kawka74
20.04.08, 17:29
Tak sobie dumam, a impulsem do tego dumania jest wielokrotnie poruszana
kwestia 'nie stać cię na dzieci, to ich nie róbcie' pojawiająca się w różnych
wątkach i pod różnymi postaciami.
Jeśli występuje w postaci czystej, wywołuje częstokroć oburzenie, obrzydzenie,
oskarżenia o materializm, niesmak i takie tam. Jeśli pojawia się w wątku
'chcemy mieć drugie, trzecie, piąte, dziesiąte dziecko, ale chyba nas nie
stać', pojawia się poklepywanie po plecach i optymistyczne zapewnienia, że
dzieci to skarb i będzie cudnie, i w ogóle filmy Disney'a to przy tym mięta z
bubrem.
A teraz druga strona medalu - w wielu ośrodkach adopcyjnych kandydatom na
rodziców stawiane są wymagania finansowe. Próg jest różny - 800 złotych na
osobę (łącznie z dzieckiem adoptowanym, po odjęciu wszystkich stałych opłat),
2000 zł (te same warunki), różnie. Godzą się z tym kandydaci, godzą się z tym
właściwie wszyscy. I nikogo nie dziwi, nie obrusza, nie zniesmacza, że musi
być ich stać na dziecko, jakkolwiek by to nie brzmiało. A przecież wydatki są
te same, żadnej różnicy nie ma, jeśli chodzi o poniesione koszty, bo też
trzeba ubrać, wyżywić, posłać do przedszkola, szkoły, kupić podręczniki, itd.
itp. W obu wariantach może też pojawić się dodatkowy wydatek np. na leczenie.
W przypadku dzieci biologicznych na finanse macha się ręką. W przypadku
rodziców adopcyjnych prześwietla się ich do czwartego pokolenia, co wywołuje u
większości ludzi aprobatę (przynajmniej wśród tych mi znanych).
Podkreślam - nie chodzi mi o to, że ośrodki stawiają wymagania. Chodzi mi o
to, że inaczej ludzie (przynajmniej ci, których znam) odnoszą się do kwestii
finansowych przy dziecku biologicznym, a inaczej przy dziecku adoptowanym. W
pierwszym wariancie pytanie o finanse wywołuje niesmak, w drugim - uważane
jest za przejaw troski i zdrowego rozsądku. Często u tych samych osób.
Taka ciekawostka przyrodnicza...