megurka
14.04.08, 10:26
Muszę się wyżalić. Jestem w pracy, ale nie bardzo mogę się skupić,
bo cały czas myślę o sytuacji w domu. Tej nocy, po raz pierwszy od
ślubu, a za kilka miesięcy stuknie nam 5 lat, mąż spał osobno, na
sofie, a nie ze mną w sypialni. Po prostu wziął poduszkę i bez słowa
wyszedł do salonu. Dobija mnie to wszystko. Najgorsze jest to, że
przyczyną każdej sprzeczki między nami jest… nasz dwuletni synek. To
okropne, co piszę, ale jak go nie było to właściwie nie kłóciliśmy
się z mężem. Było bardzo spokojnie, po prostu super. A teraz szkoda
gadać. Synek jest kochany, ale jest teraz w takim wieku, że zaczyna
mieć własne zdanie, buntuje się jak od razu nie dostanie tego czego
chce, same wiecie jak to jest mieć dwulatka. Wymaga dużo łagodności,
opanowania, tłumaczenia co wolno, a czego nie, ale przede wszystkim
mnóstwo cierpliwości. Niestety widzę, że mąż ma jej coraz mniej.
Stał się dziwnie nerwowy – denerwuje się jak mały np. niechcący
strącił łokciem kubek z herbatą, jak nie chce jeść kaszki, którą
zrobił, coś ubrudził itp. Dla mnie to normalne, po prostu wytrę stół
po przewróconej herbacie, przebiorę czyste ubranka i tyle. Nie
denerwuję się tak strasznie. Męża wszystko wyprowadza z równowagi. A
już apogeum to zasypianie: oczywiście mały nie chce sam zasypiać
tylko chce żebym przy nim siedziała. Ja czasami trochę siedzę,
trochę wychodzę, potem znowu zaglądam. Różnie. Mąż natomiast
zabrania mi siedzenia przy łóżeczku, każe mi wyjść, ale jak on
zostaje z małym to ten płacze i krzyczy w niebogłosy „mama, mama”.
No po prostu nie mam sumienia tego wysłuchiwać. Jak byłam teraz dwa
dni w delegacji i byli sami z mężem, mały zasypiał sam, ale jak ja
wróciłam, to nie chce. I o to wczoraj się pokłóciliśmy – bo mąż
chciał mi pokazać jak to mały sam zasypia (tak jak wtedy gdy mnie
nie było), a on nie chciał, bo chciał mamę. Mąż kazał mi wyjść, sam
z nim został, ale synek cały czas płakał, chyba przez 20 minut. No
sorry, ale chyba żadna matka nie mogłaby tego słuchać. Więc poszłam
tam i poprosiłam męża żeby wyszedł, a ja uśpię małego, bo widzę, że
jego metoda nie jest skuteczna jak ja jestem w domu. Powiedział, że
nie wyjdzie. Prosiłam, a on, że „nie”. Nastąpiła krótka, ostra
wymiana zdań, mały płakał, ja też się już rozryczałam i już cała w
nerwach wyszłam i trzasnęłam drzwiami i powiedziałam, że się do
niego nie odzywam. Znowu tam siedział, coś mu tłumaczył, próbował
usypiać, ale bez skutku. Po jakimś czasie znowu weszłam, a mąż bez
słowa wyszedł. Jak synek mnie zobaczył, od razu się uspokoił i
szybko zasnął. Tyle tylko, że byłam przy jego łóżeczku. Potem jak
wyszłam, to kolejność już znacie – mąż wziął poduszkę i wyniósł się
na noc do salonu.
Wiecie co jest najgorsze? Że jak synka nie ma, jest na przykład u
babci, albo śpi ze dwie godziny to jest tak spokojnie. Pijemy sobie
kawkę, słuchamy muzyki itp. A jak mały wstanie to już zaczyna się
ten „kierat”, bo trzeba wysadzić na nocnik, przebrać, nakarmić, cały
czas coś robić koło niego. Dla mnie nie jest to jakimś ogromnym
wysiłkiem, ale widzę, że mężowi bardzo brakuje takich chwil relaksu,
odpoczynku, bez stresu. Zwłaszcza w weekend chciałby odpocząć po
całym tygodniu pracy, ale po prostu chwile weekendowego spania do 11
i leniuchowania się skończyły. Przy takim małym dziecku chwil
odpoczynku jest na prawdę niewiele. Myślę, że ta jego nerwowość
bierze się właśnie stąd, ale cóż, taki etap życia teraz mamy, przy
małym dziecku nie ma już tyle czasu dla siebie i tyle. Mam wrażenie
tylko, że mężowi bardzo trudno to zaakceptować…