jogo2
17.06.08, 11:19
Co zrobić bo mam pewność, a dowodów żadnych.
Dozorca jest sąsiadem, więc do pracy ma blisko, jest głupi, a przy tym się
rządzi. Dziś się zdenerwowałam, bo gwizdnął mi dużego ładnego kwiatka (u nas
sobie trzymamy niektóre kwiatki na klatce schodowej), którego hodowałam od 8
lat i tak się cieszyłam, że tak ładnie rośnie. Mój synek go podlewał i też o
niego dbał. Dziś rano szłam z woreczkami do kontenera na plastik i makulaturę.
Spotkałam dozorcę, a on na to, żebym mu dała te woreczki to on je wrzuci do
śmieci. Ja na to, że chyba mogę sama decydować, gdzie wrzucam śmieci,
kontenery są podstawione właśnie po to. Wracam po odprowadzeniu syna z
przedszkola - patrzę kwiatka nie ma. Poprzednio, jak też z nim rozmawiałam o
kanapie do wyrzucenia, to udawał greka i mowił, że kanapy to we własnym
zakresie się wywozi na wysypisko śmieci. Ja byłam dla niego grzeczna. I zaraz
po tej rozmowie zginął mi taki bluszczyk w ładnej doniczce. Rozmawiałam z nim
teraz, mówię, że dziecku będzie żal, oczywiście on nic nie widział i
powiedział, że na pewno się nie znajdzie.
Co byście zrobili, jak porozmawiać z takim ...., już nie chcę mówić, jak by tu
puścić taką aluzję, która niby nic nie znaczy (bo dowodów nie mam żadnych) a w
sumie go zaboli.
Dodam, że się wyprowadzam stąd w tym roku, więc na koniec też mogłabym się
jakoś zrewanżować.
Pozdrawiam,