agab51
06.11.03, 20:48
krótkie zdania, służbowe, choć w tonie uprzejmym, zero rozmów, zero
jakiejkolwiek czułości- w słowie czy też w geście.oto jak od jakiegoś czasu
wyglądają stosunki w moim małżeństwie.
sam z siebie robi mi kolację, przynosi, bez słowa stawia talerz przede mną i
wychodzi z pokoju.-dziękuję. odpowiada mi cisza
- proszę idź z małą na dwór
-(cisza)
-słyszysz? proszę weż asię na podwórko
-(cisza)
-słyszesz?
-słyszę!!!(w tonie poirytowanie, jakby zezłościło go to, że musi odpowiedzieć
mi, a ja wciąż nie wiem, czy z nią wyjdzie na spacer,a ewentualnie kiedy-
teraz czy później, czy też ma to w dupie, albo nie chce mu się i nie pójdzie
nigdzie.
wracając od kosmetyczki (miałam być świadkiem i chciałam chociaż by dłonie
przy podpisywaniu wyglądały elegancko) kupiłam mu na wesele nową koszulę,
żeby też wyglądał fajnie. przywitał mnie awanturą, że nie mam na co pieniędzy
wydawać.a koszula naprawdę parę groszy kosztowała.żadna super. po prostu
chciałam mu zrobić przyjemność.
o rocznicy naszego ślubu nawet nie chcę wspominać, to było bardzo przykre dla
mnie przeżycie, choć naprawdę postarałam się.
nie uszanował też tradycji, mojego światopoglądu (ja wierzę, on- nie), ani
tego, że mi ciężko ruszyć się (37 tydzień ciąży, która do tej pory zagrożona
była przedwczesnym porodem). na cmentarz, na grób mojego ojca 1.11 poszłam z
córką sama (1,5 roczna łobuziara). siedział w warsztacie.zmęczona jak... sama
nie wiem co, przyjechałam do domu i jak zaległam na łóżku, to dopiero
następnego dnia rano wstałam.
w ogóle dużo pracuje, całe dnie, do wieczora siedzi w warsztacie. czyżby
uciekał z domu ? no, chyba,że zarządzę, że koniecznie musi to i to, wówczas
zciąga do domu wcześniej.
chyba to wszystko zaczęlo się w sierpniu, gdy przyjechała do nas mojego męża
mama. miałam do niej żal, że gdy prosiliśmy o pomoc i bardzo nam na jej
pobycie u nas zależało, to nie przyjechała,nie pomogła. za to przyjechała
(zwaliła się) do nas później, gdy już nie była potrzebna.i tak strasznie
chciała być pomocna, że aż wyszła z tego niezła awanturka.moja w tym wina, bo
trzeba mi było machnąć na wszystko ręką, pozwolić jej- a niech gotuje,
sprząta, przestawia gary, niech ma wrażenie, że jest niezbędna i bez niej
umarlibyśmy. ale z drugiej strony,to gówno prawda, bo wtedy gdy była tak nam
potrzebna, to jakoś sobie poradziliśmy. a poza tym czemu miałabym pozwolić
jej na rządzenie w moim, naszym domu?! i tak jak do tej wizyty wszystko
między mną i teściową było ok, byłam dumna z tego, że mam z nią taki świetny
kontakt, to po tej awanturze stosunki z nią uległy pogorszeniu, a i przy
okazji z moim mężem. on zupełnie stał z boku (dosłownie) i tylko obserwował,
nie zajął żadnego stanowiska.i to nie tak, że padały wyzwiska.
starałam się potem załagodzić wszystko, przeprosiłam,i z teściową w tej
chwili jest +- poprawnie, ale że mieszka daleko (250km), widujemy się żadko,
właściwie tylko telefon, więc mi to szczególnie nie przeszkadza. natomiast
przeszkadza mi to, że nie potrafię dotrzeć do mojego męża.
minęło już tyle czasu od wakacji,starałam się by było fajnie, i mieliśmy
lepsze też momenty, ale coraz częściej milczymy będąc z sobą.(dodam,że on
jest raczej mało mówny, a ja gaduła i do tej pory byliśmy bardzo zgraną
parą.) ale mnie się już nie chce, nie mam siły wciąż starać się i starać się,
zagadywać i zagadywać, bo wciąż jestem zbywana. setki razy prosiłam o
odrobinę czułości,i nie chodzi o seks, żeby tylko przytulił, pogłaskał,
czule zagadał, bo ja tego potrzebuję. mi to do życia jest niezbędne. a on
mechanicznie obejmie i już. i tyle.ale też w tych lepszych momentach. nigdy
sam z siebie nie dotknął brzucha. nie pogłaskał kopiącego dzieciaczka.
my nie gadamy z sobą, nie mamy o czym. gdy próbuję nawiązać rozmowę, to
jestem zbywana w pół zdania. jednym słowem. albo ciszą.
wydawało mi się, że to może przez ciążę. że to może faktycznie ja-nastroje,
humory. chciałam nawet urodzić wcześniej, żeby tylko wszystko między nami
wróciło do normy. ale teraz, gdy te nasze kryzysy trwają coraz dłużej, są
właściwie coraz częściej i nieustająco trwają, to zaczynam powątpiewać, czy
ciąża ma coś z tym wspólnego. chociaż z drugiej strony to rzeczywiście coraz
częściej chodzę bez celu po domu, myślę o tym wszystkim i popłakuję.
a jak on nie kocha tego malucha? a jak mnie nie kocha i nasze małżeństwo ma
się już ku końcowi? ja już nie mam siły walczyć o niego, nie mam siły wciąż
zagadywać, starać się.
ale żeby wszystkiego było mało, to jutro przyjeżdża teściowa ( po raz
pierwszy od sierpnia i to na 1,5 tygodnia!) i zupełnie nie wiem jak sobie
poradzę z tą wizytą.
boże, żebym tylko teraz nie urodziła. nie podczas jej wizyty.
chcę sama przejść przez poród a przede wszystkim przez chaos poporodowy,bez
jej obecności odnależć się w nowej roli-podwójnej mamy. wizyta teściowej to
tylko problem. ona nie pomoże mi.robi wokół siebie tyle zamieszania, i ta jej
chęć bycia niezastąpionym, niezbędnym, ona chce być taka pomocna. aż do
zwymiotowania.
dziękuję, że mogłam to wszystko wam opowiedzieć. chyba troszkę mi pomogło
samo to, że mogłam się nad sobą poużalać.