kasiakosiba14
11.07.07, 14:09
Cześć dziewczyny!Piszę bo muszę się komuś wyżalić.Ostatnio mąż wkurza mnie na
maxa.Ogolnie od zawsze miał taki sposób bycia,że lubi być złośliwy wobec
innych.Uważa,że śmiać można się ze wszystkiego,próbowałam mu uświadomić,że
się myli,ale on twierdzi,że ja tak uważam bo nie mam poczucia humoru.Fakt nie
jestem osobą z dużym poczuciem humoru,ale myślę,że nie jestem całkowicie go
pozbawiona.Wiecie tak sobie pomyślałam,że poczucie humoru nie polega chyba na
umiejętności bycia złośliwym,ale głównie na tym aby z dystansem potrafić
spojrzeć na siebie i umieć przyjąć krytykę wobec własnej osoby tudzież
postępku(oczywiście uzasadnioną).Mój mąż tego nie potrafi,na niemal każe moje
napomnienie w jakiejś konkretnej sytuacji odpowiada atakiem,tu chciałabym
dodać,że nie jest tak,iż cały czas go krytykuję i się czepiam.Podam konkretny
przykład:pytam się go dlaczego wiesza swoje brudne skarpety na klamce od
drzwi łazienki,a on na to-a ty?Nie muszę chyba dodawać,że nie rozrzucam
swoich skarpet,gdzie popadnie,to raczej domena facetów.Takie przykłady
mogłabym mnożyć.Czy widzicie sens w takim zachowaniu?Potrafi czepić się o coś
co wogóle nie jest moją winą.Wczoraj wieczorem pokłociliśmy się o to,że
potrzebne jest mi do pracy zaświadczenie o nie karalności,mój m. ma do mnie
pretensje,że nie dość,że będę tak mało zarabiać to jeszcze mam wydawać(a
właściwie on ma wydawać) pieniądze na zaświadczenia.Mówię do niego,że to nie
mój wymysł ,i że aby dostać tę pracę muszę to zaświadczenie mieć.On,że niby
rozumie,ale mamy niedługo wyjechać i będę mu gadała,że potrzebne są pieniądze
na bilety i ogólnie był wściekły.Wyszło to tak jak gdybym wyciągała od niego
kasę na jakieś pierdoły,a wyjazd byłby tylko moim pomysłem,owszem bardzo
chciałam gdzieś wyjechać,ale nie tylko ze względu na siebie głównie chodziło
mi o dzieciaki,mamy trójkę.Niestety nie mieliśmy kasy więc zgodziłam sie
wyjechać do teściowej(mieszka 250 km od nas i chwała jej za to).Tak wogóle to
nie za bardzo chce mi się tam jechać i proponowałam mężowi,aby pojechał sam z
dziećmi,ale mowy nie było bo przecież kto by im prał gotował itp.O tym praniu
i gotowaniu głośno nie powiedział,ale wiadomo było o co chodzi.Jesteśmy
małżeństwem od 16 lat,różnie bywało,ale ogólny bilans zawsze wychodził na
plus.Było parę takich rzeczy,które sprawiły mi wielką przykrość,ale byłam
wtedy na tyle tolerancyjna,że jakoś je przebolałam mimo,że łatwo nie było.Ale
od jakiegoś czasu nie mam dla mojego m. już tylu ciepłych uczć co
dawniej,praktycznie przestało mi zależeć na jakości naszego związku.Czasem
myślę o rozwodzie,że prościej by mi się żyło bez wiecznych złośliwości,on nie
robi awantur wogóle nie krzyczy,ale potrafi spokojnie tak dogadać,że czasem
wszystkiego się odechciewa.Trzeba mu jednak przyznać,że jest całkiem dobrym
ojcem,a wiem,że po rozwodzie wyprowadziłby się do matki 250 km od nas i jego
kontakty z dziećmi byłyby bardzo ograniczone.Wiecie ja już czasem sama nie
wiem co robić jeszcze jakieś dwa lata temu uważałam,że się razem
zestarzejemy, ale moje uczucia ulegly zmianie jestem już zmęczona tym
związkiem.Czasem chciałabym widzieć,ze jemu zalezy,że się stara,ale nie za
bardzo to widać.Związek trzeba pielęgnować inaczej zmarnieje,ja próbowałam
coś robić w tym kierunku,okazać uczucie np.robiłam zawsze jakąś niespodziankę
na jego urodziny,imieniny kupowałam jakiś fajny prezent.Mój mąż nie kupuje mi
niestety prezentów od wielu lat,na różne okazje dostaję po prostu
kasę.Chociaż o wiele bardziej wolałabym prezent,kwiatów też nie dostaję nawet
na okazję.Wiecie mam takie wrażenie,że jemu się nie chce, nie ma takich chęci
żeby zrobić choćby czasem jakiś miły gest.A przecież to jest ważne i
potrzebne w każdym związku.Nie da się tak ciągnąć związku jedynie siłą
rozpędu,gdzie jedyne atrakcje to złośliwości.Nie chcę oczywiście nikomu
wmawiać,że jestem bez winy,nie ma ludzi idealnych,ale raczej nie należę do
złośliwców, bardziej do choleryków.Nie wiem czy zrozumiecie coś bo jakaś taka
chaotyczna ta pisanina mi wyszła,ale mam nadzieję,że tak.Pozdrowionka.