nat.wroclaw
12.12.06, 23:01
Jak to jest, że co przyjdzie Hance byc badana przez lekarza dzieckowego, to
trafi się - wybaczcie - trafi się albo gbur albo zimny jak kawał lodu babsztyl.
W ciagu krótkiego 36-dniowego życia Hanka badana była przez cztery oschłe
babsztyle, które komunikowały się ze mną monosylabami, na pytania o
wyjasnienie co rozumieją przez "furczenie w oskrzelach" albo "taka jakaś
przepuklina" odpowiadały "jestem lekarzem 20 lat, wiem co robię". Do tego
trafiło sie jeszcze dwóch gburów, którzy monosylaby zredukowali do pomruków.
Żaden z pediatrów nie odezwał się bezposrednio do Hanki ani słowem. Ja
rozumiem, to tylko noworodek, który ryczy im w rekach. Widzą takich dziesiątki
dziennie. Ale kurcze, to nie jest worek owsa, który zimnymi rękami turlaja na
przewijaku. I bynajmniej nie chodzi mi o sposób badania, ale podejscie - jakby
badali przedmiot. Weterynarz zagladajacy mojemu kotu pod ogon ma dla niego
wiecej serdecznosci i ciepłego słowa.
Żaden z pediatrów nie skomentował nigdy badania osłuchowego i gdybym uparcie
nie pytała, nie dowiedziałabym się co tam wysłuchali jej w płucach i w serduchu.
Żaden nie zapoznał się z wynikami badań wpisanymi w książeczkę zdrowia. A
potem oczywiscie każdy negował diagnozy i zalecenia poprzedników, wypisywał
inne recepty, mnnie opier%^* za niewłasciwe postępowanie. Każdy miał też inne
zdanie dotyczace diety matki karmiącej.
Kurcze, co sprawia, że pediatrom, wybierającym przeciez świadomie
najmniejszych, najbardziej nieporadnych pacjentów, którym zawsze towarzysza
zaniepokojeni rodzice - nie starcza ułamka woli na życzliwość i troche ciepła
w stosunku do maluszków?
Tak dziś smutno skonstatowałam po wizycie kontrolnej u kolejnego zimnego
babsztyla.