Gość: 7384
IP: *.*
28.09.02, 22:14
Pisze tu na forum, bo jest mi bardzo ciezko. Jestem tu od niedawna, ale czytajac wasze posty czuje, ze jestescie mi bardzo bliskie. Niedawno przegladalam posty o smierci malutkich dzieci i mocno zastanawialam sie nad sensem cierpienia i smierci. A teraz moja przyjaciolka walczy ze smiercia. Jest to wspaniala, skromna, o wielkim sercu dziewczyna z zawodu pielegniarka, ktora niejednenu czlowiekowi uratowala zycie( doslownie). Zycie ciezko ja doswiadczalo, ale teraz przechodzi najciezsza probe. W poniedzialek( 23.09) urodzila przez cesarskie ciecie slicznego, zdrowego chlopczyka. Lekarze nie bardzo wiedza co sie stalo, ze nerki i watroba zostaly uszkodzone. Ona wiele razy chorowala i nigdy zaden lekarz nie wiedzial co jej jest tak naprawde. To jest tego typu czlowiek, ktorego choroby nie poddaja sie zadnym ksiazkowym schematom. Zastanawialam sie razem z moja siostra( obydwie mialysmy zatrucie ciazowe), ze to moze byc to co u nas-tylko o wiele ciezszy przypadek. Moze wy cos slyszalyscie o takich przypadkach? Probuje zrozumiec co sie stalo, czy cos nie zostalo zaniedbane? Basia nie mogla oddac moczu od porodu, stacila tez duzo krwi( przetaczali juz 2 razy), podobno lozysko bylo stare, choc urodzila w terminie, a skurcze miala wlasciwie od prawie 2 tygodni. Byla w szpitalu podawali jej ostro oksytocyne, ale dzidzius nie chcial sie urodzic. Potem byla w domu i po tygodniu odeszly wody plodowe ( to byla sobota a urodzila dopiero w poniedzialek wieczorem). Czy to mozliwe zeby tak dlugo rodzic?Napiszcie co o tym sadzicie, bo dla mnie to wszystko jest dziwne. Prosze tez pomodlcie sie za nia, by jej Damianek mogl doswiadzczyc milosci matczynej.