limes1
06.10.08, 22:36
... a było to tak: dzisiaj poszłyśmy z małą odrobić angielski, bo planujemy,
że nas nie będzie (wakacje!!!) Ledwo weszłyśmy do szkółki, mała (4 lata)
zakaszlała. Jest po infekcji, końcówka kataru i pokasływania, lekarz
powiedział, że nic takiego, nie sieje, nie zaraża, zezwolił do przedszkola
chodzić, więc uczęszczamy - już 3 tydzień po infekcji. Katar spowodowany
przesuszeniem śluzówek (wiadomo - okres grzewczy). W domu z kolei - chłodno.
No więc wchodzimy, a jakiś pożal się Boże tatuś: "O, zaraża". Ja na to, że
nie, byłyśmy u lekarza, lekarz powiedział, że to niezakaźne. Tatuńcio: "Ja
się na tym znam i wiem". Facet z gatunku tych, co to mają rację. Już
wiedziałam, że nie ma co z nim dyskutować, bo to tak, jakby z głupim gadać o
koronkach, gdy on twierdzi, że to dziury. Rozebrałyśmy się, zaliczyłyśmy
łazienkę. Wchodzimy do sali, dzieci już siedzą. Mała bierze poduchę i mości
się, gdzie jej nauczycielka pokazała. Na to córunia tatunia: "Ja nie chcę
siedzieć koło tej zarażonej!" Mała zbaraniała, mnie zamurowało. Powiedziałam
wszem i wobec, że nie obchodzą mnie inne dzieci, tylko moje własne. Gdyby mała
była na cokolwiek chora, nie wyszłabym z nią z domu. Tatuńcio:" Ale zaraża".
Facet, co ma w oczach mix rentgena i mikroskopu. Powiedziałam, że wobec tego
wychodzę. Powiedziałam małej, żeby odłożyła poduszkę na miejsce. Ciągle się
dopytywała: "A dlaczego? Co się stało?" Właściciel szkoły, który był obecny
przy zajściu, przeprosił mnie i powiedział, że on nie ma na to wpływu. Nie mam
do niego pretensji, tylko do tego..... Nie będę się na forum wyrażać.
Najbardziej jest mi przykro ze względu na małą, która pytała, dlaczego tamta
dziewczynka jej nie chciała i mówiła, że jest zarażona... A tak się cieszyła
na ten angielski. Smutno mi czy coś...