Krótko i na temat-jak w temacie...
Urodziłam i nie zwariowałam, nie pokochałam mojego dziecka....to nie depresja poporodowa-moje dziecko skończy niedługo 7 miesięcy!
Wszyscy mówili-będzie lepiej, zobaczysz, jak podrośnie...nie jest. Jest coraz gorzej....
Skończył pół roku i dalej mam nieprzespane noce...ktoś powie-uroki macierzyństwa....Jasne! Super sprawa! Gdybym chociaż mogła zaladować baterie do tyłka to by może było lepiej, ale ja chodze ciągle zła, niewyspana, wściekła, zaczęłam strasznie przeklinac, zrobiłam się bardzo nerwowa-mały szczegół potrafi wyprowadzić mnie z równowagi, często nad sobą nie panuję....Jak Mały wrzeszczy-bez powodu-to wole wyjść do innego pokoju bo boję się swojej reakcji...Nie piszcie,że powód musi być, bo go nie ma! Jest najedzony, przewinięty, bawi się, a w nastepnej minucie beczy i chce na ręce. Czasem odpadają mi ręcę bo ciągle muszę go nosić....nie mogę nic zrobić koło siebie. JA też mam swoje potrzeby! Nie tylko dzieciak i dzieciak! Z mężem odkąd sie urodził tylko nieporozumienia przez moje darcie, klnięcie i nerwy.
MAm dośc-tego wstawania w nocy, niewysypiania się, słuchania jakiego mam cudownego syna...owszem jest cudowny-na parę chwil-ale nie na 24 h na dobę...ktoś mądry może tak powiedzieć, że jest super, ale ten ktoś wróci do domu, zajmie się soba, spokojnie zje, wykapie się, zaśnie i się wyśpi!
Płaczę siedząc w nocy przy kołysce i go lulając. Ryczę jak bóbr i myślę,po co mi to było??Dziecko zaplanowane, chcieliśmy a teraz co? Jest coraz gorzej....wstyd mi czasem za moje myśli....kiedy żałuję,że nie mogę cofnąć czasu...wiem,że gdybym to wszytsko przewidziała nigdy nie miałabym dziecka....gdybym miała wybierać jeszcze raz-nie zdecydowałabym się nigdy!
Dziecko jest kochane-naparwdę-jak tak na niego patzrę to jest cudowny...ale ja nie umiem się przekonać...często myslałam,że nie wytrzymam,że muszę coś zrobić...skończyć ze sobą...tak-nawet takie myśli miałam...bo ja nie daję rady....Mieszkamy z moją mamą, ona mi pomaga bardzo dużo, widzi co sie dzieje...mąż pracuje, mało bywa w domu, właściwie wszyscy pracują oprócz mnie....
Dziewczyny nie radzę sobie. Synem opiekuję się mechanicznie-bo muszę-bo jestem zmuszona dać mu jeść, przewinąć...czasem jak mam do niego podejść to mam ból brzucha i mi niedobrze...często boję się z nim zostawać, bo boję się jego płaczu....
I ryczę na każdym kroku...rozmawiałm z mężem o tym-stwierdził,że coś sobie wmawiam...nic sobie nie ubzdurałam-próbowałam się przełamać, próbowałam naprawdę, ale nie potrafię
Cud,że znalazłam chwilę,żeby to napisać....
Czy jestem jedyna czy któraś z Was tak miała?
Czy to się kiedyś zmieni?
Moje życie to koszmar, nie chce mi się żyć coraz częściej....
Do lekarza nie pójdę bo co powiem? Że jestem wariatka, która nie potrafi zaakceptowac takiego stanu rzeczy jaki nastał? Dostanę jakieś tabletki ziołowe i po wszystkim....
Naprawdę jest coraz gorzej....
Niewiem co robic, bo mój stan nie mija...