i niby byliśmy na to przygotowani, pies chorował od bardzo dawna,
ale "ciągnęła" na lekach i czuła się dobrze..
A teraz skończyła się w trzy dni. Zdychała cały wczorajszy, a my się z mężem
nie zorientowaliśmy, że to już koniec, miała jechać do weterynarza, mieliśmy
termin prześwietlenia i nigdy sobie nie wybaczę, że nie zorientowałam się
wcześniej, nie wyciągnęłam męża z pracy i nie zawieźliśmy jej wcześniej.. Od
wczoraj płaczemy jak dzieci, każdy się obwinia, że czegoś nie dopatrzyliśmy..
Opiekowaliśmy się nią trochę jak dzieckiem, kiedy miała słabsze dni
sprzątaliśmy kupy i wymiociny, oczywiście codzienne pilnowanie leków,
zastrzyki, poranne rozmowy "a jaką miała dziś kupę"

ale też tyle radości,
współnych wyjazdów i szaleństw, była z nami na naszej podróży poślubnej, to
był taki wspaniały, mądry pies, jak to owczarek niemiecki, czujny, kochający,
zabawny... Dzielnie walczyła z chorobami (rak i jeszcze kilka pomniejszych) i
oprócz niższej niż u innych owczarków wagi nie wyglądała na chorego psa, była
żywa i wesoła jak szczeniak..
Siedzę teraz i mam wrażenie, że ciągle ją słyszę, jak chodzi po domu i
podbija piłeczkę

Ludzie, jak można tak pokochać jakieś zwierzę, żeby aż serce pękało?
Najgorsze jest to, że ostatni obraz z nią, jaki mam w pamięci, to kiedy mąż
ją podniósł, a ona bezwiednie oddała mocz - to już była agonia - miałam
ochotę walić głową w ścianę, że nie zawieźliśmy jej wcześniej do tego
cholernego weterynarza, że może dałoby się ją uratować.
Pochowaliśmy ją w pięknym miejscu w lesie, pod starym dębem, razem z jej
zabawkami.
Przepraszam, że tak chaotycznie i w sumie nie na to forum i może bez sensu,
ale strasznie cierpimy i brakuje nam naszej suni tak bardzo!