jagoda1977
20.07.04, 14:18
Chcę wam się pochwalić!10 lipca o godz.6:15 urodziłam mojego upragnionego
synka.
Mimo,że były wskazania do cc,duże dziecko,koniec końcem mój gin
stwierdził,że spróbujemy urodzić naturalnie.Gdyby jednak nie było postępu w
porodzie to cc.Mój mąż na te wieści pojechał szybko opłacić poród rodzinny i
czekamy.
Do 22 nic się nie działo i męża odprawiłam do domu.Mój gin po wydruku ktg
stwierdził,że to potrwa jeszcze spokojnie do jutra do wieczora.Tak więc nie
ma się co martwić,że to już.
Ale już za godzinę dostałam skurczów co 7 min.i odeszły mi
wody.Zadzwoniłam dzwonkiem na położną,po kwadransie przyszła i na moje
stwierdzenie:"siostro wody mi odeszły",ona:"a po czym tak pani
wnosi".Myślałam,że ją poturbuję.
Następnie szybki tel.do męża ,a położna mnie na fotel i decyzja rozwarcie na
dwa palce,skurcze regularne,ale dziecko wysoko ponad kanałem rodnym.Decyzja
leżeć na sali porodów rodzinnych i nie ruszać się z łóżka,a dziecko może
zejdzie.
Mąż przyjechał i wylądowaliśmy na sali porodowów rodzinnych,sala naprawdę
ładna,pełno akcesorii do rodzenia:drabinki,piłka,taboret porodowy,a nawet
prysznic i radio.Jednak ja leżąc i wyjąć z coraz częstszych bóli nie mogłam z
tych dobrodziejstw skorzystać.
Bółe co 15 sekund,od krzyża,mąż masuję mnie a ja krzyczę.PO 5 GODZINACH
PRZYSZEDŁ LEKARZ I OZNAJMIŁ,ŻE DZIECKO NIE ZNIŻA SIĘ ANI O CM I MOŻE TO CO
CZUJĘ TO NIE SĄ SKURCZĘ!Myślałam,że go zabiję.Mąż dzwoni do mojego gina,ale
jego nie ma, poszli z żoną na grilla do znajowych.Wariuję skurczę coraz
bardziej bolesne i nasilające się przy każdym ruchu.Po kolejnej godzinie wyję
o znieczulenie,ale położna tłumaczy,że to musdi zatwierdzić lekarz.Mąż
biegnie do niego,a on nie otwiera drzwi dyżurki,w końcu rozmawiają przez tel
z pokoju położnych,który znajduję się obok pokoju lekaży na dyżurze dr
Aleksandrowicz.Znieczujenia mi nie da,ale zrobi usg.Wywlekają mnie na to usg
i dr stwierdza,że według niego dziecko nie ma nawet 3 kg i żadnych wskazań do
cc on nie widzi.
Mąż wciąż dzwoni do mojego gin,komórka milczy.Ja już nie mam siły nawet
krzyczeć,po kolejnej godzinie (6) zaczynam odczuwać parcie gdzieś ze środka
położna mówi żebym jeszcze nie parła.Sprawdza ułożenie dziecka,jest nisko
mogę przeć.Po dwóch parciach słyszę:widać główkę,po kolejnym ma pani
ślicznego,zdrowego synka.Matko mimo zmęczenia śmiałam się i płakałam na
zmianę.Mąż przeciął pępowinę.Położyli mi małego na brzuchu przestał
płakać,popatrzył na mnie i zaczął ssać pierś.Mogłabym przejść to jeszcze
raz,żeby to znów poczuć.Po paru minutach zabierają dzieciątko,za chwilę
słyszę 4 kg,60 cm.Pojawia się Aleksandrowicz.:I co urodziła jednak pani
naturalnie.Myślałam,że wstanę i go uderzę.Położna mówi ile waży i mierzy mój
syn.Aleksandrowicz z głupim uśmiechem wychodzi z sali,bo na szczęście
skończył dyżur.Potem szycie krocz,nawet nie bolało i na salę poporodową.
Tak odbył się mój poród,myśłam,że wszysko mam poukładane i
zaplanowane.Jednak rzeczywistość bywa niestety zupełnie inna.Mam nadzieję,że
nikogo nie przeraziłam .Teraz patrzę na mojego Mikołaja i myślę sobie,że wart
był jeszcze więćej cierpień,bo uśmiech własnego dziecka jest wart wszystkiego.
Gdyby jenak nie pomoc mojego kochanego męża i położnej nie wiem jakby się
to skończyło.
Pozdrawiam.Jagoda i 10 dniowy Mikołaj.