Uczestniczyłam w tym forum od lutego... teraz zaliczam się do mam juz
rozwojonych! Nie żegnam się jednak z forum o ile mi czas pozwoli to zawsze
będę tu służyła rada i opinią. I będe WAM kibicowac...
17 listopada o godz. 4.30 w szpitalu miejskim w Olsztynie przyszedł na świat
mój ukochany synek KUBUŚ!

Nasze szczęście ważyło 3650g i ma 57 cm. 10
punktów.
...Dla mnie i mojego męża świat zaczął liczyć się na przed i po Kubusiu

))
Wiecie o co chodzi... najwspanialszy na świecie CUD teraz właśnie zjadł i śpi.
PORÓD...
Zaczęło się coś dziać rano 16 listopada. Odszedł mi czop, ale gdy byłam u
lekarza na ktg i usg to niczego konkretnego nie wykazało. Przez cały dzień
miałam skurcze, ale niebolesne, czyli to co zwykle. Nie robiłam sobie
nadziei. Ok. 14 zauważyłam, że skurcze stają się lekko bolesne, do tego
pobolewały mnie plecy. O 15 były już co 10 min. Ja, spokojna... pewnie to
fałszywy alarm

Mąż wrócił z pracy po godz. 16. Skurcze co 8 min. Obejrzałam sobie
spokojne "Klan", "M jak miłość" i "Na Wspólnej" (czyli mój cotygodniowy
maraton filmowy). Na "Wyprawie Robinson" o godz. 21.30 skurcze zaczęły boleć
jak na okres. Juz syczałam z bólu. Plamiłam juz porządnie na różowo. Podczas
prysznica odeszło mi trchę wód... i chyba dopiero wtedy uwierzyłam, że
zaczyna się PORÓD!
Pakowanko, ręce mi drżały z wrażenia, wciąż nie docierało do mnie, że Kubuś
zaczyna się rodzić. Bałam się i cieszyłam jednocześnie. Na izbie przyjęć w
szpitalu byliśmy o godz. 22.30. Wstępne badanie, więcej wód i stwierdzenie
lekarza (u którego byłam wcześniej z wizytą prywatną): "No to rodzimy, daję
pani czas tak do południa"... Do południa! Rozwarcie miałam na tylko na 1 cm!
Na trakcie miła niespodzianka, dyzur miała położna, moja znajoma, która miałą
być moją prywatną (szpital zabronił jednak takich praktyk i rozeszło się po
kościach). Trafilismy do najfajniejszej sali z firankami w oknach i skórzaną
kanapą

Podłączenie pod KTG, są skurcze co 4 min., nieżle syczałam, a po pół godziny
zaczęła się jazda na maksa. Bolało cholernie, ale cały czas czekałam na ten
największy ból... Potem pod prysznic. Mąż polewał mi brzuch i plecy, bo
miałam od czasu do czasu okropne bóle z krzyża, ale głównie brzuch. Pod
prysznicem kryzys... tak jęczałam donośnie z bólu, nawet sobie
przeklnęłam.Prysznic naprawdę pomagał! Ciepły siny strumień wody sprawiał, że
ból był mniej dotkliwy. Potem na salę do wanny. W wodzie tez pomogło, ale ból
się nasilał i chyba było mnie słychac w całym szpitalu. Przyszła połozna Jola
(ogromne wsparcie) i powiedziała, że zaraz badanie i jeżeli mam 3 cm to
dostanę ZZO. Podczas badania masaż szyjki, ale wykonała to naprawdę z
wyczuciem. Nie bolało mocno. Kolejna połozna, która robiła mi masaz była już
brutalniejsza. I mamy 3 cm. No to dzwonią po anestezjologa. A u mnie JAZDA na
całego. Już nie mogłam zejść z łożka, ściskałąm poręcze, donośnie
pokrzykiwałam. Ból naprawdę ogromny, ale wciąż czekałam na ten
najokropniejszy, jak przy amputacji ręki... Skurcze zlały się już w jeden
skurcz, zero przerw (te przewry wcześniej są wybawieniem, bo boli i nagle...
nic, żadnego bólu i taka ulga). Po 15 min. przyszedł anestezjolog, 15 min.
zakładanie cewnika (okropne było to, że przez 2-3 min. nie mogłam się ruszać,
jak szukał przestrzeni między kręgami, a ja w tym momencie miałam skurcz!!!),
ma zacząć działać po 15 min. A mnie boli i boli i nagle... ja chcę do
łazienki. Jola: na kupę? Ja: tak! Ona: No to będzie parcie!
Badanko i nagle okazało się, że z 3 cm podskoczyło przez 45 min do 9 cm!!!
Kilka minut męki i znieczulenie zaczęło działać juz tylko na parcie. I całe
szczęście, bo maluszek rozwrwał mi szyjkę macicy i miałam (niestety) nacinane
krocze (4 szwy, boli teraz jak diabli). Kubuś był duży jak na moje gabaryty.
Parcie trwało 30 min. Jezu, jaki to wysiłek. W pewnym momencie myślałam już,
że nie wyprę... Mój kochany mąż bardzo mi pomagał, te słowa: widzę już
główkę, kochanie dasz radę! działały na mnie mobilizująco. Zreszta słyszałam
w pewnym momencie jak sam stękał i parł

Nagle: tętno dziecka nieznacznie
spadło (potem okazało się, że miał nożki owinięte pępowina), lekarz: "byc
może użyjemy wakum". Próżnociąg z krainy przetykania niedrożnych kibelków
I taka moc we mnie wstąpiła!!! Jola i mąż dodawali mi otuchy: dasz radę! I...
nagle JEST!
Kubusiek wylądował na moim brzuchu. Moje najwspanialze szczęście

))
Spojrzał się nam w oczy, był taki spokojny... Poczułam się najszczęśliwszą
osobą na świecie. Łza się w oku zakręciła, mąż przciął pępowinę. Była 4:30 (a
nie 12). Dosyć długie szycie, ale na znieczuleniu. Czułam się rewelacyjnie,
nic nie bolało, dopiero gdy o godz. 12 znieczulenie odpuściło to zrozumiałam
jaką mam masakrę między nogami...
Wczoraj wróciliśmy ze szpitala. Jestem w stresie, bo mamy problemy z
karmieniem (poranione piersi), ale mam nadzieję, ze wszystko sie unormuje.
Kubusiek przesliczny, podobny do taty, a po mnie ma znamię z tyłu na szyjce
To tyle. A tak się bałam przez te 9 miesięcy tego porodu. Jedno wiem:
najgorszy ból na który czekałam nie nadszedł. Byc może to zasługa ZZO w fazie
parcia, bo ból był wtedy średni. Ogólnie polecam ZZO dla wszystkich, których
ból może przerosnąc.
OCZEKIWANY OD LUTEGO CUD NARESZCIE DOKONAŁ SIĘ W MOIM ŻYCIU.
WARTO BYŁO!!!!!
Pozdrawiam. Atlantis z 3 dniowy Kubusiem