(Hehe, nie moge uwierzyc, ze sama zakladam watek o babci.

)
Babcia jest moja matka, generalnie bardzo w porzadku, nie wtraca
sie, nie pcha z radami, pomocna kiedy trzeba. Tak ogolnie - bardzo
sie stara, chociaz oczywiscie swoje "zle nawyki" ma. Ale do
przezycia, dogadujemy sie ok - nie jest super bo w przeszlosci
bywalo kiepsko, ale wlasnie od narodzin corki uklady bardzo nam sie
polepszyly.
Babcia jest zakochana w mojej corce (jak dotad jedyna wnuczka) -
dalaby sie za nia posiekac. Bardzo mi pomagala kiedy corka byla mala
(bede miec dlug wdziecznosci do konca zycia chyba) a i teraz caly
czas pomaga ile moze - pracuje na pelny etat, ale z wnuczka widuje
sie z reguly przynajmniej raz w tygodniu. Niemal od urodzenia corka
spedza u niej wiekszosc niedziel.
Corka do niedawna szalala za babcia, ale ostatnio cos sie mocno
popsulo. Jak sie zastanowie, trwa to juz ponad rok. Corka nie chce
do niej chodzic, nie chce z nia zostawac, kiedy babcia przychodzi do
nas corka nawet nie schodzi z kanapy tylko mamroli po dnosem "nie
lubie babci". Ostatnio blaga mnie "nie zostawiaj mnie samej z
babcia". Po namowach zostaje bez placzu, upewnia sie tylko ze bedzie
mogla do mnie zadzwonic - jak dotad nigdy nie zadzwonila, matka
twierdzi ze corka chciala, ale ona "odwrocila jej uwage".
Dzisiaj corka powiedziala, ze babcia jest dla niej "nie fair", co
mnie mocno zdumialo, bo jedyna sytuacja kiedy uslyszala to wyrazenie
(moge sie mylic co do "jedyna", ale jedyna sytuacja ktora ja
kojarze) byla kiedy inne dziecko ja bilo. Moja matka jest do roznych
rzeczy zdolna, ale raczej nie do bicia, wiec w sumie to dalej nic
nie wiem.
Dodam jeszcze, ze corka jest dzieckiem bardzo pogodnym, wesolym,
rozumnym i nader latwym w obsludze (nie wiem co to bunt dwulatka czy
trzylatka). Wychowujemy ja na spokojnie, bez krzykow i bicia, bez
szantazow emocjonalnych, bez klamstw, zlamanych obietnic,
przekupstwa i generalnie we wzajemnym szacunku. Corka nie chodzi do
przedszkola, ale dosyc czesto zajmuje sie nia ktos inny (ja pracuje
na pol etatu, w porywach na caly) - w sumie swobodnie zostaje beze
mnie w 5 "obcych" domach (z domem matki 6) - i nigdzie nie robi
scen, wrecz przeciwnie, uwielbia tych ludzi.
No i nie bardzo wiem co robic. Corka nie jest mi w stanie
wytlumaczyc co babcia robi nie tak - z wlasnego doswiadczenia
podejrzewam, ze moze to byc jakis szantazyk emocjonalny, klamstewko,
niedotrzymana obietnica, podmuszenie do zjedzenia "calego talerza
zupki", do ubrania sie tak a nie inaczej (czyli przegrzania corki)
czy cos w tym rodzaju. Generalnie - rzeczy niby do przezycia,
chociaz ja staram sie bardzo tych rzeczy nie robic i wychowywac
corke bez uciekania sie do takich chwytow.
Gdybym powiedzila o tym matce - jestem na 100% pewna ze obrazilaby
sie do konca zycia. Matka nie zdaje sobie sprawy ze tego co robi -
jakby sobie zdawala to by tego nie robila.
Jesli sprawe zostawie - boje sie ze corka w konca deba stanie (bo
jest coraz gorzej) i to (1) popsuje bardzo uklady z matka, a (2) no,
nie na reke mi.
Acha, jestem niemal pewna, ze matka podejrzewa, ze ja nastawiam
corke negatywnie, co nie jest prawda - ja sobie do matki moge miec
jakiestam zadawnione wyrzuty, ale baaardzo baaaardzo mi zalezy na
tym zeby corka i ona mialy dobry uklad.
Macie jakies pomysly? Olac? Czekac az corka bedzie umiala wylowic
sytuacje? (Mysle ze trzylatce moze byc ciezko jesli jest to np.
wlasnie jakis szantazyk.) Teraz mi do glowy przyszlo zeby corka
bardziej asertywnie jej mowila "nie lubie tak" czy cos w tym
rodzaju. Corka werbalna bardzo...