0rmo
20.01.09, 14:35
Jeśli mamy Kowalska i Wiśniewska siedzą w domach i niańczą swoje
dzieci, to to jest bezrobocie. Natomiast jeśli Kowalska za pieniądze
opiekuje się dziećmi Wiśniewskiej i vice versa, to bezrobocia nie
ma. Pragnę zauważyć, że łączna praca wykonana przez te kobiety jest
taka sama, a łączny pożytek większy w pierwszym przypadku, bo dzieci
siedzą z matką, a nie z obcą osobą, bo nie trzeba tracić czasu na
transport do dzieci tej drugiej. To korzyści "obiektywne" -
osiągnięcie ich nie odbywa się niczyim kosztem.
Tyle, że dla rasowego socjalisty praca to nie jest każde działanie
pożyteczne, tylko takie działanie (niekoniecznie pożyteczne), od
którego da się ściągnąć podatek dochodowy. Dlatego nazywa się matki
niańczące własne dzieci "bezrobotnymi" (i nadaje słowu negatywną
konotację), a te niańczące za pieniądze cudze dzieci "kobietami
pracującymi", choć jedne i drugie wykonują tę samą pracę - zresztą
bardzo ciężką i bodaj jedną z najbardziej pożytecznych, a wręcz
nieodzowną do przetrwania społeczeństwa. Tyle, że tych niańczących
własne dzieci nie da się opodatkować (choć pojawiają się już
gdzieniegdzie głosy - ostatnio słyszałem o szwedzkich - żeby takie
kobiety obligarotyjnie były zatrudniane na umowę o pracę przez
własnych mężów!).