Dodaj do ulubionych

Historia jakich wiele... :(

05.03.09, 14:45
Rozpoczęło się chorobliwą miłością, uniemożliwiającą funkcjonowanie
w życiu codziennym. Oboje mieliśmy stałe związki, z których
zrezygnowaliśmy, bo nie umieliśmy inaczej. Chodziliśmy do
psychologów i wróżek, aby pomogli nam w rozstaniu - nie dało rady,
żaden głos rozsądku nie był w stanie do nas przemówić.
Zamieszkaliśmy razem, ja - kobieta po przejściach z nastoletnią
córką i on - 4 lata młodszy trzydziestolatek, który wyprowadził się
do mnie od mamy.
Ja - realistka, sparzona zdradami, podejrzliwa i zawłaszczająca. On -
wieczny chłopiec, potrzebujący poczucia wolności, nieskrępowania i
z wyrzutami sumienia z powodu opuszczenia matki, która go mniej lub
bardziej samotnie wychowała...
Po roku była ciąża. W ciągu owego roku były wzloty i upadki, była
namiętność, nie tylko w seksie, były też ukrywane telefony od byłych
i nowych koleżanek... Zaufanie zostało wyraźnie nadwyrężone, ale
perspektywa dziecka wszystko to unieważniła i nastać miała era
wielkiego szczęścia.

Dziś dziecko jest cudne, ma prawie 4 lata. My już nie jesteśmy dla
siebie cudni wcale. Poróżniło nas bardzo bardzo wiele. Jego lecenie
do mieszkającej 100 km od nas mamy na każde jej skinienie (a kiwała
często, oj często), moja zaborczość i brak zaufania, inne spojrzenie
na świat i pewnie wiele innych małych rzeczy. Próbowaliśmy
rozmawiać, ale dziecko zaabsorbowało nas tak bardzo, że rozmowy były
krótkie i nic z nich nie wynikało.

Teraz w NIM jest poczucie setek odbytych rozmów, które niczego nie
zmieniły, a ja wiem, że nigdy nie usiedliśmy i nie wyjaśniliśmy
sobie czego chcemy od siebie nawzajem, od życia, przez większość
czasu byliśmy na siebie obrażeni i rozmowy polegały na szybkim
wyrzuceniu z siebie żalu, rozgoryczenia i ... trzeba było już pójść
spać, bo następnego dnia praca, albo dziecko właśnie się obudziło
itp.

Od mniej więcej pół roku jest już bardzo źle. Mijamy się, żyjemy
niby razem, ale osobno. On przy komputerze, ja przy telewizorze.
Jeśli sex, to często w środku nocy, po pierwszym odespaniu
zmęczenia, szybki, higieniczny, bez czułości. Doszliśmy do ściany.
Inicjuję (inicjatywa niestety zawsze należała do mnie) jakieś próby
nawiązania rozmowy, ale - choć nawet parę rozmów się odbyło - widzę,
że nie tylko nie przynoszą zmiany, ale pokazują mi coraz czarniejszą
wizję tego, co mamy i co stać się z tym może.

A konkretnie: ja go kocham, ale on (choć nie chce powiedzieć tego
wprost) już chyba nie. Ja chcę walczyć, on powoli z chęci podjęcia
walki się wycofuje. Nie wierzy, że cokolwiek może się zmienić.
Nie chcę tak po prostu poddać się i rozpieprzyć rodziny. Ja wiem i
wierzę, że możemy się dogadać, bo wiele nas łączy.
W tym roku minie 6 naszych wspólnych lat. Wiem, gdzie popełniłam
błędy. Wiele rzeczy już w tym czasie przerobiłam, zaakceptowałam
kwestie, które przed poznaniem mojego M wydawałby mi się totalnie
nieakceptowalne. Krótko mówiąc, dojrzałam. On się ode mnie odwrócił.

Z jednej strony - czasem jest wesoło, czasem beznadziejnie. W dzień
zero czułości - w nocy, zasypiamy wtuleni w siebie, czasem nawet sex
daje mi satysfakcję, choć nie czuję zaangażowania w dbałość o moje
odczucia, niestety...
Kiedy nie rozmawiamy o naszej beznadziejnie beznamiętnej relacji,
życie toczy się dalej. Kiedy już zmuszę go do rozmowy, za każdym
razem coraz mniej chce z siebie dać. Mówi, że teraz chciałby żyć
zgodnie ze sobą, ale już na pytanie "czyli jak?" nie umie
odpowiedzieć. Twierdzi nawet, że zaczyna się zastanawiać, czy
rozstanie to nie lepsze zło...

Nie pomaga z pewnością fakt, że jest też i druga kobieta,
ponoć "koleżanka" w takiej samej kiepskiej sytuacji z mężem, z
którą "rozmawiają" i która "nie jest i nie ma być lekiem i lokatą
uczuć na przyszłość". Ale smsy od niej są natychmiast z komórki
kasowane, połączenia telefoniczne też - wczoraj w nocy świecił się
jego tel, więc zajrzałam i... każde wyjście z domu to serie 2-3
połączeń po parę razy dziennie. Coś jest na rzeczy i widzę już skąd
ten coraz mniej pzychylny do NAS stosunek.

A może po prostu ma laskę na boku i wkręca mi typowy kit, którego ja
nie chcę tak właśnie postrzegać, bo wciąż go kocham, jego i naszą
rodzinę?...

Nie wiem co robić... Płaczę, wściekam się, odtrącam go, przyciągam.
Kręcę się w kółko. Wczoraj po paru piwach i dłuuugiej rozmowie
zakończonej wielkimi łzami i fantastycznym seksem byłam bogatsza o
wiedzę, że jedyna wartośc dla niego to córka. Nie wiem czy mam brać
poprawke na pwio, czy raczej dziekować alkoholowi za stworzenie
warunków do lepszej ekspresji?............

Może po przeczytaniu ktoś z Was napisze co myśli o tym osoba z boku,
może jakiś facet spróbuje mi pomóc do niego dotrzeć... Terapie nie
wchodzą w grę, jeśli obie strony nie wierzą w ich skuteczność...

Tak bardzo mi źle...
Obserwuj wątek
    • chloe30 Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 14:56
      Osoba z boku zastanawia się, jak osoba po 30tce z nastoletnią córką
      mogła po roku, który nie był pasmem szczęścia zdecydować się na
      dziecko.
      Aha, w bajki o wpadce wierzyłam jak byłam mała.
      • skarbus71 Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 15:19
        chloe30 napisała:

        > Osoba z boku zastanawia się, jak osoba po 30tce z nastoletnią
        córką
        > mogła po roku, który nie był pasmem szczęścia zdecydować się na
        > dziecko.
        > Aha, w bajki o wpadce wierzyłam jak byłam mała.

        Nie prosiłam o ocenę motywów wejścia w związek, zwłaszcza, że nawet
        je troche wyjaśniłam, ale o pomoc w konkretnej aktualnej sprawie.
        Niemniej dziekuje za konsktuktywny komentarz, takich mi akurat teraz
        potrzeba... uncertain
        • chloe30 Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 15:23
          Ale ty teraz ponosisz konsekwencje tego co na początku!!!
          Uwikłałaś się z kims kto nie rokował dobrze i teraz płacz.
          A gdybyś nie miała dziecka łatwiej byłoby gościa kopnąć w d..e, bo
          ja jak słysze o koleżankach w "ciężkiej sytuacji" to jedynie to mogę
          doradzić.
          • ma_dre Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 22:16
            kopnac w d...e to jedyna rada na jaka jestes w stanie sie zdobyc? no
            rzeczywiscie, szczyt dojrzalosci.
            • kawka74 Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 22:25
              Jeszcze pozostaje pytanie, czy warto męczyć się z kimś, kto już prawdopodobnie
              nie kocha, za to zaczyna się interesować innymi paniami w potrzebie.
              Czasem lepiej sobie odpuścić zamiast wcinać odgrzewane kotlety.
    • pati9.78 Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 17:21
      Uważnie przeczytałąm Twój post i mogę Ci powiedzieć, że ja bym
      walczyła jeszcze nie wszystko stracone, może przechodzicie dłuższy
      kryzys.Ja myśle, że mąż Cię jednak kocha, a ta koleżanka to tylko
      tak, żeby komuś sie wyżalić. On też pewnie przez te lata dojrzał,
      może obecnie inne rzeczy są dla niego ważne. Przeczekaj jeszcze
      trochę i spróbuj z nim rozmawiać, częściej inicjować seks, przytulać
      itd. Piszesz, ze Go kochasz, wiec nie powinno być to trudne. Może
      powinniście gdzieś wyjechać bez dziecka, pobyć tylko we dwoje.
      • crises Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 11:33
        "Kryzys" to jest jak ludzie mają problem, ale generalnie obojgu
        zależy i chcą walczyć, a nie jak jedna strona zajmuje się głównie
        kasowaniem SMS-ów od "koleżanki". Wtedy to jest "posprzątane".
    • gacusia1 Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 17:48
      Czego oczekujesz? DOskonale wiesz,ze ten zwiazek ni ema szans na
      przetrwanie jako zwiazek szczesliwy i udany. Na co czekasz? Masz
      dwoje dzieci i zjechane zycie. Po co w tym trwasz? Masz szanse na
      normalne zycie i niekoniecznie u boku kolejnego popapranca. Bycie
      samotna matka ma mnostwo plusow.
    • kicia031 Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 18:15
      Jak wyglada - no zle wyglada.

      Ale nam np udalo sie jakos tam pokonac wielki kryzys, choc czasami
      jeszcze wracaja zle dni.
      Wiesz co mi pomoglo - ze bylam goowa z pelna swiadomoscia
      powiedziec: pakuj walizki i nawet mu w tym pomoc, gdyby odpowiedz na
      pare moich pytan nie byla satysfakcjonujaca. Przy czym "nie wiem"
      oznacza dla mnie niesatysfakcjonujaca odpowiedz.

      A co pomaga w takich sytuacjach, to by kobieta zadbala o siebie,
      swoj wyglad, swoja umyslowosc i duchowosc. zeby byla atrakcyjna
      partnerka.
      • ruda_kasia Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 18:57
        Ciężko, ale... w obecnej sytuacji nie ryzykowałabym opieki w pierwszym dniu
        pracy (rozumiem, że Ty nie pracujesz). Argument, ze nigdy nikogo nie zwolnili z
        tego powodu wydaje mi się co najmniej... dziwny. Termin znaliście, można było
        pewne kwestie ustalić na podstawie umowy przedwstępnej. Chyba że mówimy o pracy
        w cudzysłowie "na linii" produkcyjnej, gdzie nikt z nikim takich rzeczy nie
        ustala? Jeśłi nie, uważam, że rozsądne jest wynająć kogoś, jeśli nie czujesz się
        na siłach. I tyle.
        Sama mam koleżankę, która mnie "przeraziła", gdy w 3 tyfgodnie po cesarce
        podniosła ciężki wózek spacerowy z dzieckiem, mnie zabolał jedyny szew, który
        miałam....
        Nie dramatyzuj, daj odpłynąć hormonom.
        Szczerze mówiąc mam wrażenie, że chętnie wolne na "poród żony" biora faceci,
        którzy pracy nie lubią... to taki OT.
        nie miałam cesarki, ale zdarzało mi się wyż do ściany w pierwszych 2 miesiącach
        życia mojego "kolkowego" dziecka. ALe chłop miał pracę i budowę na głowie.
        Kochamy się do dziś, wiele gorszych rzeczy było między nami, a niedługo minie 9
        la od tego horroru. Pamętam, nie boli.
        Koleżanki.... bądź gotowa go spakować. I zażądaj wspólnego mieszkania.
    • deela Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 19:06
      oj dzieci dzieci
      dorosnac wam trzeba a nie p..lic sie i dzieci robic
      serio ja nie kumam takich gowniarskich zwiazkow
      • anetuchap Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 20:40
        Ojojoj Deela Deela jaka Ty mądra jesteś!
        • deela Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 20:56
          dziekuje
          to wrodzone
    • mathiola Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 21:50
      a ja powiem: walcz.
      My też przechodziliśmy chwile, o których wolę zapomnieć. Zawalczyliśmy oboje -
      kiedy właśnie doszliśmy do ściany - i udało się (póki co).
    • kawka74 Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 21:54
      hm
      chyba musisz się powoli szykować na trzeci związek
      • tosina Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 08:09
        kawka74 napisała:

        > hm
        > chyba musisz się powoli szykować na trzeci związek

        I koniecznie 3 dziecko. TAk by zachowac prawidlowosc.
    • ma_dre Re: Historia jakich wiele... :( 05.03.09, 22:26
      a czy nie jest tak ze to ty mowisz a on slucha? bombardujesz go pytaniami a on
      stara sie cos tam z siebie wykrzesac w formie odpowiedzi? czy wasze rozmowy maja
      sens? czy nie skuteczniej bedzie abys po prostu wyciszyla sie na jakis czas i
      sama pomyslala nad tym czego on tak na prawde chce? czego ty chcesz od niego?
      Jest wielu wartosciowych facetow, majacych problemy z ekspresja... Jest wielu
      wartosciowych ludzi, ktorzy nie lubia wiecznych pytan i wola milczace
      porozumienie, niz wieczne rozmowy o tym samym... czy on jest wartosciowym
      czlowiekiem?
      • dzoaann Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 00:16
        odpuść na troche, nie męcz go rozmowami o tym jhak jest zle. Zajmij
        sie soba, stań sie atrakcyjna partnerka na nowo, zrób cos o czym
        kiedyś marzyłas tylko dla siebie. niech zobaczy ,że nie jest pepkiem
        twego świata. I albo sie opamieta i zaczniecie rozmawaiać tak
        naprawdę i budować cos razem, albo pójdzie w sina dal. ale siłą i
        tak go nie utrzymasz.
        Piszę z doświadczenia, małżeństwo uratowane, ale faktycznie
        po "dojściu do ściany".
        • czar_bajry Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 00:25
          podpisuję się pod postem powyżejsmile
          a ponadto daj sobie więcej luzu, na siłę i tak nic nie wskórasztongue_out
          a jeżeli liczyłaś na to iż emamy pogłaszczą Cię po główce i zjadą tego
          niewdzięcznego parszywca to się rozczarujesz, jesteś dojrzałą kobietą i powinnaś
          wiedzieć iż dziecko to nie klej i nie sklei związku który już przed jego
          pojawieniem się nie należał do najbardziej udanychsmile
          • anetuchap Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 00:52
            Teraz mamy z małżem kryzyssad
            Nie taki jak Twój,bo małż ciągle powtarza,że mnie kocha.
            Podczas kłótni padają bardzo przykre słowa (on jest w tym lepszysad
            które są spowodowane złością,albo brakiem argumentów.
            Coś łączy "nasze kryzysy" - nie słuchanie siebie nawzajem.
            I na tym polu również zwycięża mąż.
            Nie wiem,czy tak mają po prostu faceci,czy tylko mój,że nie powie:
            "przykro mi,jestem zły,smutny itp,że zrobiłaś tak,zachowałaś się,
            powiedziałaś itd. Nie,jest walenie z grubej rury i te słowa,które
            sprawiają,że mam ochotę wydłubać mu oczy(gdyby miał,to wyrwałabym mu
            włosysmileczyli: ZAWSZE NIGDY CIĄGLE. Ostatnio prawie nie używa tych
            słów(coś tam mu wklepałam przez 8 lat),ale nadal ma tendencje do
            wyolbrzymiania,że tak powiem,moich przewinień.
            Zrobiłabym bardzo dużo,aby ratować moją rodzinę,ale gdybym usłyszała
            "nie wiem,czy nadal cię kocham",to już po ptakach. Bo to znaczy,
            że nie kocha,ale nie potrafi,nie chce powiedzieć wprost.
            Uważam,że w momencie,gdy któreś z partnerów przestaje kochać,
            to nie ma już czego ratować. Ale to tylko moje zdanie.








    • dominika8 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 06:10
      ja bym powiedziała walcz, ale postaw sobie granice czasowe. to
      ulatwia ocenę sytuacji. W każdym związku są kryzysy, ale jak kryzys
      w pięcioletnim związku trwa prawie 4 lata, to trzeba się zastanowić
      i nie ciągnąć na siłę. Czy Ty go naprawdę kochasz, czy może masz
      gdzieś z tyłu głowy lęk przed samotnością, kolejną zmianą w życiu
      itd. To ważne pytania. Jest wiele par, które kurczowo się trzymają
      ze sobą, bo się tego obawiają. A potem pojawia się ktoś trzeci, do
      którego jedno odchodzi.... Musicie zacząć rozmawiać otwarcie ( nie
      tylko po alkoholu), bo jak czytam, to macie z tym problem. Nie
      podejmuj pochopnych decyzji, ale spróbuj się zdystansować i ocenić
      chłodno sytuację. Czy on też chce tak walczyć o tą miłość, czy
      jesteś w tym sama, a on siedzi bo mu wygodnie? Na pewno bym na tą
      kolezankę zareagowała. Uważam, że ludzie w zwiazkach powinni się nie
      tylko kochać, a też przyjaźnic. Nawet jeżeli nie jest to jakiś skok
      w bok, to powinien głównie z Tobą rozmawiać o waszych problemach,
      szukając rozwiązań, a nie żalić się na boki. Pytanie też, czy taka
      koleżanka ma czyste intencje, nie wiesz co mu radzi. Może mu sączy
      do ucha jakieś baju-baju, jaki to on wspaniały, a Ty nie....
    • tosina Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 08:22
      Wiesz wydaje mi sie ze wina i problem tkwi w Tobie. Bo ja rozumiem
      jeden zwiazek sie nie uda , czlowiek nie ma doswiadzcenia itd. Ale
      schrzanic dwa?Malo tego miec dwojke dzieci ktore sa pozbawione
      normalnej rodziny?Sory ale nie wierze w takie zbiegi okolicznosci
      przypadki.Piszesz ze dojrzalas. A mi z boku wydaje sie ze
      akcetowalas i lamalas granice tylko po to by byl.

      Moja rada.Poszłas z jednego nie udanego zwiasku w drugi.Przed
      trzecim proponuje dluga terapie u psychologa/psychiatry. No i zadbaj
      o antykoncepcje.
    • skarbus71 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 10:06
      Dziękuje wszystkim za opinie. Nie oczekiwałam głaskania po główce,
      jest wiele prawdy w waszych odpowiedziach (mam na myśli te
      konstruktywne).

      W życiu niestety nic nie jest albo czarne albo białe, a i nawet tak
      długi jak mój post nie jest w stanie pomieścić wszystkiego, co na
      dana sytuację się złożyło.

      Zazdroszczę niektórym takiej łatwości w ferowaniu wyroków - ty
      schrzaniłaś jeden i drugi związek, ty sobie nawarzyłaś piwa to je
      pjj. Czy naprawdę sądzicie, że ktoś kto w desperacji pisze o swoich
      problemach na forum robi to po to aby dostać kolejny kubeł pomyj na
      twarz? Nie znacie mnie przecież ani też poprzedniej sytuacji, po co
      te oceny?

      Wybieram na razie odsunięcie się i przewartościowanie mojego życia
      kręcącego się wokół domu i rodziny na realizację siebie. Fakt, że
      zarzuciłam swoje pasje i oddałam całą siebie jemu i maluchowi, bo
      starsza córka jest już w zasadzie dorosła.
      Gwałtowne decyzje nie są w moim stylu, a i też wolałabym wykorzystać
      wszelkie środki na ratowanie tego, co we mnie jeszcze jest. Podoba
      mi sie pomysł z wyciszeniem i zarzuceniem bezproduktywnych rozmów,
      których rezultatem jest wyłącznie megastres i chęć sięgnięcia po
      ostateczne środki.
      Żeby obraz był jasny - jestem zadbaną kobietą i pójście kolejny raz
      do kosmetyczki czy fryzjera jest tylko nawykiem, a nie sposobem na
      odzyskanie faceta.

      Który - nota bene - pozwalal spokojnie na to, aby jego chore dziecko
      pozostawało pod opieką starszej siostry przez ostatnie parę dni,
      opowiadając o tym, jak to bardzo nie może wziąć jednego czy dwóch
      dni wolnych z pracy, a dziś rano oświadczył (kiedy sama go obudziłam
      zdziwiona tym, że nie zrywa się do biura), że wziął sobie dzień
      wolnego i wyjeżdża na 3 dni na Śląsk aby odwiedzić przyjaciela... I
      że to jest jeden z elementów realizowania siebie. I albo mi sie
      podoba albo nie - jestem wolnym człowiekiem i on też. Bo on teraz
      będzie żyć w zgodzie ze sobą i taka akcja to jeden ze sposobów na
      wyrażenie siebie. I co Wy na to?
      Wczorajsze zebranie w przedszkolu było również mniejszą rozrywką niż
      wizyta w car audio....


      • pade Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 10:19
        Który - nota bene - pozwalal spokojnie na to, aby jego chore dziecko
        > pozostawało pod opieką starszej siostry przez ostatnie parę dni,
        > opowiadając o tym, jak to bardzo nie może wziąć jednego czy dwóch
        > dni wolnych z pracy, a dziś rano oświadczył (kiedy sama go
        obudziłam
        > zdziwiona tym, że nie zrywa się do biura), że wziął sobie dzień
        > wolnego i wyjeżdża na 3 dni na Śląsk aby odwiedzić przyjaciela...
        I
        > że to jest jeden z elementów realizowania siebie. I albo mi sie
        > podoba albo nie - jestem wolnym człowiekiem i on też. Bo on teraz
        > będzie żyć w zgodzie ze sobą i taka akcja to jeden ze sposobów na
        > wyrażenie siebie. I co Wy na to?
        > Wczorajsze zebranie w przedszkolu było również mniejszą rozrywką
        niż
        > wizyta w car audio....


        nie masz innego jak wyjścia jak zmusić go do opieki nad swoim
        dzieckiem i to tak drastycznie, czyli wraca z pracy- Ty wychodzisz
        dziecko chore - siostra ma pilny wyjazd, Ty równiez ważne sprawy,
        zawozisz mu dziecko do pracy, niech czasem poczuje jak to jest być
        ojcem

        z tego co piszesz wnioskuję, że on dziecko kocha i owszem, ale na
        odległość, bo to cząstka jego samego, natomiast wszelkie przyziemne
        sprawy dotyczące dziecka ma załatwiac matka, bo od tego jest.
        faceta bym totalnie zignorowała, im więcej będziesz prosić,
        tłumaczyć, truć tym bardziej się będzie od Ciebie odsuwał, natomiast
        zająć się dzieckiem ma obowiązek, wolnym duchem to on juz nigdy nie
        będzie...
        • skarbus71 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 10:56
          pade napisała:

          > nie masz innego jak wyjścia jak zmusić go do opieki nad swoim
          > dzieckiem i to tak drastycznie, czyli wraca z pracy- Ty wychodzisz
          > dziecko chore - siostra ma pilny wyjazd, Ty równiez ważne sprawy,
          > zawozisz mu dziecko do pracy, niech czasem poczuje jak to jest być
          > ojcem
          >
          > z tego co piszesz wnioskuję, że on dziecko kocha i owszem, ale na
          > odległość, bo to cząstka jego samego, natomiast wszelkie
          przyziemne
          > sprawy dotyczące dziecka ma załatwiac matka, bo od tego jest.
          > faceta bym totalnie zignorowała, im więcej będziesz prosić,
          > tłumaczyć, truć tym bardziej się będzie od Ciebie odsuwał,
          natomiast
          > zająć się dzieckiem ma obowiązek, wolnym duchem to on juz nigdy
          nie
          > będzie...

          Pieknie napisane, naprawde.
          Dzieko kocha, ale jak maly chlopiec kocha zabawki. Pobawić sie -
          owszem, ale kiedy ja go o to poproszę. Umyć, nie ma sprawy, ale
          kiedy poproszę go o to. Poczytać do snu? Nawet to czasem zrobi po
          mojej prośbie, ale już skutecznie uspić nie da rady, poddaje się
          żądaniu małej na ostateczne wezwanie mamusi....
          ŻADNEJ własnej inicjatywy!!!!

          Kiedy podczas ostatnich rozmów spytałam, czy wyobraża sobie jak jego
          mała córeczka biegnie do mnie rano do łóżka, w którym leży inny
          facet, i że ten facet może wychowywać jego dziecko, to uciekł do
          łazienki i pierwszy raz widziałam jak wyje z bólu....

          • pade Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 11:14
            Kiedy podczas ostatnich rozmów spytałam, czy wyobraża sobie jak
            jego
            > mała córeczka biegnie do mnie rano do łóżka, w którym leży inny
            > facet, i że ten facet może wychowywać jego dziecko, to uciekł do
            > łazienki i pierwszy raz widziałam jak wyje z bólu....
            >
            ojojoj to juz jest szantaz emocjonalny, mówisz to po to by zadac ból
            ale rozumiem Cię, w rozpaczy człowiek chwyta sie wszystkiego, szuka
            jakiegokolwiek argumentu by wstrząsnać, by coś zmienić..
            chyba tylko jedynie Twoje wycofanie i zmuszenie męża do opieki nad
            dzieckiem wchodzi w gre w Twoim przypadku
            wycofaj się, niczego mu nie wyrzucaj (wiem, to trudne) odpocznij,
            mysl tylko o sobie i dzieciach, na siłe nikogo nie zmusisz do uczuć,
            wręcz przeciwnie, znienawidzi Cię gdy będziesz mu wiecznie coś
            wypominać lub szantażować
            zmień cos, jesli do tej pory były wyrzuty, długie rozmowy niech
            teraz będzie milczenie, niech sam zapragnie rozmowy z Tobą
            a jesli chodzi o inicjatywę... cóż wstyd się przyznac ale mój mąż
            jest taki sam, dobry , kochany człowiek, zrobi WSZYSTKO co mu pokażę
            paluszkiem, ale jesli nie pokażę paluszkiem to się o to przewróci,
            zęby wybije ale nic nie zrobi
            więc się przyzwyczaiłam, pisze karteczki, mówię, pokazuje,
            nienawidzę tego po prostu ale co mam zrobić? taki jest, czasami
            myślę, ze leń umyslowy, czasami, że to inna konstrukcja, czasami się
            z tego śmieję, zalezy od tego czy mam PMS czy niesmile
            przez te kilkanaście lat naszego małżeństwa nauczyłam się, że jak
            się nie da rozwiązać problemu to trzeba się z tym pogodzić, nic na
            siłę, głową muru..itd
            pod warunkiem , ze jest się w stanie z tym pogodzic i zyc dalejsmile
            • chloe30 I jeszcze jedno 06.03.09, 11:17
              pade napisała:
              do mnie rano do łóżka, w którym leży inny
              > > facet, i że ten facet może wychowywać jego dziecko,

              Jeszcze jeden związek niezakończony, ale wizja nowego Pana juz
              całkiem wyraźna - rotfl.
              Ty zwyczajnie tylko o portkach w domu marzysz.
              Nad takimi się użalac to doprawdy strata czasu.
              • pade Re: I jeszcze jedno 06.03.09, 11:22
                chloe myslę, ze to nie tak
                ona chyba chwyta się wszystkiego, jak tonący brzytwy, zeby cos
                naprawic, ale tylko psuje...niechcącysmile
                • chloe30 Re: I jeszcze jedno 06.03.09, 11:24
                  pade napisała:

                  > chloe myslę, ze to nie tak
                  > ona chyba chwyta się wszystkiego, jak tonący brzytwy, zeby cos
                  > naprawic, ale tylko psuje...niechcącysmile

                  Oj Pade, ale Ty masz wiarę w ludzi smile
                  Poczytaj co pisze w następnym poście:

                  Ależ nie, nie szantaż, do mnie samej to w tamtym momencie dotarło i
                  samej chciało mi się wyć z bólu, że tam może kiedyś leżeć inny
                  facet, do którego nasza córeczka będzie musiała się przyzwyczajać i
                  jakoś to sobie w swojej małej główce ułożyć. Nie pomaga fakt, że
                  wygląda jak maleńka kopia swojego taty...

                  widzisz??
                  Portki musza byc i koniec.
                  • pade Re: I jeszcze jedno 06.03.09, 11:28
                    Już odpisałam, ze za daleko w przyszłość wybiegasmile
                    Nikt nie lubi być sam, rozumieszsmile
                    • skarbus71 Re: I jeszcze jedno 06.03.09, 11:32
                      pade napisała:

                      > Już odpisałam, ze za daleko w przyszłość wybiegasmile
                      > Nikt nie lubi być sam, rozumieszsmile

                      tak tak, napisalysmy jednoczesnie smile
                      MOZE zdecydowanie nie rowna sie MUSI, a ja naprawde nie mam w
                      planach zadnego kolejnego samca.
                      A ze emocje w takich ekstremalnych dyskusjach biora góre, to chyba
                      kazdy kto przez nie przeszedl, wie? Biore antydepresanty, inaczej
                      wylabym caly dzien, na przemian z nienawidzeniem go i tak w kółko...
                      • pade Re: I jeszcze jedno 06.03.09, 11:40
                        jeszcze jedno skarbuś, Ty za bardzo emocjonalna jesteś
                        klapnij sobie na ziemię i zajmij się życiem codziennym
                        czasami problem trzeba przeczekac a nie od razu go rozgryzać
                        Czy masz jakieś zainteresowania? Własne zycie? Może zajmij się teraz
                        dziecmi, hobby, a mężulkowi chwilowo odpuść?

                        • skarbus71 Re: I jeszcze jedno 06.03.09, 11:50
                          pade napisała:

                          > jeszcze jedno skarbuś, Ty za bardzo emocjonalna jesteś
                          > klapnij sobie na ziemię i zajmij się życiem codziennym
                          > czasami problem trzeba przeczekac a nie od razu go rozgryzać
                          > Czy masz jakieś zainteresowania? Własne zycie? Może zajmij się
                          teraz
                          > dziecmi, hobby, a mężulkowi chwilowo odpuść?

                          Świete słowa, za dużo emocji, za dużo łez... Hobby i zainteresowania
                          są, i fajne dzieciaki też. Sama już chyba doszłam do ściany z tymi
                          próbami rozmów. Albo facet sie ocknie i coś zrobi, albo nie. A
                          przerzucenie energii na inne rzeczy na pewno wówczas pomoże mi go
                          wykopać bez takiej dramy, jak teraz. Dzieki Pade, mądra z Ciebie
                          kobita smile
                          • pade Re: I jeszcze jedno 06.03.09, 11:58
                            smile do usługsmile
                            też się czasem zapędzam, dramatyzuję, filozofuję, pouczam, więc Cię
                            rozumiem
                            i dodam, ze wcale mi to nie pomogło, wręcz przeciwnie, więc musiałam
                            obrac inną taktykęsmile
                            najlepiej w takich chwilach, dniach zająć się sobą, ja namiętnie
                            pochałaniam książki
                            • skarbus71 Re: I jeszcze jedno 06.03.09, 12:03
                              No ja to sie czasem nie mam kiedy po tylko podrapac, bo duzo
                              pracuje, a dom i dziecko raczej wylacznie na mojej glowie, gdyz Pan
                              w domu glownie BYWA. A jak przyjdzie weekend, to jakos tak czesto
                              wypada, ze mieszkajaca nieopodal mama - businesswomen ma dla niego
                              niezliczone zlecenia, a mama wazna osoba, wiadomo....

                              No to moze teraz ja sobie znajde czas na fitness np., a tatus
                              pobedzie wiecje tatusiem... wink
                              • pade Re: I jeszcze jedno 06.03.09, 12:18
                                Ja tez mam mase roboty, książki czytam po 22, bo z reguły obiadów na
                                drugi dzień czy prasowania po nocach nie urządzam, Kiedyś to
                                przerabiałam, nikt nie docenił a ja padałam na pysk, odpuściłam
                                sobiesmile Teraz jak nie ma obiadu dziecko je w szkole więc mąż musi na
                                mieście, prasujemy jak sterta urosnie i się do szafy nie mieści, po
                                połowiesmile A resztę czasu poświęcam pracy, dzieciom i sobie:
                                spotkania z koleżankami, fitness, zakupy, kino. Jakoś mnie tak zycie
                                nauczyło, ze jak się umie liczyć to się liczy na siebie i staram się
                                praktykowac tę regułę, skuteczna, polecamsmile
                    • skarbus71 Re: I jeszcze jedno 06.03.09, 11:35
                      wiecie co, dziewczyny? jest mi dużo dużo lepiej, nawet jeśli to co
                      piszecie stawia mnie czasem w negatynym swietle wink dzięki!!!!!
            • skarbus71 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 11:22
              pade napisała:

              > Kiedy podczas ostatnich rozmów spytałam, czy wyobraża sobie jak
              > jego
              > > mała córeczka biegnie do mnie rano do łóżka, w którym leży inny
              > > facet, i że ten facet może wychowywać jego dziecko, to uciekł do
              > > łazienki i pierwszy raz widziałam jak wyje z bólu....
              > >
              > ojojoj to juz jest szantaz emocjonalny, mówisz to po to by zadac
              ból
              > ale rozumiem Cię, w rozpaczy człowiek chwyta sie wszystkiego,
              szuka
              > jakiegokolwiek argumentu by wstrząsnać, by coś zmienić..


              Ależ nie, nie szantaż, do mnie samej to w tamtym momencie dotarło i
              samej chciało mi się wyć z bólu, że tam może kiedyś leżeć inny
              facet, do którego nasza córeczka będzie musiała się przyzwyczajać i
              jakoś to sobie w swojej małej główce ułożyć. Nie pomaga fakt, że
              wygląda jak maleńka kopia swojego taty...

              > chyba tylko jedynie Twoje wycofanie i zmuszenie męża do opieki nad
              > dzieckiem wchodzi w gre w Twoim przypadku
              > wycofaj się, niczego mu nie wyrzucaj (wiem, to trudne) odpocznij,
              > mysl tylko o sobie i dzieciach, na siłe nikogo nie zmusisz do
              uczuć,
              > wręcz przeciwnie, znienawidzi Cię gdy będziesz mu wiecznie coś
              > wypominać lub szantażować
              > zmień cos, jesli do tej pory były wyrzuty, długie rozmowy niech
              > teraz będzie milczenie, niech sam zapragnie rozmowy z Tobą

              taki mam zamiar, nie wiem tylko jak to zrobię, kiedy ból rozrywa
              serce, a umysł chce eksplodować od świadomości, że ten 3 dniowy
              wypad może być np weekendem z "koleżanką"...

              > a jesli chodzi o inicjatywę... cóż wstyd się przyznac ale mój mąż
              > jest taki sam, dobry , kochany człowiek, zrobi WSZYSTKO co mu
              pokażę
              > paluszkiem, ale jesli nie pokażę paluszkiem to się o to przewróci,
              > zęby wybije ale nic nie zrobi
              > więc się przyzwyczaiłam, pisze karteczki, mówię, pokazuje,
              > nienawidzę tego po prostu ale co mam zrobić? taki jest, czasami
              > myślę, ze leń umyslowy, czasami, że to inna konstrukcja, czasami
              się
              > z tego śmieję, zalezy od tego czy mam PMS czy niesmile
              > przez te kilkanaście lat naszego małżeństwa nauczyłam się, że jak
              > się nie da rozwiązać problemu to trzeba się z tym pogodzić, nic na
              > siłę, głową muru..itd
              > pod warunkiem , ze jest się w stanie z tym pogodzic i zyc dalejsmile

              no właśnie, ja za rzadko prosiłam, a potem robiłam sama i byłam
              zmęczona i urażona.
              • pade Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 11:26
                Może, ale nie musi, nie wybiegaj tak za bardzo w przyszłoścsmile
                Człowiek działa na zasadzie przekory: im bardziej Ty za, tym
                bardziej on przeciwsad
                Wprowadź zasadę karteczek i egzekwuj, jesli czegoś nie zrobi, niech
                lezy az się o to potknie i przewrócismile

          • chloe30 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 11:15
            skarbus71 napisała:


            > mała córeczka biegnie do mnie rano do łóżka, w którym leży inny
            > facet, i że ten facet może wychowywać jego dziecko, to uciekł do
            > łazienki i pierwszy raz widziałam jak wyje z bólu....
            >
            Nie no wesoły dzień dzisiaj.
            Jeszcze się nic nie stało, a on WYJE Z BÓLU?
            Ale zrobić cos konkretnego żeby było dobrze i wizja obcego faceta w
            Twoim łózku przepadła, to juz dla niego za wiele?
            A ty jak pierwsza naiwna w to wycie wierzysz, bo to przecież
            oznacza, że cię kocha, prawda?

            nie no, wesoło dzisiaj na forum.
            • skarbus71 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 11:24
              chloe30 napisała:

              > Jeszcze się nic nie stało, a on WYJE Z BÓLU?
              > Ale zrobić cos konkretnego żeby było dobrze i wizja obcego faceta
              w
              > Twoim łózku przepadła, to juz dla niego za wiele?
              > A ty jak pierwsza naiwna w to wycie wierzysz, bo to przecież
              > oznacza, że cię kocha, prawda?

              czy ktos jeszcze zrozumial, ze ja przez to uznalam, ze on MNIE
              kocha? moze ja Ci raczej podziekuje za te zjadliwie zlosliwe
              komentarze?
              • chloe30 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 11:33
                skarbus71 napisała:
                moze ja Ci raczej podziekuje za te zjadliwie zlosliwe
                > komentarze?


                Skarbusiu, jak wydoroślejesz, ty i twój Piotrus pan to przestane być
                zjadliwa, naprawdę, OBIECUJĘ.
                • skarbus71 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 11:40
                  > Skarbusiu, jak wydoroślejesz, ty i twój Piotrus pan to przestane
                  być
                  > zjadliwa, naprawdę, OBIECUJĘ.

                  No ale pomysl co ja moge z twoich komentarzy wyciagnac dla siebie?
                  Wiadomo, ze popelnilam bledy, wiec jestem gdzie jestem. I wlasnie
                  probuje tych bledow dociec i naprawic albo wyleczyc sie tak czy
                  owak. Wiec co mi po tym, ze sobie na mnie pouzywasz?
                  • chloe30 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 11:44
                    skarbus71 napisała:

                    > > Wiec co mi po tym, ze sobie na mnie pouzywasz?

                    Oczy ci sie może otworzą????
                    Kurcze, jesteś dorosła, masz dwoje dzieci i tkwisz przy IDIOCIE!
                    Tobą trzeba potrząsnąć żebys się zebrała do kupy!

                    A zgryźliwa jestem, bo widzę w tym wątku, że jedyne czego chcesz to
                    pewność że z idiotą będziesz, a nie chęć poprawienia czegos w swoim
                    zyciu.
                    Ja po prostu nie rozumiem jak mozna walczyć o świnię, zwykłą świnię,
                    która egzaltowanie WYJE Z BÓLU, a nie pomoże przy chorym dziecku.
                    • skarbus71 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 11:55

                      > Oczy ci sie może otworzą????
                      > Kurcze, jesteś dorosła, masz dwoje dzieci i tkwisz przy IDIOCIE!
                      > Tobą trzeba potrząsnąć żebys się zebrała do kupy!
                      >
                      > A zgryźliwa jestem, bo widzę w tym wątku, że jedyne czego chcesz
                      to
                      > pewność że z idiotą będziesz, a nie chęć poprawienia czegos w
                      swoim
                      > zyciu.
                      > Ja po prostu nie rozumiem jak mozna walczyć o świnię, zwykłą
                      świnię,
                      > która egzaltowanie WYJE Z BÓLU, a nie pomoże przy chorym dziecku.

                      No, teraz przynajmniej mówisz jak człowiek smile Wiem, że to świnia,
                      niedorosła i głupia. Ale ja te świnię nadal kocham, i co tu k...a na
                      to poradzić tak z dnia na dzień? Dodam, że jest to pytanie
                      retoryczne big_grinbig_grinbig_grin




                      • chloe30 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 12:03
                        skarbus71 napisała:

                        Wiem, że to świnia,
                        > niedorosła i głupia. Ale ja te świnię nadal kocham,

                        wiesz co, ja kocham palic, ale wiem, że to szkodliwe, więc rzucam,
                        chociaz łatwio nie jest. (taka analogia mi przyszła do głowy)

                        i co tu k...a na
                        > to poradzić tak z dnia na dzień? Dodam, że jest to pytanie
                        > retoryczne big_grinbig_grinbig_grin

                        smile
                        A ja mimo to odpowiem - to nie będzie z dnia na dzień. Przeciez od 5
                        lat nie jest dobrze, sama pisałaś. Czy nie czas dojrzec do
                        drastycznych kroków?
                        Kasowanie smsów wystarczyłoby mi za powód, czy ty się chociaz troche
                        cenisz?

                        >
                        >
                        >
                        • skarbus71 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 12:16
                          trudno mi tak jednoznacznie powiedziec: 5 lat porazek. roznie bylo,
                          ale fakt, glownie rozczarowania..

                          co do się_cenienia - jak ostatnia idiotka zawsze myslalam, ze gdzie
                          zaczyna sie milosc, tam konczy sie duma... no ale to nie do końca
                          tak jest, nie? ... wiem wiem wiem
                    • crises Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 12:22
                      > Ja po prostu nie rozumiem jak mozna walczyć o świnię, zwykłą
                      > świnię, która egzaltowanie WYJE Z BÓLU, a nie pomoże przy chorym
                      > dziecku.

                      Te typy tak mają.

                      Kumpela niedawno sprzedała kopa notorycznemu nierobowi i Piotrusiowi
                      Panu, który nie pracował ("rozwijał się" i udawał, że próbuje
                      rozkręcać coś własnego), w domu nie kiwnął palcem (nawet wymiana
                      żarówki była na jej głowie), a skonfrontowany z żądaniem opuszczenia
                      (jej) mieszkania wył, płakał i padał na kolana, że on nie ma dokąd
                      pójść, że się zabije, a w ogóle już się będzie starał, po czym
                      wszystko wracało do normy. Na szczęście a) do czasu, b) była na tyle
                      inteligentna, żeby nie robić sobie z nim dziecka.

                      Nie rokuje. Kopa i krzyżyk na drogę.
                      • skarbus71 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 12:46

                        > Kumpela niedawno sprzedała kopa notorycznemu nierobowi i
                        Piotrusiowi
                        > Panu, który nie pracował ("rozwijał się" i udawał, że próbuje
                        > rozkręcać coś własnego), w domu nie kiwnął palcem (nawet wymiana
                        > żarówki była na jej głowie), a skonfrontowany z żądaniem
                        opuszczenia
                        > (jej) mieszkania wył, płakał i padał na kolana, że on nie ma dokąd
                        > pójść, że się zabije, a w ogóle już się będzie starał, po czym
                        > wszystko wracało do normy. Na szczęście a) do czasu, b) była na
                        tyle
                        > inteligentna, żeby nie robić sobie z nim dziecka.
                        >
                        > Nie rokuje. Kopa i krzyżyk na drogę.

                        no moze nie az taki nierob, bo po wskazaniu paluchem - zrobi. i
                        pracuje, i bardzo dobrze zarabia. troche go jednak za bardzo tutaj
                        odsadzam od czci i wiary. czlowiek z niego dobry - tak generalnie -
                        ale leniwy, to inna sprawa. kiedy sie poznalismy wyciagnal do mnie
                        reke w sprawie taz. zycia i smierci i w takich sytuacjach wiem, ze
                        moge na niego liczyc.

                        no ale takie sytuacje sa gdzies na obrzezach codziennosci, a tu
                        kazdego dnia trzeba isc do przodu i robic, co do porzadnych ludzi
                        nalezy...
                        • crises Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 13:14
                          Tamten też robił po wskazaniu paluchem.

                          Tylko normalnemu człowiekowi jednak dość szybko znudza się
                          codzienne "chowaj brudne gary do zmywarki, nie rzucaj skarpetek na
                          podłogę i umyj po sobie umywalkę jak się golisz".
              • pade Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 11:36
                skarbuś, ale to BYŁ emocjonalny szantaż, może podświadomy, ale mnie
                osobie obiektywnej on mówi: uważaj, bo jak się nie zmienisz, czytaj:
                znowu mnie nie pokochasz szaleńczą miłością, stracisz córę
                może Twój mąż też tak to odebrał? To jest argument z pozycji siły i
                niczego dobrego nie wnosi. Nie mozna w kółko rozmawiac o związku,
                trzeba w nim być lub nie. A jesli chce się coś zmienić to trzeba
                DZIAŁAĆ a nie gadac. Mówię Ci to ja gaduła, która męża introwertyka
                i takich wykładów ma za sobą tysiącesad
          • 18_lipcowa1 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 12:40

            > mała córeczka biegnie do mnie rano do łóżka, w którym leży inny
            > facet, i że ten facet może wychowywać jego dziecko, to uciekł do
            > łazienki i pierwszy raz widziałam jak wyje z bólu....
            >

            aaa sikam!!
            • skarbus71 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 12:52
              18_lipcowa1 napisała:

              > aaa sikam!!
              >
              no comments...
              • 18_lipcowa1 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 13:28

                > no comments...

                no padlam normalnie
                wyje z bolu w lazience!!!!!!!!!!!!
                jeszcze raz sikam
      • tosina Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 10:21
        TAk to juz w zyciu jest ze kazdy z nas znajdzie 101 usprawiedliwien
        dla wlasnyc bledow.To naturalne. Chcialas spojrzenia z boku i takie
        dostalas.

        Jeslion jest taki wredny sukin kot,ze nawet wlasnym chorym dzieckiem
        sie nie zajmie to po co sie go trzymac na sile?Mowi sie ze jest z
        toba dla dziecka a ty piszesz o ratowaniu zwiasku.


        > Wybieram na razie odsunięcie się i przewartościowanie mojego życia
        > kręcącego się wokół domu i rodziny na realizację siebie.

        Ok ale przeciez ty juz tak zyjesz. Oczywiscie mozna w wiekszym
        natezeniu ale to jakas ucieczka. Radzilabym Ci jednak bys
        skorzystala z porady specjalisty. Moze on da ci swiatelko w tunelu a
        twoj maz nie spojrzy na ciebie jak na debilke na torach. Mam
        wrazenie ze sama bedziesz jedynie powielac problem.
        Pozdrawiam.
        • skarbus71 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 10:39
          Masz rację, noszę się z zamierem udania się do specjalisty. Z
          pewnością wiele błędów popełniłam ja sama, może największy to
          pozwolenie na zaangażowanie się w związek z takim kopniętym
          gnojkiem. No ale teraz trzeba zrobic zwrot w jedną lub drugą stronę,
          inaczej zwariuję, literalnie niestety uncertain
    • skarbus71 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 10:12
      Byłabym baaardzo wdzięczna, gdyby dziewczyny, które napisały, że
      doszły do ściany ale udało im się uratować związek, podzieliły się
      ze mną swoją sytuacją. Może i mnie się uda.....???
      • yoluha Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 10:39
        witam.
        ja na szczęście takich doświadczeń nie mam, jednak rozumiem twoją
        chęć walki o odbudowanie tego związku. Kochasz faceta i to
        najnormalniejsza reakcja na świecie. Mam nadzieję, że Wam sie uda.
        Ze względu na Was i na córkę.

        A na temat wylewaia kubła pomyj na twarz, jak napisałaś nie
        oczekiwałaś głaskania po głowie, ale ja naprawdę zatanawiam się skąd
        w ludziach tyle jadu? Owszem, pisząc na forum trzeba zdawać sobie
        sprawę, że przeczyta się coś co do miłych nie będzie należało, ale
        niektórzy to za grosz wyczucia. Jak ktos ma problem, to potrzebuje
        wsparcia, nie mówię o wmawianiu że będzie dobrze, ale wbijania
        gwoździa do trumny nic nie pomoże

        trzymam kciuki za was i za wasz związek.
        • skarbus71 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 10:46
          wielkie dzieki yoluha, na takie reakcje właśnie liczę.
          kocham, cierpię i chcę to zmienić. w którąkolwiek stronę, ale
          zmienić. bo wypalę się i nie będzie ze mnie ani matka, ani żona ani
          normalny zdrowy człowiek....
          palenie na stosie naprawdę nic tu nie wniesie.
    • 18_lipcowa1 Re: Historia jakich wiele... :( 06.03.09, 12:37
      Dla mnie to niepojete jak stara baba moze byc tak glupia...
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka