Postanowiłam tutaj napisać, bo już sama nie wiem, czy to ze mną jest coś nie
tak, czy z kimś innym...
Ale po kolei.
Tak się jakoś złożyło, że tymczasowo musieliśmy zamieszkać u rodziców mojego
męża. I tu zaczyna się problem- teściowa jest osobą, która wszystko robi
najlepiej- gotuje, sprząta, wychowuje dzieci/wnuki...Przykłady można mnożyć-
my na kazdym kroku mamy zaznaczane, ze robimy źle. Najgorsze jest to, że robi
to w obecności naszego dziecka...A jemu to bardzooo odpowiada: "zabawa w
dobrego i złego policjanta", tylko, ze my- rodzice jesteśmy zawsze po tej
złej stronie...Niestety.
Razem z mężem wychowywaliśmy dotąd nasze dziecko w sposób, który wydawał nam
się odpowiedni, nie twierdzę, że nie popełniamy błędów(każdy z nas ma
przecież do nich prawo, prawda?), ale wydaje nam sie, że synek nam rośnie na
szczęsliwego, radosnego człowieczka...Przynajmniej tak było do tej pory- w
tej chwili dziecko czuje atmosferę w domu(trudno jej nie zauważyć- ja już z
nerwów"zgubiłam 4 kg- najlepsza dieta

PP)Staram sie jak mogę być jak
najdłużej z synkiem poza domem, niestety wieczorami trzeba do "domu" wracać...
Z natury jestem osobą w miarę spokojną, wszystkie emocje gromadzę w sobie,
ale czasami nie daję już rady

((
Przykład z ostatniego dnia( w ciągu 1,5 godziny spędzonej w domu)
1.Dlaczego nie założyłaś mu rajstop- przecież jest za zimno!!!
2. Dlaczego on jeszcze nie śpi??? Przecież już ta godzina...!!!
3. Jak ty mu zrobiłaś kolację, przecież on wam tego nie zje!!!
4. Posmaruj mu więcej masłem- przecież tak się nie robi dziecku kolacji!!!
Tych przykładów jest cała masa...
A właśnie przed chwilą usłyszałam, że dziecku trzeba ustąpić, żeby tak nie
płakało- bo sąsiedzi zadzwonią po policję...Jak ty- matka mozesz wytrzymać
taki płacz swojego dziecka???
No więc jestem jeszcze wyrodną matką, świetnie.
Nie wiem, może to wszystko przedstawiłam chaotycznie, ale juz po prostu nie
daję rady...
Pocieszcie mnie(albo i nie...) Może nie mam racji i faktycznie robię wszystko
źle???- Uwage mam zwracaną nawet przy np. obieraniu ziemniaków, czy robieniu
kotletów...A przecież jak mieszkaliśmy sami(mąż, dziecko i ja)to jakoś z
głodu nie umarliśmy...Teraz to się zastanawiam nawet, że to chyba cud jakiś...
Pozdr. Was sredecznie i czekam na Wasze odpowiedzi