muress
08.09.04, 15:35
Z góry przepraszam za sianie niepokoju:
info.onet.pl/976780,11,item.html
to tak mi się skojarzyło z niedawnymi wątkami o psach. Od razu wyjaśniam -
nie mam absolutnie nic przeciwko psom, znam mnóstwo dzieci chowanych ze
zwierzętami i doceniam ich dobroczynny wpływ na rozwój dziecka; w przyszłości
chciałabym mieć w domu psa albo kota (najlepiej i to, i to - ja jestem
kociara, mąż wychowany z psami.) Wierzę też, że tragediom z udziałem psów
jest z reguły winny człowiek. Ale jednak przyznaję: mam ograniczone zaufanie
do zwierząt i uważam, że nie wolno zapomnieć, że najmądrzejsze zwierzę to
jednak zwierzę. Przez pierwszy rok życia mojego starszego dziecka
ograniczałam jego kontakty z psem dziadków do minimum (po prostu nie
pozwalałam, żeby pies wchodził na terytorium dziecka i odwrotnie, zresztą
suczka się na szczęście do tych kontaktów wcale nie paliła - w
przeciwieństwie do dziadków, których miałam "na codzień", oczywiście wraz z
psem), potem też bardzo uważałam, żeby mały zachowywał się w stosunku do psa
z należnym szacunkiem - trzeba było ich nauczyć wzajemnych kontaktów, tym
bardziej, że suka była bardzo zazdrosna o dziecko i swoją pozycję. A i tak
doszło do jakiegoś lekkiego ugryzienia w policzek itp. Nie wiem, może jakbym
miała psa, to zostawienie malucha sam na sam z nim nie byłoby dla mnie
straszne - ale jednak jak czytam o takich rzeczach, to myślę, że nawet
nadmierna ostrożność w tym zakresie nie zaszkodzi. Dlatego z niepokojem
czasem patrzę na brak jakiejkolwiek kontroli nad kontaktami zwierząt i dzieci
(szczególnie tych malutkich dzieci, jak podrosną to na ogół już "pozycje w
stadzie" i zasady współżycia są ustalone), taką pełną niefrasobliwość.
Wydaje mi się, że dorośli właściciele zwierząt czasem patrzą na kontakty
dziecka ze zwierzakiem przez pryzmat własnej pozycji i takich kontaktów, "nie
czując", nie pamiętając, że układ "dziecko - pies" jest jednak inny
niż "pan/pani - pies" ("no przecież Misiek nie gryzie..."). Właścicielki
psów: "na wszelki wypadek" nie zapominajcie że Wasze ukochane zwierzęta mogą
być jednak groźne dla maluchów.
Jeszcze jedno: wiem z doświadczeń "rodzinnych", że dziecko może "złapać"
również od domowego psa (zadbanego, odrobaczanego itp) choroby odzwierzęce
(toksokaroza - jakoś zwykle uważa się, że bardziej groźne pod tym względem są
koty). M.in. z tego powodu odkładam decyzję o przyjęciu zwierzaka do domu do
czasu, kiedy dzieci będą już na tyle duże, żeby łatwiej je było upilnować i
rozumiały konieczność zachowania higieny. Nie namawiam broń Boże do
pozbywania się psa czy kota, bo dziecko w drodze - ale naprawdę, naprawdę
uważam, że zwiększona czujność własna na potencjalne zagrożenia z kontaktu
małe dziecko/zwierzę jest konieczna.