annasi23
26.11.08, 10:56
Muszę się podzielić z Wami tym, co mi się dzisiaj przydarzyło.
Byłam dziś z dziećmi w przychodni. Starsza - 2,5 roku, młodsza - 7 miesięcy, w
nosidle, nie miałam jej z kim zostawić, więc musiałam targać ze sobą.
Pojechałam samochodem, zaparkowałam ładnych 30m od przychodni. No i cała
uchetana, wiecie jak to jest - w jednej ręce nosidło, w drugiej - rączka
starszej, w kieszeni kluczyki od samochodu, dziecko chce iść w drugą stronę
itd. Szczęśliwie dotarłam na miejsce i odbyłam wizytę, po czym młodsza zaczęła
się wściekać, że jej niewygodnie, chce jeść i spać i nie wiadomo co jeszcze.
Starsza w skowronkach, wszędzie jej pełno, ciągle pyta "po co", "dlaczego",
"jaki kolor" itd. Znacie to.
Przychodzi, a właściwie przyjeżdża facet na wózku inwalidzkim i się rozgląda.
Trochę się dziwię, bo to przychodnia dla dzieci, a on bez dziecka. I pyta:
"przepraszam, czy ktoś z państwa jest właścicielem (i tu opis samochodu)".
Wychodzi, że mój, więc się zgłaszam. A on mówi, że zostawiłam drzwi otwarte.
Myślę, co zrobić, dzieci nie ubrane, jedno przy cycu, przecież ich nie
zostawię, a zanim poubieram, to trochę minie. No i pan mówi, że podjedzie tam
i zamknie te drzwi. Aż mi się głupio zrobiło, bo wiadomo, że dla niego, na
wózku, to większy problem, niż dla chodzącej osoby.
Aha, to wszystko było na piętrze przychodni, w jednym w dwóch skrzydeł, więc
on musiał chyba być jeszcze niżej i pytać innych, czy to nie ich samochód.
Facet zadał sobie trud, żeby zrobić dobry uczynek. Niby nic takiego, ale czy
wielu ludzi zrobiłoby coś takiego? Ja muszę przyznać z ręką na sercu, że nie
wiem, a nawet wątpię.
Potem jeszcze wrócił i powiedział mi, że wszystko w porządku, samochód do nie
go "zamrugał".
Mam nadzieję, że miał coś do załatwienia w przychodni i nie latał tam i z
powrotem tylko dla mnie.
Po tym wszystkim postanowiłam być bardziej otwarta na innych ludzi.