skarbus71
05.03.09, 14:45
Rozpoczęło się chorobliwą miłością, uniemożliwiającą funkcjonowanie
w życiu codziennym. Oboje mieliśmy stałe związki, z których
zrezygnowaliśmy, bo nie umieliśmy inaczej. Chodziliśmy do
psychologów i wróżek, aby pomogli nam w rozstaniu - nie dało rady,
żaden głos rozsądku nie był w stanie do nas przemówić.
Zamieszkaliśmy razem, ja - kobieta po przejściach z nastoletnią
córką i on - 4 lata młodszy trzydziestolatek, który wyprowadził się
do mnie od mamy.
Ja - realistka, sparzona zdradami, podejrzliwa i zawłaszczająca. On -
wieczny chłopiec, potrzebujący poczucia wolności, nieskrępowania i
z wyrzutami sumienia z powodu opuszczenia matki, która go mniej lub
bardziej samotnie wychowała...
Po roku była ciąża. W ciągu owego roku były wzloty i upadki, była
namiętność, nie tylko w seksie, były też ukrywane telefony od byłych
i nowych koleżanek... Zaufanie zostało wyraźnie nadwyrężone, ale
perspektywa dziecka wszystko to unieważniła i nastać miała era
wielkiego szczęścia.
Dziś dziecko jest cudne, ma prawie 4 lata. My już nie jesteśmy dla
siebie cudni wcale. Poróżniło nas bardzo bardzo wiele. Jego lecenie
do mieszkającej 100 km od nas mamy na każde jej skinienie (a kiwała
często, oj często), moja zaborczość i brak zaufania, inne spojrzenie
na świat i pewnie wiele innych małych rzeczy. Próbowaliśmy
rozmawiać, ale dziecko zaabsorbowało nas tak bardzo, że rozmowy były
krótkie i nic z nich nie wynikało.
Teraz w NIM jest poczucie setek odbytych rozmów, które niczego nie
zmieniły, a ja wiem, że nigdy nie usiedliśmy i nie wyjaśniliśmy
sobie czego chcemy od siebie nawzajem, od życia, przez większość
czasu byliśmy na siebie obrażeni i rozmowy polegały na szybkim
wyrzuceniu z siebie żalu, rozgoryczenia i ... trzeba było już pójść
spać, bo następnego dnia praca, albo dziecko właśnie się obudziło
itp.
Od mniej więcej pół roku jest już bardzo źle. Mijamy się, żyjemy
niby razem, ale osobno. On przy komputerze, ja przy telewizorze.
Jeśli sex, to często w środku nocy, po pierwszym odespaniu
zmęczenia, szybki, higieniczny, bez czułości. Doszliśmy do ściany.
Inicjuję (inicjatywa niestety zawsze należała do mnie) jakieś próby
nawiązania rozmowy, ale - choć nawet parę rozmów się odbyło - widzę,
że nie tylko nie przynoszą zmiany, ale pokazują mi coraz czarniejszą
wizję tego, co mamy i co stać się z tym może.
A konkretnie: ja go kocham, ale on (choć nie chce powiedzieć tego
wprost) już chyba nie. Ja chcę walczyć, on powoli z chęci podjęcia
walki się wycofuje. Nie wierzy, że cokolwiek może się zmienić.
Nie chcę tak po prostu poddać się i rozpieprzyć rodziny. Ja wiem i
wierzę, że możemy się dogadać, bo wiele nas łączy.
W tym roku minie 6 naszych wspólnych lat. Wiem, gdzie popełniłam
błędy. Wiele rzeczy już w tym czasie przerobiłam, zaakceptowałam
kwestie, które przed poznaniem mojego M wydawałby mi się totalnie
nieakceptowalne. Krótko mówiąc, dojrzałam. On się ode mnie odwrócił.
Z jednej strony - czasem jest wesoło, czasem beznadziejnie. W dzień
zero czułości - w nocy, zasypiamy wtuleni w siebie, czasem nawet sex
daje mi satysfakcję, choć nie czuję zaangażowania w dbałość o moje
odczucia, niestety...
Kiedy nie rozmawiamy o naszej beznadziejnie beznamiętnej relacji,
życie toczy się dalej. Kiedy już zmuszę go do rozmowy, za każdym
razem coraz mniej chce z siebie dać. Mówi, że teraz chciałby żyć
zgodnie ze sobą, ale już na pytanie "czyli jak?" nie umie
odpowiedzieć. Twierdzi nawet, że zaczyna się zastanawiać, czy
rozstanie to nie lepsze zło...
Nie pomaga z pewnością fakt, że jest też i druga kobieta,
ponoć "koleżanka" w takiej samej kiepskiej sytuacji z mężem, z
którą "rozmawiają" i która "nie jest i nie ma być lekiem i lokatą
uczuć na przyszłość". Ale smsy od niej są natychmiast z komórki
kasowane, połączenia telefoniczne też - wczoraj w nocy świecił się
jego tel, więc zajrzałam i... każde wyjście z domu to serie 2-3
połączeń po parę razy dziennie. Coś jest na rzeczy i widzę już skąd
ten coraz mniej pzychylny do NAS stosunek.
A może po prostu ma laskę na boku i wkręca mi typowy kit, którego ja
nie chcę tak właśnie postrzegać, bo wciąż go kocham, jego i naszą
rodzinę?...
Nie wiem co robić... Płaczę, wściekam się, odtrącam go, przyciągam.
Kręcę się w kółko. Wczoraj po paru piwach i dłuuugiej rozmowie
zakończonej wielkimi łzami i fantastycznym seksem byłam bogatsza o
wiedzę, że jedyna wartośc dla niego to córka. Nie wiem czy mam brać
poprawke na pwio, czy raczej dziekować alkoholowi za stworzenie
warunków do lepszej ekspresji?............
Może po przeczytaniu ktoś z Was napisze co myśli o tym osoba z boku,
może jakiś facet spróbuje mi pomóc do niego dotrzeć... Terapie nie
wchodzą w grę, jeśli obie strony nie wierzą w ich skuteczność...
Tak bardzo mi źle...