Po pierwsze, przyjmijcie marnotrawną córę na łono matczyne....
Miałam nie włazić, albo nicka sobie zmienić, ale stwierdziłam, że najwyższa
pora sygnaturkę w życie wprowadzić - i oto jestem
Po drugie, jak już wracam, to z hukiem - i to dosłownie. Jak w tytule.
Rozwaliłam mikrofalówkę... Zachciało mi się podgrzać jedynego ocalałego z
wczorajszego obiadu schabowego. Schabowy leżał w misce, metalowej. Lenia
dostałam i nie chciało mi się przełożyć na talerzyk, zresztą, brudzić
talerzyka też nie chciałam. Włożyłam miskę z kotletem, nastawiłam 20 sekund,
wcisnęłam guzik.... Błysnęło, huknęło. Wyłączyłam w sekundzie, z sieci też.
Okazało się, że miska dotknęła jednej ze ścianek kuchenki. No i zapachniało
spalenizną... Chyba mi kuchenka zdechła. Ehhh, tępa idiotka. Nawet do garów
się nie nadaję...
I tym optymistycznym akcentem - już się cieszę na Wasze potępienie
I duuuuużo byłoby do opowiadania, ale spróbuję etapami, bo mnie wszędzie pełno
będzie