a_weasley
09.06.06, 12:44
Kiedy miałem bodajże trzy lata, moja (wówczas już była) opiekunka przeżyła
dużą przykrość: przestałem do niej mówić "babciu". Nie, nic do niej nie
miałem. Po prostu dogrzebałem się, kto to jest babcia, i ustaliłem, że babcie
mam dwie: mamę mamy i mamę taty, babcię Marię i babcię Salomeę, a ta bardzo
skądinąd miła i kochana starsza osoba to pani Maria. Mamą mamy ani taty nie
jest, zatem babcią nijak być nie może.
Brat ojca był stryjem, pozostali dorośli krewni wujkami i ciociami
(odpowiednio ich małżonkowie też), dziadkowie nie żyli. Problem tytułowania
żony stryja nie istniał, jako że stryj jest księdzem.
Wujkami byli też ojcowie chrzestni (a ich żony ciociami). Matkami chrzestnymi
były akurat ciocie rzeczywiste.
I to koniec moich wujków i cioć. A nie, przepraszam. Był jeden jedyny
przyszywany wujek, ojca kolega ze szkoły średniej. Ale wszyscy inni dorośli
byli panami i paniami, jakkolwiek blisko by byli z rodzicami. Rodzina to rodzina.
Podobnie było w rodzinnym domu mojej żony. Doceniamy ten porządek i bardzo
chcemy, żeby dzieci odróżniały rodzinę od nie-rodziny, z drugiej strony jest
pewna liczba osób, z którymi jesteśmy tak blisko, że nie wyobrażamy sobie,
żeby miały nasze dzieci do nich, i my do dzieci mówić o nich per pan/pani. I
nie wszyscy oni byli świadkami na ślubie lub będą chrzestnymi.
A u Was jak z przyszywaniem?
Przychodzę do znajomych, informują dziecko, że to jest wujek Artur. Niech
będzie. Dziecko mi wujkuje, per ty. Hm...
Przychodzi człowiek i sam dziecku mówi, że jest wujkiem tam jakimś. A może
rodzice wcale nie mają życzenia mnożyć bez końca wujków i cioć? Czy to aby nie
rodziców decyzja, przyszyć jakiegoś wujka lub ciocię?
Pozwalacie, żeby się samoprzyszywali?