JA chodziłam na religi po wprowadzeniu obowiązkowej przez rok, potem nam się zmienił ksiądz właśnie na takiego, który wrzeszczał i wyzywał za trudne pytania. No to po prostu przestałam chodzić (nie pomyślałam o średniej, ale rzeczywiście, mógłby mi ją nieżle zepsuć, bo miałam najlepszą w liceum ;))). Chociaż wszyscy chodzili: bo potem ślubu kościelnego nie dostaną, hipokryci. Szczególnie ironicznie to wygląda na przykłądzie mojej serdecznej przyjaciółki, która myślała tylko o ślubie, chodząc pod przymusem na religię, a nie ma go do dziś, bo mąż rozwiedziony.W każdym razie dla jasności dorzucę jeszcze, że moi rodzice mieli ślub kościelny i mienili się wierzącymi, niepraktykującymi. W gruncie rzeczy nie tylko nie praktykowali ale i nie wierzyli. Bo wiara bez uczynków nie istnieje. Obojętne jaka wiara.JA oczywiście jestem ochrzczona i "opatrzona" innymi niezbędnymi sakramentami. Ale kiedy mając 10 lat powiedziałam, że nie chcę chodzić do kościoła, to nikt mnie nie zmuszał, kiedy zaś chodziłam, to bolało mnie, że moja rodzina nie chodzi. Choć szybko przekonałam się, że lepiej siedzieć w domu, niż iść do kościoła, bo wszyscy idą. Akurat motywacja moich rodziców do mojej religii (wtedy się dzieci zaprowadzało do kościoła na religię) i komunii była - jak to na wsi - za stadem. I dlatego pewnie ja moją wiarę wybrałam na dobre już na studiach. I jest tylko moja, nikt mi w tym nie pomógł. Pisałam zresztą kiedyś o łasce - to szczególnie dla Dorki - nie mów, że nie umiesz się modlić, nie potrafisz i masz opór. Ja też musiałam się kiedyś złamać, zabić w sobie przekonanie, że: nie umiem, nie jestem godna, poradzę sobie ze wszystkim i nie w porządku jest zapraszać Boga do swojego życia, kiedy wszystko się wali. Ale ktoś mi to wtedy powiedział, spróbuj nie być tak samodzielna. I to pomogło.Co do poznawania różnych religii: z jednej strony wydaje mi się, że rzeczywiście nie mozna "poznać" wielu religii i nauczać o nich dziecko, a z drugiej strony mam koleżankę, która próbowała i indiańskich wierzeń i buddyjskich przemyśleń i rekolekcji ignacjańskich... Wszystko zbliża nas do samych siebie, wszytsko jest poznaniem religii, ale Boga spotyka się raz na całe życie. I jak to się stało, to bardzo prosto jest dziecko ochrzcić posłać na religię. To wtedy nawet się spotyka wyłacznie przywoitych ludzi i księży, bo jest się chronionym (to takie moje przymyślenie osoby, która przyszła z ulicy do pewnego kościoła i powiedziała, że tu teraz mieszka i czy mogłaby wziąc ślub...i jeszcze ksiądz sam zaproponował, że nam razem ze ślubem dziecko ochrzci, pieniędzy nie chciał, zrezygnował z zapowiedzi, z nauk zwolnil etc). wteyd nie grozi indoktrynacja. A ja byłam jako dziecko zindoktrynowana a moi rodzice nie rozumieli mojego strachu o nich i nie umieli mi pomóc.Moje dziecko wychowane w mojej wierze nie będzie się musiało o mnie bać. Bo to ja je poprowadzę, obojętne co powiedzą na religii (może jednak nie będzie chodzić??? bo ona tak zadecyduje lub ja - ale ja jej to wyjasnię i pomoge jej) i co powie ksiądz. Inna sprawa, że ja już mam doświadczenie z trudnym przeciwnikiem w postaci męża wierzącego niepraktykującego. Wiara czyni cuda. A moja "indoktrynajca" była silniejsza od tej, którą był przez lata karmiony. Dlatego birąc ślub mieliśmy razem taką wiarę, która już jedną górę przeniosła - czekamy dalej.
                  • Gość: _Dorka Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii - do rudej IP: *.* 24.09.02, 11:57
                    Dzięki ruda.Pamiętam tamte Twoje posty. Właśnie dzięki takim osobom jak Ty mojemu ojcu nie udało sie zabić mojej tęsknoty za wiarą.Spotykałam dzieci, które nazywały mnie "bezbożnicą", staszyły piekłem itd. Poznałam jednak kilkoro takich, które opowiadały mi w przepiękny sposób o Bogu. Potem w wieku licealnym moją przewodniczką była moja przyjaciółka - żywy dowód prawdziwej i mądrej religijności.Resztę muszę zrobić ja. Nikt nie zrobi tego za mnie. Nikt nie pokona "moich demonów"Dorka
        • Gość: Gosia_wiecznie_mŁoda Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 10:29
          Moje dzieci sa ochrzczone. Ja tez, ale juz u komunii nie bylam i nie mam slubu koscielnego, tylko ma go moj maz. I to on dba o edukacje koscielna dzieci. Dzieci chodza na religie, ale nie w szkole i nie w tzw parafii. Szukalam i znalazlam. Wspolnote gdzie normalny czlowiek, zakonnik, kamedula, pomaga dzieciom zrozumiec zmagania swiata i Boga. Gdzie Bog nie jest zly i surowy- tylko jest miloscia a tylko nasze rece wprowadzaja zlo na swiat. Gdzie czuje sie dobrym czlowiekiem, a nie bezboznica ;)Poniewaz to ja sie w tygodniu zajmuje dziecmi- nie wyobrazam sobie aby moje dziecko chodzilo tam, gdzie ja nie jetem akceptowana jako niewierzaca. A szkola- reaguje calkiem normalnie. Nikt nikogo nie potepia, co ich to obchodzi....Czasami mam wrazenie ze w walce o wiare i czlonkow kosciola ksieza zapominaja ze bedziemy sadzeni wedlug czynow wedlug ich wlasnej religii. I wcale nie chodzenie do kosciola jest najwazniejsze.......
      • Gość: danuska Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii do Janki IP: *.* 24.09.02, 07:37
        Janko,w zyciu nie jest tak latwo jak myslisz. Jak juz stwierdzono w innych dyskusjach nie ma rzeczy bialych czy czarnych, dominuje kolor szary w wielu odcieniach...Ja wychowalam sie w rodzinie katolickiej, chodzilam na religie. Z wyboru jestem "wierzaca inaczej". Do instytucji kosciola i ksiedza czuje niesmak ( delikatnie mowiac).W liceum bylam jedna z 2-ga niewierzacych, w czsach Solidarnosci i Oazowych piesni, w czasach wieszania krzyzy... Jestem urodzona "rewolucjonistka" i potrafilam dobrze zniesc presje srodowiska.Teraz, po prawie 20 latach inaczej patrze na to co sie wowczs dzialo i co sie teraz dzieje. Gdym mieszkala w Polsce to chyba bym poslala niunie na religie. Dlaczego? Aby oslonic ja przed szykanami. Nie chce byc bohateren kosztem mojego dziecka. Ja to znioslam ale nie jestem pewna czy ona to by wytrzymala. Takie podejscie do zycia to niestety walka o przetrwanie.Uwazam ze religia ( nie : religionoznawstwo) w szkole jest szkodliwa dla dzieci i dyskryminuje inne podejscia do zycia. Dobrze rozumiem mamy ktore wbrew swoim przekonaniom posylaja dzieci na religie. Zadaniem katechetow poinno byc zmienienie tej sytuacji, miloscia a nie szykanami.Danuska
        • Gość: Janka76 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii do Janki IP: *.* 24.09.02, 09:39
          Znam doskonale życie dziecka które nie chodzi na religię. Może miałam szczęście, a może w dużym mieście jednak jest z tym łatwiej, ale przez całe życie nie spotkały mnie szykany ze strony innych dzieci czy dorosłych z tego powodu. Przykro mi że miałyście takie złe doświadczenia, jednak sądzę że unikanie problemu przez posyłanie dziecka na religię nie jest jego rozwiązaniem. Przecież na religii dziecko usłyszy że powinno się chodzić do kościoła a mamusia i tatuś nie chodzą - są źli? przygotowanie do komunii z tego co wiem wymaga też aktywnego udziału rodziców. i co - będziecie udawać że wierzycie? Argument że najlepszy kolega chodzi na religię a mój siedmiolatek nie, nie jest dla mnie argumentem. Za parę lat kolega będzie brał narkotyki a dziecko nauczone że to co robią koledzy jest słuszne też będzie chciało spróbować. Co do "wyboru" religii to też nie wierzę żeby można było przedstawić dziecku różne religie i powiedzieć wybieraj. Jak dziecko dorośnie to będzie mogło decydować o sobie.Jeśli zaś chodzi o wpajanie zasad moralnych (dyskusja powyżej) to naprawdę religia nie jest do tego warunkiem koniecznym. Ja - i paru innych znajomych wychowanych bez religii - jakoś nie kradniemy, nie zabijamy i nie cudzołożymy. A te nastolatki sypiające z chłopakami które piszą listy do Bravo też nie rekrutują się wyłącznie z tych 1% dzieci które nie chodzą na religię w szkole.
    • Gość: Monitek Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 08:33
      Witam!Ale trafiłaś! Właśnie jestem na etapie decydowania o chrzcie mojego rocznego syna. Zdecydowałam się go ochrzcić. Rozmawialiśmy o tym z mężem (nie mamy ślubu kościelnego) i zdecydowaliśmy, że tak się stanie. Na razie pierwsza próba w najbliższej parafii sie nie powiodła. Będę szukać dalej.Dlaczego?Z tych powodów, o których już tutaj pisano. Uważam, że synek sam wybierze wiarę jak dorośnie. Wiele z piszących tutaj mam tak uczyniło i fakt, że były ochrzczone w dziciństwie tego nie zmienił. Pytanie, czy osoby, które mówią o wybieraniu wiary faktycznie ją wybierają, czy tylko rezygnują z katolickiej?Mimo całego zakłamania kaścioła, "głupich" kazań, łapówek itp. "wiara" i przykazania są prawdziwe! Gdyby ludzie przestrzegali przykazań świat byłby lepszy. Dlaczego tak nie jest? Może wielu ludzi po prostu nie zna tych przykazań? Chciałabym, żeby mój syn wiedział co jest dobre a co złe. Ja mu wiele wytłumaczę, ale będzie dobrze jeśli usłyszy to również od kogoś innego.Wiara katolicka to również nasza polska tradycja. Czy osoby "nie wierzące" przygotowują wigilię? Z koszyczkiem może jest inaczej, ale wspaniała atmosfera wigilii? Kto z niej zrezygnuje w imię swoich przekonań? No i jak rozsądnie dziecku wytłumaczyć, że wierzący to my nie jesteśmy, ale wigilię "obchodzimy", żebyś dostał prezenty.Ja sama chdziłam na religię. W czasach kiedy religia była w kościele, prowadzona przez siostry zakonne, księdza (śp wsaniały proboszcz). Chodziłam na różaniec, drogę krzyżową, wypełniałam na wyścigi z innymi dziećmi karteczkę z dobrymi uczynkami. Teraz wspominam to wspaniale, chociaż nie chodzę do kościoła. Moim zdaniem, jeśli ktoś faktycznie nie wierzy i wie jak dziecko ukształtować to może podjąć decyzję o nie ochrzczeniu dziecka.Jeśli jednak ktoś nie chodzi do kościoła z lenistwa, nie ma ślubu koscielnego bo nie chodzi do kościoła i nie jest przygotowany na to, żeby dziecku pokazać dobro i zło powinien się dobrze zastanowić, może zrobi to za niego ksiądz (katecheta nie da rady).Trochę namieszałam, nie napisałam wszystkiego, ani tak jak chciałam, ale chyba na ten temat się nia da.Pozdrawiam wszystkich wierzących i nie, praktykujących i nie.Monitek, mama Filipka.
    • Gość: iwo1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 09:59
      Dla mnie jeśli chrześcijanstwo nie jest codziennoscią staje się czymś obłudnym,hipokryzją której się brzydzę ,zakłamaniem.Piszemy tutaj tysiace mądrych rzeczy ,o tradycji,szykanowaniu naszych maluchów z powodu niechodzenia na religię ale wydaje mi sie że w tym wszystkim zapominamy o Panu Bogu.Przecież On sam miał z swoimi uczniami relacje przyjażni i pewnie takie same relacje chce mieć z nami ,ale my ograniczamy Go przypisując do jednozbawczych kościów z którymi On sam ma naprawde niewiele wspólnego.Zycie z Bogiem to codzienność ,bez tej codziennoości nie mozna mówić o jakichkolwiek relacjach z NIm samym.Więc wydaje mi sie ze jeśli faktycznie coś nie jest dla nas wazne to po co stwarzać sobie pozory czegoś co tak naprawdę nie istnieje .Po co i dla kogo?Bo napewno nie dla Pana Boga ,przecież On brzydzi sie pozoranctwem,zakłamaniem Boga interesuje człowiek jako człowiek-przyjaciel a nie marionetka które idzie posłusznie za tłumem i wykonuje nic nie znaczące obrzedy
      • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 10:46
        Iwo, a czy w tą codzienność wpisuje się też chodzenie do Kościoła...?No to mnie się to kłóci z tym co piszesz: iwo1 napisała/ł:> my ograniczamy Go przypisując do jednozbawczych kościów z którymi On sam ma naprawde niewiele wspólnego.> Po co i dla kogo?Bo napewno nie dla Pana Boga ,przecież On brzydzi sie pozoranctwem,zakłamaniem > Boga interesuje człowiek jako człowiek-przyjaciel a nie marionetka które idzie posłusznie za tłumem i wykonuje nic nie znaczące obrzedyChyba, że ta codzienność to życie według pewnych zasad. Ale to można bez religii w szkole, bez chodzenia do Kościoła. A jednak pełno tu głosów, że jak ktoś jest "wierzący ale niepraktykujący" to jest hipokrytą zakłamanym...No to jak to jest...? Da się, czy nie da rozgraniczyć...?
        • Gość: Iw Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 11:06
          Wtrącę się.Wg mnie takie rozgraniczenie jest możliwe. Można wierzyć w Boga i nie chodzić do Kościoła. Modlić się przecież można na różne sposoby, niekoniecznie powtarzając wyuczone wersy. Czasami człowiek, który nie nazywa siebie katolikiem, buddystą, nie zalicza się do wyznawców jakiejkolwiek religii jest lepszym człowiekiem od takiego, który co niedziela gania do Kościoła, a w poniedziałek bije żonę lub kradnie. I potrafi mocniej wierzyć.Iwka
          • Gość: ruda Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 11:12
            A czy ktoś twierdził, że jest inaczej???
        • Gość: iwo1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 12:16
          Ika ,widzisz dla mnie codzienność to właśnie proste życie -na codzień z Panem Bogiem .Mozna chodzić do koscioła ale jeśli ograniczamy sie tylko do chodzenia raz w tygodniu lub na święta to niczego nie zmienia.Bogu zależy na naszym sercu ,jeśli mam cos w sercu to to uzewnętrzniam w ten lub inny sposób .Chciałam tylko napisać że dla Boga nie jest ważne do jakiego kościoła chodzimy i czy chodzimy wogóle tylko to Kim On jest dla nas osobiscie. Wczoraj przeczytałam fajny wiersz"Z niewyobrażalnym w swojej wielkosci Bogiem można się spotkać t a k ż e w zatłoczonym tramwaju... To Go różni-między innymi- od dostojników kościelnych! hmmmm...."T.Ż
          • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 17:51
            Widzisz, Iwo, ja myślę właśnie tak, jak Ty... Ale przeczytaj niektóre posty w tym wątku...A i w życiu spotkałam się z postawą tych "dobrych praktykujących", którzy niepraktykujących (a konkretnie tych, którzy nie chodzą do Kościoła) uważają za niewierzących... Bo nie ma wiary bez praktyki. Lecz czy praktyka to chodzenie do Kościoła? Można chodzić i nie praktykować tak naprawdę, można nie chodzić i praktykować życiem...Napisałabym coś jeszcze i nie tak chaotycznie, ale mi Żuczek wierzga na kolanach, idę go usypiać :):hello:
      • Gość: Gruszka Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 12:01
        Wzięłam rozbrat z KK (gdzieś wyżej o tym pisałam), co bynajmniej nie oznacza rozbratu z Bogiem. Ktoś powie, że łatwo o sobie powiedzieć "Wierzący, niepraktykujący" i że to obłuda. A ja się uważam za osobę głęboko praktykującą. Nie uczestniczę w żadnych obrzędach,obojętnie jakiego kościoła. Bo dla mnie praktykowaniem jest całe moje życie. Postępowanie według własnego sumienia, nawet jeśli narażam się na śmieszność w oczach innych. Wybaczanie, choć czasenm tak ciężko to zrobić. Pomaganie innym. Itd.,itd. Szanuję ludzi, dla których uczestnictwo we mszy jest ich wyznaniem wiary. Ale ja do nich nie należę i wszelkie uczestnictwo byłoby rzeczywiście obłudą. I wcale nie jest mi łatwiej. Sama muszę szukać wielu odpowiedzi, przed samą sobą przede wszystkim muszę się rozliczać.Ktoś z ironią pisał o poznawaniu dziecka z róznymi wyznaniami; jak niby chcę to zrobić? Przedstawić encyklopedyczny skrót podst. informacji? Ja staram się zaszczepić córce wiarę, że nami wszystkimi opiekuje się Bóg. Różnie go czcimy, różnie nazywamy. Czasem zaprzeczamy Jego istnieniu. Ale to nie dotyczy Boga,tylko nas. Kiedy gdzieś podróżujemy,odwiedzamy miejscowe świątynie. Mówię, że to miejsce, gdzie ludzie przychodzą rozmawiać z Bogiem. Nie tłumaczę jej różnic teologicznych,bo jest za mała. Choć czasem sama zaczyna pytać. Nie mam monopolu na wiarę i słuszność swoich przekonań. Uczciwie odpowiadam na wiele pytań: "Nie wiem". Bo naprawdę nie wiem, jak wygląda Bóg i co się stało ze zmarłym niedawno pradziadkiem. Chcę tylko, żeby moja córka zobaczyła, że w rozmaity sposób można czcić Boga. O wielu religiach może nigdy nie usłyszy, inne pozna pobieżnie, niektóre lepiej. To nie takie ważne. Dla mnie ważna jest świadomość tej różnorodności i otwarcie. Konkretna wiedza przyjdzie później,w miarę potrzeb. A posyłanie dziecka na religię, żeby tylko nie wyróżniało się z tłumu uważam za pomyłkę. Nie chcę uczyć dziecka "od kołyski" konformizmu i "nie wychylania się". Nie chcę,żeby nauczyła się, ze "dobry, to taki jak wszyscy". Pozdrawiam wszystkich serdecznie :hello:Marta
        • Gość: Gosia1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 12:31
          O własnie. Ale ja - jako własnie ta wierząca i to bardzo głęboko - mam ogromne wyrzuty sumienia, że nie mogę zmusić się do chodzenia do kościoła, że mam taki żal do księży, że nie potrafię z sercem uczestniczyć we mszy świętej. I stąd moje pytanie - jak to jest? Czy faktycznie naszemu Bogu wystarczy nasza głęboka wiara, czynienie dobra, dzielenie się miłością, zdolność do przebaczania, czy jest przyzwolenie dane nam przez BOGA na nie uczestniczenie we mszy? Właściwie gdzie jest napisane (przepraszam, nie czytałam biblii), że MUSIMY UCZESTNICZYĆ we mszy (nie dzień święty święcić - ale uczestniczyć we mszy, chodzić do kościoła), czy tego przypadkiem nie narzucili nam ludzie? Czy modlitwa nawet w gronie rodzinnym, na łonie natury, w domu, w pustym kościele nie jest święceniem dnia? Nie jest mszą? Ofiarą dla Boga? Wychowanie mnie w duchu katolickim zakorzeniło we mnie wiarę ale też jednocześnie poszerzyło moje sumienie do granic wytrzymałości - męczy mnie to wszystko, biję się z myślami, choć siedzi nadal we mnie taki okropny bunt... Ale dzieci uczę miłości do Boga, wiary, nadziei, ufności. Jeszcze nie wiem, co ze sobą zrobię. Może jednak przyjdzie taki dzień, że zacznę chodzić do kościoła bo nie dam sobie rady z wyrzutami sumienia, z poczuciem, że robię coś złego, mając własne zdanie i czując niechęć do ludzi nazywających siebie duszpasterzami...GosiaP.S. Mówiłam, że mam mętlik w głowie, i że moje "wywnętrzanie" to jeden wielki chaos!
          • Gość: Gruszka Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 13:32
            Dla mnie Bóg jest wszędzie. I jest jeden. A chodzenie do kościoła wbrew sobie, bez przekonania? A właściwie dlaczego do kościoła? A nie do meczetu? Albo synagogi? :) Tak to czuję.Pozdrawiam :hello:Marta
        • Gość: Gosia1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 12:32
          O własnie. Ale ja - jako własnie ta wierząca i to bardzo głęboko - mam ogromne wyrzuty sumienia, że nie mogę zmusić się do chodzenia do kościoła, że mam taki żal do księży, że nie potrafię z sercem uczestniczyć we mszy świętej. I stąd moje pytanie - jak to jest? Czy faktycznie naszemu Bogu wystarczy nasza głęboka wiara, czynienie dobra, dzielenie się miłością, zdolność do przebaczania, czy jest przyzwolenie dane nam przez BOGA na nie uczestniczenie we mszy? Właściwie gdzie jest napisane (przepraszam, nie czytałam biblii), że MUSIMY UCZESTNICZYĆ we mszy (nie dzień święty święcić - ale uczestniczyć we mszy, chodzić do kościoła), czy tego przypadkiem nie narzucili nam ludzie? Czy modlitwa nawet w gronie rodzinnym, na łonie natury, w domu, w pustym kościele nie jest święceniem dnia? Nie jest mszą? Ofiarą dla Boga? Wychowanie mnie w duchu katolickim zakorzeniło we mnie wiarę ale też jednocześnie poszerzyło moje sumienie do granic wytrzymałości - męczy mnie to wszystko, biję się z myślami, choć siedzi nadal we mnie taki okropny bunt... Ale dzieci uczę miłości do Boga, wiary, nadziei, ufności. Jeszcze nie wiem, co ze sobą zrobię. Może jednak przyjdzie taki dzień, że zacznę chodzić do kościoła bo nie dam sobie rady z wyrzutami sumienia, z poczuciem, że robię coś złego, mając własne zdanie i czując niechęć do ludzi nazywających siebie duszpasterzami...GosiaP.S. Mówiłam, że mam mętlik w głowie, i że moje "wywnętrzanie" to jeden wielki chaos!
        • Gość: Gosia1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 12:35
          O własnie. Ale ja - jako własnie ta wierząca i to bardzo głęboko - mam ogromne wyrzuty sumienia, że nie mogę zmusić się do chodzenia do kościoła, że mam taki żal do księży, że nie potrafię z sercem uczestniczyć we mszy świętej. I stąd moje pytanie - jak to jest? Czy faktycznie naszemu Bogu wystarczy nasza głęboka wiara, czynienie dobra, dzielenie się miłością, zdolność do przebaczania, czy jest przyzwolenie dane nam przez BOGA na nie uczestniczenie we mszy? Właściwie gdzie jest napisane (przepraszam, nie czytałam biblii), że MUSIMY UCZESTNICZYĆ we mszy (nie dzień święty święcić - ale uczestniczyć we mszy, chodzić do kościoła), czy tego przypadkiem nie narzucili nam ludzie? Czy modlitwa nawet w gronie rodzinnym, na łonie natury, w domu, w pustym kościele nie jest święceniem dnia? Nie jest mszą? Ofiarą dla Boga? Wychowanie mnie w duchu katolickim zakorzeniło we mnie wiarę ale też jednocześnie poszerzyło moje sumienie do granic wytrzymałości - męczy mnie to wszystko, biję się z myślami, choć siedzi nadal we mnie taki okropny bunt... Ale dzieci uczę miłości do Boga, wiary, nadziei, ufności. Jeszcze nie wiem, co ze sobą zrobię. Może jednak przyjdzie taki dzień, że zacznę chodzić do kościoła bo nie dam sobie rady z wyrzutami sumienia, z poczuciem, że robię coś złego, mając własne zdanie i czując niechęć do ludzi nazywających siebie duszpasterzami...GosiaP.S. Mówiłam, że mam mętlik w głowie, i że moje "wywnętrzanie" to jeden wielki chaos!
          • Gość: ruda Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii do Gosi1 IP: *.* 24.09.02, 13:06
            Nie można powiedzieć, że jest nakaz chodzenia do kościoła np co niedzielę, codziennie, raz w roku.Można z Bogiem spotykać się wszędzie. Tyle że jak nie chodzisz do Kościoła to tak, jakbyś wymagała, by Twój Przyjaciel był do Twojej dyspozycji zawsze, kiedy ty poczujesz na to chęć, a nigdy Ty nie zdobywasz się na wysiłek, by go odwiedzić w domu Jego Ojca. To jeden aspekt.A drugi jest taki, że msza św. jest pamiątką śmierci i Zmartwychwstania, a zatem fundamentem naszej wiary. Czyli codziennie Chrystus umiera i zmrtwychwastaje, a my to świętujemy utwierdzając się w wierze.Aha i jeszcze jedno: ja osobiście uważam, że uczestnicząc we mszy św. powinno się przystępować do komunii. Dlatego ważne jest pójście do kościoła i na mszę inaczej się tego nie da.Zatem mozna trwać w przekonaniu, że Bóg jest wszędzie i starać się z nim kontaktować, niekoniecznie uważając przy tym, że tak jest lepiej.JA jako katolik ortodoks uważam, że jeśli Chrystus nam nakazał odprawianie misterium na kształt ostatniej wieczerzy, to coś miał na myśli, ale to oczywiści tylko do Chrześcijan - bo tak sama określiłaś swoją przynalezność, więc i do Ciebie.Zresztą rozumiem Twój opór przed kościołem, mnie trochę zajęło, zanim nauczyłam się przychodzić w niedzielę i nie tylko do Mojego Przyjaciela, który na mnie czeka. Z drugiej strony dla obu Mam się przemogłaś i poszłaś na swój ślub do kościoła, pytanie, czy Bóg jest ważniejszy niż człowiek...
            • Gość: AgnieszkaLO Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii do Gosi1 IP: *.* 24.09.02, 13:16
              Podpisuję sie pod postem Rudej. I jeszcze pamiętajmy, że kościół jest ułomny, bo tworzą go ludzie i nikt nie obiecywał, że księża będą wzorami i czystymi postaciami. Polityka, pieniądze, itp... To nie powinno mieć większego znaczenia niż wiara i miłośc do Boga. Im więcej nad tym myślę ty bardziej jestem tolerancyjna dla ludzkich wad kościoła :) . To my mamy być lepsi i go budować. Ten bunt przeciwko klerykom najczęściej tak naprawdę usprawiedliwia nasze lenistwo. Nie można patrzeć na kościół przez pryzmat, zakłamanej szwagierki,a raczej przez pryzmat miłości. To słowa, ale jak nazwać nienazwalne (?). Taki przełom musi w człowieku zajść. We mnie zaszedł ok. 3 lata temu po 10 latach buntu i nie-chodzenia. Zatoczyłam koło i jestem szczęśliwa, że tak się stało.Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim udanych poszukiwań ... siebie i wiary
            • Gość: Gosia1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii do Gosi1 IP: *.* 24.09.02, 13:42
              Czyli jednak w jakimś stopniu jestem obłudna...i kurcze nie podoba mi się to...ale tak trudno jest pokonać własne ułomności, upór, bom urażona i dotknięta czyimś postępowaniem, bo nie podoba mi sie instytucja, a przecież Chrystus wybaczał...marny ze mnie człowiek-owieczka skoro zamknięta we własnym egoiźmie nie potrafię się przełamać...ale myślę, a to podobno pierwszy krok do sukcesu...Gosia
      • Gość: wiesia Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 15:02
        Dzięki iwo za Twoje posty i cieszę się, że jest nas więcej. A jeśli chodzi o temat zasadniczy to tak samo nie rozumiem argumentacji w stylu " nie wierzę w to , ale zrobię dziecko nie wyróżniało". Moje dziecko ma przede wszystkim być w zgodzie ze sobą a nie z tłumem i jestem pewna , że zdanie tłumu będzie mu tak samo obojętne jak mnie. Jeśli człowiek jest do czegoś przekonany, to szykany nie zniechęcą go, ba często nawet umocnią w tych przekonaniach, co zresztą potwierdza i historia i obecna rzeczywistość.Nikt ze znajomych mi "innowierców" ani ich dzieci nie ma problemu z "szykanowaniem", po prostu i rodzice i dzieci są świadome co robią i do czego dążą. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam z 8letnim synem znajomych -na pytanie czy nie chciałby jak inni chodzić na religię iść do komunii, odpowiedział " kolegom tylko zależy na tym aby na komunię dostać rower albo deskorolkę , a mnie komunia do deskorolki nie jest potrzebna". Nie zmyślam, to cytat z ośmiolatka.. Ba, znam przedszkolaki u Świadków Jehowy ,które potrafią bardzo rzeczowo argumentować i na pewno nie zależy im na "wtopieni się w tłum". Jestem głęboko przekonana, że jeśli rodzice sami nie lubią iść z prądem to ich dzieci też potrafią mu stawić czoła, jeśli zaś rodzice chwiejni i wystraszeni ,to dzieci... cóż, skąd mają brać siłę by się przeciwstawić?Konformizmowi mówię stanowcze nie.Aby jeszcze bardziej namieszać dodam, że tych którzy są w KK z przekonania powyższe nie dotyczy; nie dotyczy także tych, którzy posyłają dzieci na religię katolicką w celu nabycia wiedzy, lub z jakiegokolwiek innego powodu niż strach przed wyalienowaniem.
      • Gość: wiesia Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 15:12
        Dzięki iwo za Twoje posty i cieszę się, że jest nas więcej. A jeśli chodzi o temat zasadniczy to tak samo nie rozumiem argumentacji w stylu " nie wierzę w to , ale zrobię dziecko nie wyróżniało". Moje dziecko ma przede wszystkim być w zgodzie ze sobą a nie z tłumem i jestem pewna , że zdanie tłumu będzie mu tak samo obojętne jak mnie. Jeśli człowiek jest do czegoś przekonany, to szykany nie zniechęcą go, ba często nawet umocnią w tych przekonaniach, co zresztą potwierdza i historia i obecna rzeczywistość.Nikt ze znajomych mi "innowierców" ani ich dzieci nie ma problemu z "szykanowaniem", po prostu i rodzice i dzieci są świadome co robią i do czego dążą. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałam z 8letnim synem znajomych -na pytanie czy nie chciałby jak inni chodzić na religię iść do komunii, odpowiedział " kolegom tylko zależy na tym aby na komunię dostać rower albo deskorolkę , a mnie komunia do deskorolki nie jest potrzebna". Nie zmyślam, to cytat z ośmiolatka.. Ba, znam przedszkolaki u Świadków Jehowy ,które potrafią bardzo rzeczowo argumentować i na pewno nie zależy im na "wtopieni się w tłum". Jestem głęboko przekonana, że jeśli rodzice sami nie lubią iść z prądem to ich dzieci też potrafią mu stawić czoła, jeśli zaś rodzice chwiejni i wystraszeni ,to dzieci... cóż, skąd mają brać siłę by się przeciwstawić?Konformizmowi mówię stanowcze nie.Aby jeszcze bardziej namieszać dodam, że tych którzy są w KK z przekonania powyższe nie dotyczy; nie dotyczy także tych, którzy posyłają dzieci na religię katolicką w celu nabycia wiedzy, lub z jakiegokolwiek innego powodu niż strach przed wyalienowaniem.
    • Gość: Jarek Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 14:12
      Witam!Jednocześnie na forum emama i salon toczy się dyskusja na temat wiary i nauki religi w przedszkolu. Czytając te posty ma się wrażenie że własciwie w Polsce to 80% osób niewierzących dla których poznawanie Boga w przedszkolu to ciężka indoktrynacja nieskalanych duszyczek dzieci. w tym momencie przypomniał mi się film "Defilada" opisująca życie w Korei Północnej gdzie dzieci w przedszkolu uczą się jedynie dzieciństwa wodza Kirminsena (przepraszam ale nie pamiętam jak to się pisze)- czy tak samo wygląda nauka religi w przedszkolach - czyba nie?Pojęcie wiara, religia to nie tylko - kosciół (budynek), kapłan oraz szopka i święcone jajko ale bez tego to wracamy do szamanizmu i zabobonów (to też jest wiara tylko że w nieznaną siłę sprawczą) dlatego też dlaczego tak czesto w postach pojawia się - wierząca niepraktykująca - czy tak trudno odrzucić wiarę. Może wreszcie trzeba sobie jasno powiedzieć jestem ATEISTĄ i w tym sytemie wychowac swoje dzieci a nie w sondażach mówić - wierząca? Jeżeli się chce uwarzać za Katolika to oprócz 10 przykazań jest 5 przykazań kościelnych w których jest napisanych jak należy "dzień święty święcić".W jednym z postów pojawiła się dośc ciekawa ocena dzisiejszej sytuacji: jak był kościół zakazany to ludzie pchali się do niego i nikt nie zarzucał księżom politykowania w okresie pierwszej solidarności i stasnu wojennego obecnośc w kościele należało do dobrego tonu bo tam toczyło się wolne życie. Obecnie to mam wrażenie że opluwanie kościoła należy do dobrego tonu - szkoda że czesto robią to te same osoby które dzięki kościołowi zaistniały. Dobra kończe bo właściwie mozna poruszać wiele wątków a mi sie konczy czas Pozdrowienia Jarek
      • Gość: AgnieszkaLO Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 15:37
        No, ale nam Jarek nawrzucał. I ...poleciał.:) Ag
      • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 20:49
        Jeśli dla kogoś wiara to tylko ceremoniały, to hmm... sporo w Polsce "niewierzących".Owszem, dzień święty święcić - ale gdzie jest napisane, że pójściem do Kościoła? Można czcić ten dzień na różne sposoby - patrz post Gosi na ten temat.No i właśnie... szufladkowanie niepraktykujących jako ATEISTÓW... Jestem niepraktykująca (no, prawie...), zatem według Jarka jestem ateistką. Jarku, czy ateiści wierzą w istnienie Boga? Bo ja wierzę w jego istnienie. To jaka ze mnie ateistka? Ateiści by się obrazili, że mnie do nich zaliczasz.
      • Gość: Adzia Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii - jeszcze o kilku rzeczach IP: *.* 25.09.02, 07:43
        > Czytając te posty ma się wrażenie że własciwie w Polsce to 80% osób niewierzących dla których poznawanie Boga w przedszkolu to ciężka indoktrynacja nieskalanych duszyczek dzieci. Podczepię się tutaj, bo chyba wypada na to zareagować. Jarku, a może odwrócimy sprawę - jakbyś się czuł, gdyby Twoje dziecko było uczone wiary muzułmanów, świadków Jehowy, Żydów, czy jakiejkolwiek innej, w myśl zasady, że "to przecież nie zaszkodzi, to żadna indoktrynacja..." - nie miałbyś nic przeciwko temu...Ejże - wybacz, ale nie wierzę. Każdy rodzic ma prawo, aby państwowa placówka wychowywała jego dziecko, starając się w miarę możliwości nie ingerować w jego światopogląd. Ja osobiście naprawdę chętnie chodziłabym z dzieckiem np. do szkółki niedzielnej, bo nie chcę, aby religia stała się tylko jednym z przedmiotów szkolnych. Ale oczywiście nasze wspaniałe państwo wie lepiej, czego nam potrzeba, i zatroszczy się o potrzeby duchowe naszego dziecka, bo przecież my, prości ludzie, nie potrafimy sobie tego zorganizować...I druga sprawa - piszecie, że chrzcicie dzieci i posyłacie na religię, aby nie były wyobcowane z grupy. Trochę mi to trudno zrozumieć. A jeśli Wasze dziecko jest rude i trafi się bałwan ;-) który stwierdzi, że jest "znaczone" - to przefarbujecie włoski, żeby nie odstawało? A jeśli z Waszej trzynastoletniej córki będą się wyśmiewać, że nie chce palić i nie ma chłopaka, to co - będziecie ją do tego namawiać? A jeśli Wasze dziecko trafi w środowisko, gdzie modna jest akurat religijna abnegacja, to zabronicie chodzić na religię? Czy naprawdę identyfikacja z grupą jest ważniejsza niż własne "ja"? Czy zdanie innych ludzi co do Waszych dzieci jest ważniejsze, niż Wasze?Jak chcemy walczyć o tolerancję, jeśli uczymy dzieci hipokryzji???PS. Ja rozumiem postawę "wierzący niepraktykujący" - bo wiara jest w nas. Natomiast nie rozumiem postaw "wierzący, niepraktykujący niczego poza ślubem kościelnym i chrztem dziecka" - no kochani, albo - albo.Pozdrawiam Agnieszka
        • Gość: 21081970 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii - jeszcze o kilku rzeczach IP: *.* 28.09.02, 02:35
          Jeżeli wszystkie dzieci w grupie będą rude i moje dziecko będzie sie czuło nieszczęśliwe z tego powodu, że rude nie jest to natychmiast przefarbuję jej włosy, a co do 13 letniej córki to nie wiem jak bym zareagowała dlatego, że moja ma tylko 2,5 roku i myślę, że trudno będzie jej zrozumieć dlaczego inne dzieci np nie chcą się z nią bawić albo nazywają ją bezbożnicą. Gośka
      • Gość: pysia22 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 11:42
        Jarku i widzisz tu zaczyna sie problem. Bo to są kazania kościelne, napisane przez ludzi, przez nich zinterpretowane. To tylko ludzi spisali biblię, i jako taka tez bywa wątpliwa. Kogos może oburzyć to co mówię, ale co zrobić, jeśli człowiek tak mocno rozdziela sprawy wiary w Boga a tradycji kościelnej i samego kościoła. Dla mnie jest to istotne, bo nie akceptuję tej drugiej części. Czy wobec tego jestem wierząca -na pewno nie w kościele katolickim...To są strasznie trudne sprawy, ja tak sobie tylko myslę.I wiem, że przeraziły mnie słowa mojej córeczki, która opowiadając sen, wspomniała, że tata umarł i był w niebie. A ona tego nie chce, bo tam wszyscy są ukrzyzowani. Wstrząsnęło mnie. Skąd jej się wzięło....A jak Wy sobie dajecie radę z pytaniami o piekło - bo nie wierzę, że istnieje w takiej formie jak to opisuje kościół. Jak tłumaczycie i czy sami wierzycie???Pysia
        • Gość: Jarek Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 13:44
          W kwesti formalnej - to są przykazania kościelne tz. jest to pewien kodeks postępowania przybliżający nas do nagrody jakim jest życie wieczne w radośći z Bogiem.No pewnie że wszystko napisane jest przez człowieka - ale jeszcze najcześciej mówi się że jest to napisane pod natchnieniem ducha świętego i dlatego to nazywamy pismem świętym. Przecież jest dość dużo apokryfów w których też opisane jest życie i nauczania Jezusa Chrystusa i niestety one nie są głoszone choć pewnie większości by się podobały - bardzo ciekawe teksty polecam.A a propo piekła - ono jest opisywane w postaci lęków jakie drzemią w człowieku - w okresie baroku powstało najczęsciej prezentowany obraz piekła - ogromne czeluście z kotłami pełnymi wrzacej smoły i siarki. Teraz jest to obraz śmieszny. Podczas objawienia Matki Bożej w Fatimie dzieci poprosiły Matkę Bożą o tym żeby im powiedziała im co to jest piekło i wiesz co im ukazała - samotnego człowieka bez nadzieji. Niestety ale człowiek jest zwierzęciem stadnym i często samotność w tłumie jest wysoką karą. A wracając do snu twojej córci - zobacz jaki ma kocokwik myślowy - nagradza ojca niebem tylko nie rozumie po co jest krzyż.Pozdrowienia Jarek
          • Gość: pysia22 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 27.09.02, 13:38
            Jarku, tylko widzisz, ja mam podobna wizje piekła - że jeśli istnieje, to jest nim niemożność osiągnięcia szczęścia i miłości. TYle tylko, że moim zdaniem jest niemozliwe, by miłosierny Bóg/Bogini pozwoliła nato, zeby ktokolwiek zył w taki sposób. Miłosierdzie....Takie zwykłw słowo.Dlatego też mimo, że obiecałam mężowi, że wychowam dzieci po katolicku, to nie umiem wbrew sobie powiedzieć tego, że piekło istnieje i to na wieczność, tego, że ktokolwiek byłby w stanie potępić kogoś za miłość. I co to znaczy códzołożenie. Nie potrafię przekonać kogoś, że powinnam żałować za to, że spałam z mężem jeszcze przed slubem - bo nie i dlaczego ktokolwiek żąda tego ode mnie, podczas kiedy dla mnie byłoby to sprzedaniem mojej milości.Wiele mam takich pytań, i może kiedyś znajdę na nie odpowiedź, tylko jak mam wcześniej poste pować z moimi dziećmi - czego ich uczyć...I jakPs. Czy na pewno można powiedzieć, że to było napisane pod wpływem natchnienia? Czy wszystkie czyny kościoła i świętych sa pod wpływem natchnienia?Jeśli tak, to dziękuję za takie natchnienie....PysiaI dlaczego do cholery nie ma szanuje dziecko swoje???? Może mniej nieszczęć byłoby...Pyś
    • Gość: iwo1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-do Gosi 1 i nie tylko... IP: *.* 24.09.02, 15:35
      Gosieńko,wcale nie jesteś obłudna tzn.nie dla Boga Bóg wcale nie oczekuje ze będziemy chodzić do kościoła!Nie oczekuje od nas rzadnych ofiar ,ponieważ nie działa w ten sposób,On kieruje sie naszym dobrem i daje nam wolny wybórNigdy nie mówi MUSISZ mówi raczej warto wybrać to czy owo,ale nigdy musisz,To właśnie tabuny nawiedzonych fanatyków ślepo wierzących w praktykowanie pewnych ceremoniałow próbują siłą zapedzić nas do czegoś czego sami nie chcemy,czego chyba do końca nie chce Bóg.Ruda,piszesz "Chrystus nam nakazał..."-nie zgadzam sie z tym ,myślę że On sam niewiele ma wspólnego z mszą ,kościołem i całą tą oprawą przed którą on będac na ziemi uciekał .Przecież mszy nie wymyślił Bóg..Chrystus chodząc po ziemi modlił się z przyjaciółmi,na morzu ,podczas spacerów -z instytucja kościoła nie miał nic wspólnego a wręcz powtarzał że kościół Boży jest w sercach naszych."Wbrew pozorom Pan Bóg nie jest ani bigotem ani nie zerwał sie z choinki...To tylko róożnobarwni krzykacze z transparentami od wieków lepią Go na swój obraz i podobieństwo jako kretyna"
      • Gość: AgnieszkaLO Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-do Gosi 1 i nie tylko... IP: *.* 24.09.02, 15:43
        Tak Iwo, daje nam wybór. Możesz robić tak lub tak. Namawia nas jednak do gromadzenia się i modlenia w społecznościach, a nie indywidualnie, albo inaczej, tak jak nam się podoba. Dlaczego burzyć coś co działa przez wieki i nie upada. Nikt nie zmusza do uwielbienia kapłanów. Tam gdzie pojawił się kościół zreformowany, wiernych jest jak na lekarstwo. Po co chodzi sie do Koscioła? Dla księdza, sąsiadki czy dla Boga? Wygląda na to, że zbytni liberalizm gubi słabe jednostkich (a takich jest więcej). Poza tym Jezus też jednak wymaga a nie tylko daje. O tym łatwiej zapominać, bo wygodniej.Ag
        • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-do Gosi 1 i nie tylko... IP: *.* 24.09.02, 17:58
          To po co nam księża...? Sprzątają kościół zakonnice, bo ksiądz się tym nie skala (przynajmniej w kilku znanych mi parafiach - oby gdzieś było inaczej). To wystarczy, by świątynia funkcjonowała jako mieksce spotlań i wspólnej modlitwy...A jednak jakoś trudno to sobie wyobrazić, prawda.....?
          • Gość: iwo1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-do Gosi 1 i nie tylko... IP: *.* 24.09.02, 18:35
            Ika ,dla mnie to by nie było takie złesmile
            • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-do Gosi 1 i nie tylko... IP: *.* 24.09.02, 21:27
              Iwo ;)
          • Gość: AgnieszkaLO Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-do Gosi 1 i nie tylko... IP: *.* 25.09.02, 10:27
            Przecież nie napisałam, że księża nie są potrzebni, tylko, że nie muszą być święci. Dobrze by było gdyby byli, ale są ludźmi!
            • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-do Gosi 1 i nie tylko... IP: *.* 25.09.02, 10:33
              Agnieszko, a pomiędzy człowiekiem a świętym to już nic nie ma...?Może wystarczyłoby, by byli fair? By sami przestrzegali zasad i ślubów, które składali? By wypełniali to, do czego są powołani - a nie kiesę?Agnieszko - moim zdaniem TACY księża nie są potrzebni. Ja się na nieodpowiednich kapłanów nie zgadzam :(
      • Gość: ruda Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-do Gosi 1 i nie tylko... IP: *.* 25.09.02, 14:57
        No może masz rację, że: To czyńcie na moją pamiątkę albo którym grzechy odpuścicie albo kto spożywa moje ciało nie umrze to nie są nakazy.Ale akurat kwestią poważnego podejścia do drugiego człowieka jest, że się go słucha - podobnie do Boga. Ale oczywiście każdy ma wybór, jak się będzie z Bogiem spotykał. Pytanie skąd będzie wiedział, że Bóg z nim spotyka się również? W guncie rzeczy jednak bazujemy cały czas na jednej omówionej na 100 stron religii i z jednj strony częśc z nas akceptuje Boga, ubiera go w zasadzie w piórka z Pisma św. ale samemu ustala zasady. JEst w tym pewna niekonsekwencja. Pewnie jednak się czepiam i wyjaśnicie mi, ze to normalne, iż z religii czerpie się to, co wygodne i pomija trudne, że każdy chce mieć Boga dobrodusznego, nikt wymagającego?
        • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-do Gosi 1 i nie tylko... IP: *.* 25.09.02, 15:02
          ruda napisała/ł:> Ale akurat kwestią poważnego podejścia do drugiego człowieka jest, że się go słucha - podobnie do Boga. Ale oczywiście każdy ma wybór, jak się będzie z Bogiem spotykał. Pytanie skąd będzie wiedział, że Bóg z nim spotyka się również? A Bóg nie jest wszędzie...? Czy jest tylko w kościołach...?
          • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-do Gosi 1 i nie tylko... IP: *.* 25.09.02, 15:03
            Aaaa... i jeszcze jedno....Jeśli wchodzę do kościoła, to pustego. Nie wtedy, gdy jest pełen ludzi. Czy wtedy nie ma tam Boga...? Przychodzi punktualnie na msze....?
            • Gość: agnieszkad Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-do Gosi 1 i nie tylko... IP: *.* 25.09.02, 15:17
              Iko, czy wiesz co to jest Tabernakulum?Pozdrawiam
              • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-do Gosi 1 i nie tylko... IP: *.* 25.09.02, 15:48
                Oj, Agnieszka.... :sarcastic:
            • Gość: iwo1 Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii-do Gosi 1 i nie tylko... IP: *.* 27.09.02, 13:16
              Ika :)Pozdrawiam Cię serdecznieIwo
    • Gość: agnieszkad Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 18:48
      Drodzy dyskutanci, czytając Wasze rozważania mam nieodparte wrażenie,że każdy używa pojęcia Boga w sobie tylko znanym kontekście.Może warto uściślić w wypowiedziach, o jakiego Boga każdemu chodzi.Bo kiedy czytam,że Bóg nie wymaga chodzenia do Kościoła i że w zasadzie księża są niepotrzebni, to rozumiem, że nie mamy na myśli Chrystusa tylko mówimy o innym Bogu. Bo z tego co wiem Chrystus ustanowił Kościół, jest w Nim stale obecny pod postaciami eucharystycznymi a szafarzami wszelkich sakramentów ustanowił właśnie księży.Może więc warto precyzować pojęcia, by dyskusja była czytelniejsza.Pozdrawiam serdecznie i ciepło
      • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 24.09.02, 20:42
        Droga Agnieszko,moim zdaniem utożsamianie Boga z klerem czy tym bardziej odwrotnie, to co najmniej bałwochwalstwo. Księża to tylko ludzie. Dlaczego jeśli idziemy do lekarza i trafiamy na konowała, to robimy szum? Nawet tu, na forum. Walczymy, nie zgadzamy się, by taki nieodpowiedni człowiek leczył nas, czy - tym bardziej! - nasze dziecko.A kiedy ksiądz jest nieodpowiedni, to... no cóż, trudno... To jest dopiero konformizm! (Jak dla mnie, oczywiście...)Dlaczego na to się trzeba zgadzać????Bo lekarz konował może zaszkodzić naszemu zdrowiu?A ksiądz do kitu może zaszkodzić duszy. Niejednej. To niby ma zmiejsze znaczenie...? Bo ze skrzywioną duszą można żyć, prawda...?Jak mi nie odpowiada lekarz, to nie chodzę do jego gabinetu, tylko idę do dobrego.Jak mi nie odpowiada ksiądz (globalnie - mam na myśli kler w większości) to nie idę do Kościoła. Szukam takiego, który będzie duszpasterzem.Jak znajdę, to się pochwalę.Raz (!!!) spotkałam takiego księdza. Nauczył mnie wielu rzeczy. Choćby tego, że można modlić się bez Kościoła, księdza. Choćby w lesie, albo na przystanku autobusowym - i w niczym ta modlitwa nie jest gorsza, przeciwnie, często jest lepsza! Bo wypływająca z wewnętrznej potrzeby a nie nakazu ceremoniału. Nauczył mnie, że można spowiadać się (!!!) samemu, bez księdza i konfesjonału.Raz spotkałam takiego księdza - a żyję trochę :lol: i paru księży znam...... Jeden na ...? Prosty wniosek: więcej jest dobrych lekarzy niż dobrych księży.A ten mój... już nie żyje. A młody był. Mógł mieć tyle lat, ile ja teraz....Mądrze Gosia powiedziała - wiarę się CZUJE.
        • Gość: agnieszkad Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii do Iki IP: *.* 24.09.02, 21:18
          Droga Iko,nigdzie w swojej wypowiedzi nie utożsamiłam Boga z klerem. Napisałam jedynie,że kapłani ,a mam tu na myśli kapłanów katolickich, są szafarzami sakramentów pozostawionych przez Chrystusa. O to dlaczego tak jest, trzeba by zapytać Chrystusa. Przykro mi,że tak niewielu spotkałaś dobrych księży.Prawda jest jednak taka,że obok tych których ty spotykasz, jest wielu fantastycznych i oddanych kapłanów( takich, jakich miałam szczęście spotkać ja)Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, kapłani rownież nimi są.Kościól w swojej warstwie ludzkiej jest niedoskonały, jak niedoskonali są ludzie. Na szczęście posiada wartwę nadprzyrodzoną - samego Chrystusa.Podobnie, jak szukamy dobrego lekarza, zachęcam byś szukała dobrych księży, a nie od razu negowała Kościół, jako taki.I jescze apropos modlitwy. Oczywiście, że można i trzeba modlić się poza świątynią.Taki wymiar ma modlitwa indywidualna.Trudno jednak wyobraźić sobie w ten sposób odprawienie Mszy Św. A ona jest najważniejszą formą spotkania z Chrystusem w KK.Pozdrawiam
          • Gość: danuska Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii do Iki IP: *.* 25.09.02, 08:17
            Agnieszkod,Chrystus ustanowil siatynie w naszej dyszy, powiedzial ze jezeli choc jedna osoba sie bedzie modlic to on bedzie przy niej. To on chodzil do ludzi i pomiedzy ludzi.Czy 45 minut odklepywania przy ambonie zastapi 1 minute rozmowy z bogiem? Popatrzmy na budynki kosciola w Polsce. Stoja jeden przy drugim, palace, czesto w dzielnicach nedzy...Nigdzie, nigdzie w Polsce nie widzialam "biednego" kosciola (budynku). Tam gdzie mieszkalam stoja piekne salki katechetyczne, z czerwonej cegly, z ogrzewaniem i innymi bajerami... puste. Bo religia przeniosla sie do przepelnionej szkoly gdzie do niedawna toalety to byly autentyczne wychodki na podworzu.Gdybym byla ksiedzem to z tych salek zrobila bym swietlice, dom matki z dzieckiem czy cos w tym stylu. W Amsterdamie, w dzielnicy Czerwonych Lampionow mieszkaja siostry Augustynki. Zajmuja sie bezdomnymi, matkami z dziecmi( wykupily 3 kamienice), rozdaja chleb i kawe. Moze wziasc z nich przyklad?danuska
          • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii do Iki IP: *.* 25.09.02, 09:45
            adi napisała/ł:> Droga Iko,> nigdzie w swojej wypowiedzi nie utożsamiłam Boga z klerem. Napisałam jedynie,że kapłani ,a mam tu na myśli kapłanów katolickich, są szafarzami sakramentów pozostawionych przez Chrystusa. Dlatego należy ich akceptować, nawet jeśli się do tego kompletnie nie nadają i czynią więcej szkody niż pożytku...?> Przykro mi,że tak niewielu spotkałaś dobrych księży.Prawda jest jednak taka,że obok tych których ty spotykasz, jest wielu fantastycznych i oddanych kapłanówGDZIE?????? :)> ( takich, jakich miałam szczęście spotkać ja)Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, kapłani rownież nimi są.Można zwolnić lekarza, prawda? To czemu nie można księdza? Pamiętasz może głośną sprawę wyłudzania przez księdza pieniędzy od wiernych? Podpisywali za niego kredyty, poręczenia... Do dziś spłacają. Kiedy zainteresowano się tym, gros wiernych (akurat tych, którzy kasy nie oddali i nie podpisywali weksli :lol: ) straszyło ogniem piekielnym, bo ktoś miał czelność powiedzieć złe słowo o KSIĘDZU!!!! :eek:> Kościól w swojej warstwie ludzkiej jest niedoskonały, jak niedoskonali są ludzie. Na szczęście posiada wartwę nadprzyrodzoną - samego Chrystusa.Dlatego odrzuciłam (no, nie do końca...) warstwę niedoskonałą, bo mi przeszkadzała w kontakcie z doskonałą.> Podobnie, jak szukamy dobrego lekarza, zachęcam byś szukała dobrych księży, a nie od razu negowała Kościół, jako taki.Agnieszko......... jakie "OD RAZU"??? Jestem pod trzydziestkę - wydaje ci się, że spotkałam się z religią i klerem wczoraj...? ;) Więc może nie oceniaj OD RAZU, jeśli nie wiesz, jak to przebiegało :) Nie mam zwyczaju negować czegoś od razu, wysnułaś pochopny wniosek. I nie neguję Kościoła (chyba że jako budynek - tu neguję zażarcie, bo Bogu złoto i ten obrzydliwy przepych niepotrzebne...) tylko kler. Zauważ to, skoro nie utożsamiasz Kościoła z klerem ;)> I jescze apropos modlitwy. Oczywiście, że można i trzeba modlić się poza świątynią.Taki wymiar ma modlitwa indywidualna.Trudno jednak wyobraźić sobie w ten sposób odprawienie Mszy Św. A ona jest najważniejszą formą spotkania z Chrystusem w KK.Najważniejszą...? Nie spotkałam się jeszcze z takim wartościowaniem modlitwy :( Ale cóż, niedoskonała jestem :) Powiedz, gdzie mogę znaleźć że msza jest "najważniejsza".Wydaje mi się, że takie wartościowanie jest błędne. Są ludzie, którzy idą do kościoła w niedzielę i po prostu odwalają obowiązek. Podczas mszy myślą o przysłowiowej d... Maryni. I są tacy, którzy modlą się na przystanku. Kto ma prawo zweryfikować, która "forma" jest ważniejsza, bardziej wartościowa...? Ty, Agnieszko..? Bo ja na przykład nie odważyłabym się tego oceniać :)Pozdrawiam :)
            • Gość: AgnieszkaLO Re: MOŻE ZAPROSIMY KSIĘDZA? IP: *.* 25.09.02, 11:31
              Wygląda na to, że kiepsko u nas ze znajomością Biblii. Może zaprosimy jakiegoś zaprzyjaźnionego księdza na forum?aGlo
              • Gość: Ika Re: MOŻE ZAPROSIMY KSIĘDZA? IP: *.* 25.09.02, 11:52
                Chcesz powiedzieć, że w Biblii jest coś o tym, że najważniejsza w całej wierze jest msza? ;)Serio pytam, bo nie wiem do czego się odnosiłaś - posty podpinają się tak różnie, że nie zawsze wiadomo do czego ktoś się odnosił :)
                • Gość: AgnieszkaLO Re: MOŻE ZAPROSIMY KSIĘDZA? IP: *.* 25.09.02, 12:33
                  Jak można wartościować co jest ważniejsze, chciałam tylko napisać, że nie możemy wybierać tak jak nam wygodnie: zabijjać nie będę, ale ...ukradnę, bo to mniejsze zło :) . Bóg zabronił nam jednego i drugiego. Podobnie z modlitwą ważna jest ta indywidualna jak i Msza Święta.To właśnie chciałam powiedzieć. AgnieszkaLO
                  • Gość: iwo1 Re: MOŻE ZAPROSIMY KSIĘDZA?-do Agi LO IP: *.* 27.09.02, 11:59
                    AGa ja wcale nie wybieram dla siebie tego co jest wygodniejsze,ponieważ właśnie wygodniej i łatwiej jest pójść raz w tygodniu na mszę niż żyć z Bogiem na codzień .Dla mnie bardziej liczy sie własnie to drugie.Agnieszko ,znam Biblię dosyć dobrze NIGDZIE w niej nie pisze ani słowa o mszy ....Naprawdę ,i wiesz nie tylko Swiatkowie czytają Biblię ja swiadkiem nie byłam i nie będę a Bibli to jedna z moich ukochanych książekIwo
            • Gość: addria Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii do Iki IP: *.* 25.09.02, 11:54
              Ika! Zgadzam się z Tobą w dużej mierze. Ja też dawno temu zwątpiłam w Kościół i przyczyn można by było wymieniać wiele, ale daruję to sobie, bo byłby to bardzo obszerny post ;-) Sporo z tych przyczyn zostało już wymienionych przez Ciebie. Ja byłam bardzo wierzącym i zaangażowanym w religię katolicką dzieckiem, chodziłam do Kościoła, na lekcje religii, sumiennie się spowiadałam, starałam się czynić dobrze. W dziecięcej naiwności mniemałam, że ksiądz, to człowiek uświęcony, następca Chrystusa, co zresztą jest tak interpretowane przez Kościół. Cóż, pierwsze negatywne przeżycia spotkały mnie w 5 klasie podstawówki, gdzie religii uczył nas ksiądz hmmm... nie chcę rzeczy nazywać po imieniu, ale mający dziwną skłonność do małych dziewcząt. Jakimś dziwnym trafem w kartkówkach zawsze znajdował listy miłosne od ładnych koleżanek z klasy, propozycje spotkach "na zielonej trawce" (to jego słowa), czerwona serce "I Love Ksiądza" itp. Lekcje zawsze rozpoczynały się zwierzeniami obleśnie zarumienionego księdza, co to on nie wyczytał w klasówkach lub sprawdzanych zeszytach. Potem okazało się, że ksiądz wyleciał z parafii, dzięki proboszczowi (chwała mu za to), ale nie został zdymisjonowany, tylko z tego co słyszałam przeniesiono gdzie indziej.Potem było więcej takich "kwiatków". Słyszałyście o księżach przemycających samochody (to było głośne w moim mieście)? Znam też osobę, która z księżmi często imprezowała, wódeczka w ilościach hurtowych, papieroski, a nawet flirty z kobitkami. Nie wspomę już o sprawie pewnego arcybiskupa, oczywiście jak to zwykle bywa niesłusznie posądzonego ;-)Tak sobie myślałam, czy wobec tego zła, tego zepsucia, czy w takim kościele Bóg rzeczywiście JEST? Czy msza odprawiana przez księdza przemytnika czy pijaka, jest mszą świętą? Pomijam już inne kwestie. Oto jedna. Kiedyś spytał mnie znajomy - innowierca, ilu bogów jest w Kościele Katolickim? Ja na to, że jeden. A on: "a te wszystkie bozki, cudowne obrazy, figurki, dziesiątki różnych Matek Boskich"? Dało mi to mocno do myślenia...Mam nadzieję, że zraniłam niczyich uczuć, ale wierzcie mi, że choć chciałabym wierzyć w Świętość KK, to już nie potrafię... Ale zapewniam, że moja wiara w Boga nadal jest równie głęboka, jak kiedyś. Pozdrawiam :-)
      • Gość: danuska Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 08:01
        Chrystus nie byl bogiem, byl czlowiekem.O ile dobrze pamietam to: jest JEDEN bog. Jest on co prawda w 3 osobach, moze dlatego tyle interpretacji ;-)
    • Gość: Mela Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 08:06
      Mamo Michala,Mozesz po prostu poradzic siostrze, zeby porozmawiala z dzieckiem czy chce, czy nie chce chodzic na religie. Moze isc na kilka probnych lekcji, zobaczy czy bedzie chciala w tym uczestniczyc czy nie.Takie rozwiazanie w najmniejszym stopniu naraza dziecko na bycie wyrazicielem pogladow rodzicow, do ktorych oczywiscie maja prawo, ale dla mnie w tym przypadku najwazniejsze jest dziecko, jako dziecko, a nie dzieko jako wyraziciel pogladow rodzicow w sprawach wiary.Dziecko chodzace na religie wcale nie musi byc ochrzczone, wcale nie musi przystepowac do komunii - tak jak w przypadku mojej corki chodzacej do szkoly znajdujacej sie na terenie kosciola! Taka postawa wymaga wiecej otwartosci i odwagii, porozmawiania z katechetka czy dyrektorem i wyrazne wyjasnienie ze jako niewiezacy rodzic zgadzam sie na chodzenie dziecka na religie, w ramach poznania wiary innych ludzi, a nie w ramach katolickiego wychowania ktore dziecko otrzymuje w domu.Dziecko bedzie latwiej siedziec w klasie na religii, niz blakac sie po korytarzu. A jednoczesnie nie dostanie przekazu, ktore otrzymuja dzieci niwiezacych lub niepraktykujacych rodzicow "posylane" przez nich do sakremantow w imie konformizmu- przekazu ze kazde zobowiazanie mozna zlamac dla wygody. Wystarczy ze sie ubierze przy jego skladaniu w biala sukienke.pozdrawiamMela
      • Gość: kn Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 11:33
        W tej dyskusji jest tyle wątków - gdybym chciała odnieść się do wszystkich napisałabym książkę - tylko kto by ją wydał ;)W każdym razie, po bardzo uważnej lekturze całości, moja uwaga natury ogólnej jest następująca: ludzie, którzy - wierząc i wątpiąc - szukają w życiu oparcia w postaci pewnych bezwzględnych zasad, w postaci ideału, do którego warto dążyć, i którzy taką postawę chcą przekazać własnym dzieciom, nie potrzebują do tego celu wiary katolickiej czy jakiejkolwiek innej religii - może ich ona oczywiście wspomagać, ale nie jest warunkiem "sine qua non"; ci z kolei, którzy aspekt duchowy, zarówno obcowania z innymi, jak i wychowania dzieci, odrzucają (mniej lub bardziej świadomie)jako zbędny, bo nie służący napchaniu sobie brzucha lub kieszeni, raczej odrzucą również wiarę (jakąkolwiek) poprzestając na zewnętrznych oznakach przynależności do kościoła, czyli odbębnią mszę "bo tak wypada", kupią dziecku komputer na komunię i napiją się z tej okazji ze szwagrem. Nie wierzę - zaznaczam, to mój osobisty pogląd - żeby religia mogła dziecku czy młodemu człowiekowi zaszczepić jakiekolwiek zasady, jeśli rodzice ich nie mają i nie stosują. Zwłaszcza religia wtłaczana do głowy na siłę w ramach szkolnych lekcji.A teraz seria pytań:Czy kościół katolicki w obecnej chwili jest wspólnotą dającą oparcie i poczucie tożsamości? Wydaje mi się, że każdy z nas sam szuka odpowiedzi na to pytanie - w wypwiedziach powyżej znalazłam tylko jedną, świadczącą dobitnie o tym, że tak. Czy więc osoba wierząca, której brak poczucia tożsamości z kościołem, może oczekiwać, że katecheta zaszczepi takie poczucie jej dziecku?Pytanie o autorytet:Gosia 1 zainicjowała rozważania n.t tego, czy religia może wypełnić lukę stworzoną przez brak autorytetów w rozwoju duchowym naszych dzieci, bo przecież my - rodzice - jesteśmy tylko ludźmi. Być może ... tylko że kościelne autorytety to też tylko ludzie ( a przecież w religii katolickiej tak trudno oddzielić obraz idealnego Boga od jego ziemskich przedstawicieli, o czym najlepiej świadczą liczne wypowiedzi powyżej), ludzie, którzy w tej chwili tak boleśnie ten autorytet tracą. A tak na marginesie - nie sądzę, żeby bycie autorytetem było równoznaczne z byciem ideałem - wręcz przeciwnie - rolą rodzica-autorytetu wydaje mi się przekazanie dziecku umiejętności czerpania siły z własnej słabości, podnoszenia się po tysięcznym upadku i ruszania w dalszą drogę silniejszym - a to przecież taka LUDZKA cecha...Pytanie w kwestii pozostawienia dziecku wyboru religii: powiedzcie mi dziewczyny, czy któraś z Was, wyobrażając sobie przyszłość własnego dziecka, marzy, żeby zostało ono np. szewcem czy robotnikiem pracującym przy taśmie (nie chcę nikogo urazić)? Zaryzukuję twierdzenie, że raczej nie (jeśli sie mylę, proszę prostować :) ), na ogół zakładamy, ze nasza pociecha wybierze jak najlepszą edukację, wyższe studia i ciekawy, twórczy zawód. Ale też chcemy, aby dokonało się to w ramach jego (dziecka) wyboru, my możemy mu tylko w tym towarzyszyć. Jak? Chyba pokazując najróżniejsze możliwości, stwarzając warunki do jak najszerszego wyboru i starając się uczyć mądrego dokonywania tegoż wyboru ... Zgoda, w sprawie wiary nie można przyjąć dokładnie tej samej zasady, ponieważ dochodzi tu aspekt mistyczny, czyli owo "czucie"; czy nie sądzicie jednak, że im większa możliwość wyboru, tym większa szansa na to, że się "poczuje" w zgodzie z samym sobą, a nie na fali rutyny czy kontynuowania tradycji? Nie chodzi przecież o odczytywanie dziecku z książki definicji różnych wyznań, ale o umożliwienie mu z nimi kontaktu, bez przedstawiania któregokolwiek z nich jako jedynie słusznego; jeżeli w ramach poszukiwań własnej drogi życiowej młody człowiek będzie szukał Boga (a taka potrzeba występuje niemal u każdego, nawet jeśli ostatecznie odrzuca się religię), wybierze tę wspólnotę, w której - we własnym odczuciu - najpewniej Go odnajdzie. Może też Go nie znaleźć, pomimo usiłowań, ale będzie to jego własna droga.I jeszcze jedno pytanie na koniec: w kilku wypowiedziach pojawiła się refleksja (czy raczej stwierdzenie), że czasy mamy podłe - czy ktoś (niekoniecznie historyk ;) ) może mi dać przykład takiego momentu w dziejach, w którym ludzie mogli stwierdzić z pełnym przekonaniem, że żyją w dobrych czasach?:hello: KasiaPS. Przepraszam, jeszcze jedno pytanie - do AgnieszkiLO: czy możesz mi podać jakieś konkretne źródło, mówiące o tym, że Chrystus ustanowił księży? Pytam, ponieważ w swoim czasie szukałam odpowiedzi na to pytanie zarówno w Piśmie Świętym, jak i w licznych opracowaniach i jakoś nie znalazłam. Z moich lektur wynikało, że instytucja KK w takiej mniej więcej postaci, jaką znamy, ukształtowała się ok. V - VI wieku n.e. a niektóre zasady np. obowiązkowy celibat księży zostały wprowadzone jeszcze później.
        • Gość: AgnieszkaLO Re: ZAPROŚMY KSIĘDZA IP: *.* 25.09.02, 12:15
          Hmmm, na drugim roku studiów (filozofia) sama szukałam i ... znalazłam w Biblii (chyba wrócę do notatek i poszukam dla Ciebie :) ) poza tym, że tak stanowi nauka Kościoła :) oparta na nauce Chrystusa . To, że kościół ukaształtował się później, to fakt dosyć oczywisty i kolejne dogmaty także były ustanawiane przez ludzi. Ja rozumiem, że wszyscy biorący udział w tej dyskusji - to wiemy. Pytanie tylko jak były ustanawiane i jak sie nad nimi potem "pracowało" politycznie? czy badając Pismo Święte? Teologia to przecież filozofia, która uznaje jedynego Boga. Pismo Święte jest napisane alegorycznie i językiem, który jest ("kabalistycznie" :) ) wieloznaczny dlatego Kościół swoim autorytetem (mam tu na myśli teologów studiujących nad PŚ) interpretuje?/bada Biblię. Można ją czytać wprost jak Świadkowie Jehowy (prawie) lub próbować dociec znaczenia. Idąc drugą drogą można natrafić na rafy, takie jak widać w naszych postach - dosyć słaba znajomość Pś i nauki KK również. Acha i najważniejsze, w Biblii jest napisane, że Bóg wymaga od nas, żebyśmy go poznawali. A jak go poznać nie czytając Bibli i nie słuchając tych, którzy ją badają na codzień. Samemu modląc się w lesie możemy tylko "rozmawiać" z Bogiem i stawać się lepszymi, ale nie spełniamy woli Bożej i nie poznajemy Go.Jeszcze raz więc zaapeluję, może ktoś zna księdza, który odpowie na nasze wątpliwości, bo ja teologiem nie jestem. Mimo to poszperam w notatkach. Przepraszam, za styl ale piszę pędem, bo jestem w pracy.AgLO
          • Gość: Ika Re: ZAPROŚMY KSIĘDZA IP: *.* 25.09.02, 12:26
            Sporo racji, Agnieszko, ale... tak prywatnie, dla mnie cenniejszy jest człowiek, który może bez fanfar i wielkiego zagłębiania się w nauce dąży do tego, by być lepszym, niż taki, który ma tę naukę opanowaną, ale żyje według niej tylko pozornie... albo bezmyślnie. Upraszczając - bardziej ceniłabym dobrego ateistę (innowiercę etc.) kierującego się w życiu pewnymi zasadami fair play, niż arcybiskupa, który molestuje dzieci.
            • Gość: AgnieszkaLO Re: IKO IP: *.* 25.09.02, 12:40
              Oczywiście ja tez bardziej cenię dobrego ateistę niż złego człowieka - katolika. Tylko, że ja myślałam, że nam chodzi o zrozumienie po co wierzącym kościół i religia. Faktycznie wiele wątków się pomieszało i stąd pewne nieporozumienia.pozdrawiam AgLO
              • Gość: Ika Re: A(Le)gatko IP: *.* 25.09.02, 14:22
                Masz rację, wielowątkowość nas wkrótce tak zapętli, że zaczniemy gonić własne ogony :crazy:Mnie trochę inaczej - nie chodzi mi o to, po co wierzącym kościół czy religia (w sensie nauki) ale raczej o niepraktykujących i ich wierze. Uważanej przez praktykujących za gorsza, czy uboższą. A po co kościół i religia wierzącym, to wiem... w torii. A rzeczywistość weryfikuje - i to mnie boli, że ludzie, którzy powinni być duszpasterzami, częściej pasą swoje portfele, a tych z prawdziwym powołaniem i podejściem do wiernych jest tak mało......
        • Gość: w Re: o chodzeniu lub nie -do Kn - sprawa techniczna IP: *.* 25.09.02, 14:11
          W swoim poscie napisalas:"Nie chodzi przecież o odczytywanie dziecku z książki definicji różnych wyznań, ale o umożliwienie mu z nimi kontaktu, bez przedstawiania któregokolwiek z nich jako jedynie słusznego; jeżeli w ramach poszukiwań własnej drogi życiowej młody człowiek będzie szukał Boga (a taka potrzeba występuje niemal u każdego, nawet jeśli ostatecznie odrzuca się religię), wybierze tę wspólnotę, w której - we własnym odczuciu - najpewniej Go odnajdzie. " - to dotyczy sprawy wyboru religi przez dziecko. Tylko, ze czytajac, chociazby ten watek wiemy, ze w Polsce 99% procent spoleczenstwa to katolicy. To jak znalezc te inne wyznania, zeby sie im przyjzec i poznac? Jak ktos jest z malej miejscowosci to jest tam tylko jeden kosciol oczywiscie katolicki. I w tym momencie zostaje nam tylko defincja w encyklopedii.Tylko mi nie mow, ze mozna pojechac gdzies tam i ich poznac, bo nie uwierze, ze poswiecisz np. piec lat zycia, zeby poznac 5 religi. Zakaldam, ze rok czasu zycia wsrod spolecznosci danej religi wystarczy aby w miare poznac jej zasady, poznac rowniez ludzi, ktorzy ta religie wyznaja, zobaczyc jak oni przestrzegaja swoj katechizm itp.A czy czasem po tym roku nie dojdziemy do wniosku, ze ta wspolnota religijna jest taka sama jak ta nasza katolicka?Mieszkam w kraju, gdzie sa chyba przedstawiciele wszystkich religi swiata. Na jednej krotkiej uliczce mozna spotkac trzy koscioly trzech roznych wyznan. Kiedys bylam na mszach w roznych kosciolach, juz nawet nie pamietam jakich. Tak z ciekawosci, jak wyglada tam msza, jak sie modla, o czym mowia. I jakie wrazenia, kazania takie jak i u nas. Ksiadz (czy jak go tam zwia) narzeka, ze wierni nie przestrzegaja, zasad wiary, w niedziele zamiast do kosciola to leza przed telewizorem, nie angazuja sie w zycie kosciola itd. Czyli witaj w domu.Jaki sens jest zmieniac jedna wiare na inna taka sama?Pozdrowienia
          • Gość: kn Re: o chodzeniu lub nie -do Wan - wyjaśnienie IP: *.* 25.09.02, 21:21
            Jedno chciałabym wyjaśnić na wstępie: nie zamierzam (jak napisałaś) zmieniać religii - póki co jestem osobą niewierzącą, więc nie wyznaję żadnej; być może kiedyś któraś okaże się "moja". Podobna droga czeka, jak sądzę, moje dziecko. Zgadzam się z Tobą w jednej sprawie :) z moich opinii "wyłazi" osoba mieszkająca w dużym mieście - czuję się o wiele mniej ograniczona w swoich wyborach niż ktoś, kto ma w pobliżu "jeden kościół katolicki" i nie widzę problemu, jeśli chodzi o kontakt z innymi wyznaniami. Świadomie używam słowa "kontakt" a nie poznanie: nie planuję akurat rocznego (czy w inny sposób wyliczonego) pobytu wśród buddystów w celu zpoznania z ich wiarą mojego dziecka; liczę na to, że żyjąc wśród ludzi różnych wyznań, mój syn będzie miał właśnie kontakt, choćby przelotny, z różnymi aspektami takiej czy innej wiary i być może w wyniku tych kontaktów coś w nim "zaiskrzy", a do tego potrzebny jest raczej impuls niż dogłębna znajomość zasad danej religii; istotne w tym wszystkim wydaje mi się - pewnie paradoksalnie z katolickiego punktu widzenia - odzielenie wiary, jako potrzeby wewnętrznej, od potrzeby przynależności do określonej wspólnoty religijnej: potrzeby wiary w Boga (jakkolwiek Go nazwiemy) nie można sobie wybrać - to przychodzi samo, lub nie. Natomiast sposób wyznawania wiary można - moim zdaniem, podkreślam - wybrać i może się to stać w wyniku przelotnego kontaktu czy wręcz przypadku: któraś z dziewczyn pisała wyżej o kościele baptystów, do którego trafiła (nie wiem na ile przypadkowo) i została, bo życzliwie ją przyjęto. Mnie samą kiedyś bardzo pociągał kościół ewangelicko-augsburski a impulsem do tego była przypadkowa wizyta w kościele, w którym wierni przepięknie i z ogromnym uczuciem śpiewali, a pastor mądrze i bez zadęcia mówił... Z ideą kościoła reformowanego zapoznałam dopiero po tym wydarzeniu. Mam znajomą, która jako osoba "wierząca-niepraktykująca" wyszła za mąż za wyznawcę prawosławia i zaczęła - przez nikogo nie namawiana - regularnie chodzić do cerkwii, ponieważ urzekło ją misterium prawosławnej mszy (po kilku latach przyjęła wyznanie męża).Oczywiście nadal pozostaje pytanie podstawowe (techniczne): jak zapewnić dziecku taką różnorodność? Nie mam - uczciwie mówiąc - żadnego pomysłu dla mieszkańców małych miejscowości, ale na własny użytek pomysł mam właśnie taki: do kościoła katolickiego zabierze (już zabiera) synka babcia, do protestanckiego - znajomi protestanci, do cerkwii - znajomi prawosławni (ja też chętnie się zabiorę :) ), do synagogi czy meczetu może iść z tatą, z buddystami lub wyznawcami Kryszny zetknie się (mam nadzieję) wśród rówieśników. Poza tym, kto wie czy moje dziecko swoją młodość (czy wczesną dorosłość) będzie spędzać akurat w Polsce ? Wchodzimy wszak do UE - będzie sobie mógł studiować w dowolnym kraju europejskim, jak dobrze pójdzie. Jeszcze raz podkreślam, warunkiem takich poszukiwań jest głeboka, wewnętrzna potrzeba wiary i tutaj ja osobiście widzę zagrożenie własnej koncepcji - może się stać tak, że dziecko nie widząc u rodziców takiej potrzeby, po prostu nie będzie szukać. Czas pokaże.Pozdrawiam serdecznieKasia
        • Gość: ruda Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii - pochodzenie księży IP: *.* 25.09.02, 15:22
          Ja bym szukała gdzieś tam: Idżcie, którym grzechy odpuścicie są im odpuszczone...Oraz jest taki passus, ale tu będę to omawiać, bo nie pamiętam cytatu, mogę poszukać, jeśli to potrzebne, że jeśli ktoś jest w stanie iść drogą Chrystusa i wyrzec się rodziny, powinien to zrobić, ale jeśli nie może go nasladować, to droga zycia małżeńskiego też jest ok.kasia
    • Gość: agnieszkad Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 13:41
      Dziewczyny skoro wiele z Was mówi,że było osobami głęboko wierzącymi ( katoliczkami?) to zapewne macie w domu katechizm Kościoła Katolickiego.Zajrzyjcie tam. Część pierwsza poświęcona jest głównym prawdom wiary( wyjaśnienie Credo).Znajdziecie tam informacje o kościele,o hierarchii ( mi o księżach), o Mszy Sw.Może ta lektura rozwieje Wasze wątpliwości. Nie można bowiem kochać kogoś kogo się nie zna. Z miłością do Boga jest podobnie. Nie ma również obowiązku zgadzać się z katolickimi prawdami wiary i być katolikiem, ale żeby móc się z czymś nie zgadzać trzeba to po prostu poznać.I jeszcze co do księży. Jeżeli ksiądz popełnia przestępstwo musi to zostać ujawnione, tak samo jak w przypadku innych obywateli. Jeżeli zaś mówimy o sferze moralnej to czytając Wasze wypowiedzi przypomniała mi sie scena z Ewangelii, gdy Chrystus patrząc na jawnogrzesznicę powiedział do tłumu- kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamień. Pozdrawiam
      • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 14:16
        adi napisała/ł:> Znajdziecie tam informacje o kościele,o hierarchii ( mi o księżach), o Mszy Sw.Może ta lektura rozwieje Wasze wątpliwości. Nie można bowiem kochać kogoś kogo się nie zna. Z miłością do Boga jest podobnie. Zaraz, zaraz... ale co ma piernik do wiatraka...? :what: Księży muszę kochać...? A co ma moje złe zdanie o klerze do Boga? Hmmm... często odnoszę wrażenie, że wierzący praktykujący utożsamiają wiarę z klerem. Choć temu zaprzeczają.Acha, ta lektura moich wątpliwości nie rozwieje. Moje wątpliwości dotyczą kleru - żaden katechizm nie pisze o tym, jak traktować księży którzy popełniają draństwa, i uchodzi im na sucho - zostają co najwyżej przeniesieni do innej parafi, ha, ha, ha.....> I jeszcze co do księży. Jeżeli ksiądz popełnia przestępstwo musi to zostać ujawnione, tak samo jak w przypadku innych obywateli. Niestety tak nie jest.> Jeżeli zaś mówimy o sferze moralnej to czytając Wasze wypowiedzi przypomniała mi sie scena z Ewangelii, gdy Chrystus patrząc na jawnogrzesznicę powiedział do tłumu- kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamień. Wiesz... Twoja wypowiedź zabrzmiała mi jak z kajetu seminarzysty... Ale mnie to nie przekonuje, ja mam wrażenie, że jest to operowanie formułkami. To nie złośliwość - nie zamierzam Cię obrazić, bynajmniej! Tak odpowiedziałby niejeden praktykujący. Nie rzucam w nikogo kamieniem - mam milczeć na temat tego, co mi się nie podoba? A dlaczego? Bo dotyczy to księży...??? (vide przypomniana przez mnie historia z reakcją wiernych w sprawie wyłudzającego kasę księdza...).Poza tym ja nie jestem bez grzechu - ale ja nie składałam, świadomie (!), ślubów czystości, ubóstwa i wielu innych - po to, by je potem łamać.Miałam koleżankę, która przez pewien okres sypiała z księdzem. A on potem szedł i mszę odprawiał....... i w konfesjonale zasiadał by palcem kiwać dziewczynie, która przed ślubem spała ze swoim chłopakiem......Oczywiście niczego nieświadomi parafianie traktowali swego księdza z wielkim szacunkiem... osoba DUCHOWNA... i mówili, że dobry ksiądz... bo tak ładnie na ambonie gada - formułkami :(Ech :(
        • Gość: agnieszkad Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 15:00
          Droga Iko,kler - nie. Sami zwyrodnialcyKatechizm - nie. Sama wiem najlepiej.Można i tak. Nikt nikogo do wiary katolickiej nie zmusza.A póki co ona bez Kościoła,hierarchii, Mszy nie istnieje.Pozdrawiam
          • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 15:11
            Agnieszko. Primo - nigdzie nie powiedziałam, że kler to SAMI zwyrodnialcy - znów nadinterpretujesz.Secundo - nigdzie nie powiedziałam, że katechizm nie; powiedziałam, że nie rozwieje akurat tych wątpliwości, które mam, bo nie dotyczą one wiary, lecz kleru - znów wyciągnęłaś pochopny wniosek - albo nie zrozumiałaś, o czym mówię przez ileś tam postów.Nigdzie też nie powiedziałam, że sama wiem "najlepiej". Mam nadzieję, że interpretacja Biblii nie opierała się na podobnych nadinterpretacjach...............> Można i tak. Nikt nikogo do wiary katolickiej nie zmusza.A póki co ona bez Kościoła,hierarchii, Mszy nie istnieje.Jesteś tego pewna......???? Zatem cała wiara, to te kościoły i kler...???? O matko :( To żal mi bardzo :(
        • Gość: ruda Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 15:30
          A Ty zamiast pogrozić księdzu i koleżance wtedy wywlekasz aferkę teraz???Czym innym jest rzucanie kamienie czyli potępienie (Twój negatywny stosunek do danej osoby) a czym innym upomnienie jej, a jak nie podziała, to upublicznienie jej postępowania, godnie, po chrześcijańsku a i reportażyk może ciekawy powstać... ;)))
          • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 15:46
            Oj, Ruda ;)Nie "wywlekam" sprawy, tylko podaję coś jako przykład - nie ta koleżanka z księdzem jest tu głównym tematem. Koleżance swoje zdanie powiedziałam, ale... ona była niewierząca, traktowała tego księdza jak każdego innego faceta. Ale ON????A jemu nic nie powiedziałam. Za młoda byłam, by walczyć z watahą bab z kółka różańcowego, które - głowę daję - zachowałyby się dokładnie tak, jak baby w reportażu o wyłudzającym księdzu. Dla niektórych już sam ksiądz jest niemal świętością.A co do reportażyku o koleżance.... nie sprzedaję znajomych prasie ;) A poza tym wtedy jeszcze nie byłam dziennikarką ;)
          • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 15:54
            ....ale wiesz co, Ruda... to zahacza o kolejny wątek.... też taki "moralny" - na ile mamy prawo, przy okazji ujawniania świństw osoby publicznej, zrujnować życie osobie prywatnej, będącej gdzieś obok tej publicznej...?No bo ksiądz - rozumiem, można (powinno się) nagłośnić, nie pozwolić! (Hue, hue, przeniosą go gdzie indziej i tyle, a dziewczyna będzie miała złamane serce) - ale ta koleżanka... jej nazwisko też by wypłynęło, a za co??? To nie jej wiara, nie jej zasady...No i problem... zwłaszcza, gdy się zna osoby dramatu...
            • Gość: ruda Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 16:07
              JAk to nie jej wiara, to i zgrzeszyć nie mogła. Prawda? No i oczywiście masz rację, że to jest problem, dlatego często się pewne rzeczy przemilcza w różnych sytuacjach, nie tylko gdy chodzi o hierarchów kościelnych, zawsze każdy z nas staje przed indywidualnym wyborem. I rozstrzyga w swoim sumieniu.A co do tego opisanego kółka różańcowego, to pewnie zasługiwali na siebie wzajem z duszpasterzem, więc nie ma co ubolewać. Natomiast Ty jako zdegustowana i zgorszona powinnaś szukać lepszego, tak jak szukasz lekarza, bo od utyskiwania nic się nie zmini. Zastanawia mnie tylko, czemu ten jeden młody i przyzwoity już nie żyje. Bo i o chorobie i smierci Tischnera też słyszłam ciekawą teorię.kasia
              • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 16:18
                Kasiu,ja szukałam. Ale w pewnym momencie miałam dość.Teraz uważam, że nie ma sensu w lesie pełnym maślaków uparcie szukać borowika - jeśli mam na niego trafić, to trafię i bez szukania....Tamten młody... zginął w górach Kaukazu. Prozaicznie, na nartach. Choć też była teoria, że ktoś mu w tym pomógł, że były ślady, że nad tą przepaść go zawleczono... Nie wiem, nie byłam, nie widziałam. Tak czy siak - nie żyje...
                • Gość: ruda Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 16:45
                  I po coś to pisała - Kobieto??? A skąd uczciwy ksiądz ma na narty i góry Kaukazu?
                  • Gość: Ika Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 25.09.02, 19:07
                    Kasiu :)Przecież księża dostają jakieś wynagrodzenie, nie? Jak każdy człowiek. Można chyba sobie odłożyć na urlop. Szczególnie że góry były jego pasją. Poza tym nie miał samochodu - żadnego, nie mówiąc już o takiej bryce, jaką może się pochwalić większość księży... Jeździł autobusami. A narty? Można jeździć na zwykłych Polsportach, nie musi to być jakiś hit, prawda?
                    • Gość: ruda Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 26.09.02, 08:42
                      Raczej księża nie mają stałej pensji, tylko żyją z datków. Moje pytanie było pewną prowokacją, bo sama zawsze się nad takimi rzeczami zastanawiam. I osobiście nie mam nic przeciwko urlopom księży, ale własnie chodziło mi o wywołanie kolejnego wilka z lasu. Bo w tej dyskusji już padało, że ślubowali ubótwo etc. Czy oni szczególnie nie powinni rezygnować z urlopu i dac biednym, ale to tak na marginesie.Jest w Krakowie ksiądz, który był świetnym duszpasterzem akademickim, a do tego zasze chodził w najlepszych ciuchach adidasa i niechętnie w sutannie. A potem nieźle skasował moją koleżankę za ślub.Więc ja poprzestaję tylko na tym, że chwalę po wszystkich odpustach swojego proboszcza i wszyscy znajomi się zastanawiają: jak to jest, że ja akurat na takiego trafiłam, więc się śmieję, że może przez moje zaufanie, że są porządni księża i ja z takimi chcę się spotykać. I udaje się.
    • Gość: EwG Re: o chodzeniu lub nie chodzeniu na lekcje religii IP: *.* 28.09.02, 21:40
      Jestem wierząca, ale należę do innego kościoła niż KK. Należę do tzw. mniejszości narodowej (i wyznaniowej).Po tak licznych postach i własnych obsewacjach widzę, że wprowadzenie religii do szkół wpłynęło negatywnie na obraz polskiego katolicyzmu. Paradoksalnie, gdy ten zamiar był dyskutowany, w kręgach mniejszościowych był uważany za zamach na mniejszości, za próbę indoktrynacji i wyizolowania tych innych (czytaj: gorszych). Tymczasem, przynajmniej w przypadku mojej wiary, przyniosło raczej pozytywne skutki. Otóż w szkołach są tworzone klasy łączone do lekcji religii, np. jedna- dwie klasy w całej szkole i chodzą tam wszystkie dzieci mego wyznania. Tymczasem kiedyś dzieci takie dużo rzadziej mogły uczęszczać na lekcje religii, głównie z powodu odległości do kościoła. A teraz nieco z innej beczki. Moje doświadczenia.W podstawówce chodziłam do klasy, w której tylko 2 osoby były inne (nie chodziły do KK). Byłam postrzegana jak odmieniec, spotkałam się nawet z wieloma wyzwiskami pod moim adresem, co bardzo przeżywałam. Nawet zdarzało mi się słyszeć krzywdzące rzeczy od moich dobrych koleżanek (teraz myślę, że to był wynik nauk kościoła lub rodziców).Smutno mi było jak moje koleżanki wkładały piękne białe sukienki i szły do komunii, nikt właściwie mi nie wierzył, że ja komunię dostaję od urodzenia. Będąc w 3 czy 4 klasie poszłam na religię z koleżanką z ławki, chciałam zobaczyc jak wygląda, ani w głowie mi było wyśmiewanie się, czy coś innego. Już w czasie modlitwy ksiądz mnie zauważył, a bezpośrednio po niej wyzwał od takich i owakich, najbardziej mnie ukłuło to, że jestem donosicielką i pójdę do swoich księży, obgadywać katolików.Czułam się okropnie, a najgorsze było to, że śmiała się ze mnie cała klasa i wytykali mnie palcamiChyba coś mi z tego pozostało do dziś..............Ale do tematu, posyłanie dzieci na religię jest sprawą rodziców i to oni powinni decydować o tym, czy chcą czy nie chcą. Opuścić kościół można w każdym momencie i przejść do innego, albo zrezygnować w ogóle.Ja w każdym bądź razie poślę synka na religię, oczywiście na swoją i będę go podtrzymywać w inności.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka