Dziś pierwszy raz po porodzie zasiadam do komputera, az nie chce mi się
wierzyć że w końcu przyszła ta chwila, kiedy podzielę się z Wami swoimi
wrażeniami... Pamiętam jak w oststnich miesiącach ciąży intensywnie śledziłam
co dzieje się na forum, zżyłam się znim bardzo i z Wami. Tuż po porodzie
nawet wyobrażałm sobie tę chwilę kiedy uroczyście pochwalę się Wam że jest!
udało się! jestem szczęsliwą mamą Natalki!Przyszła na świat 15.02 cięzka na
3020 g i długa na 51 cm! Dziś dokładnie mijają 3 m-ce!
W miarę jednak jak mijały dni przestawałam być taka szczęśliwa...
Ale wpierw opowiem krótko o porodzie. Nie należał on do lekkich, cierpiałam
bardzo, myslałam że prędzej umrę niz urodzę, to straszne co piszę ale taka
była prawda. Zaczęło się w Walentynki o 20.00 i skurcze od razu były
regularne co 3 min, po 1,5 h odeszły mi zielone wody, więc byłam przerazona,
nad ranem dopatrzono się u mnie rzadkiego rodzaju zatrucia ciązowego> tzw.
syndrom HEELP: HE-hemoliza, czyli rozpad krwi, EL - podwyższone enzymy
wątrobowe i LP-obniżone plytki krwi, moje srodowisko okazało się dla dziecka
szkodliwe więc podano mi oksytocynę by przyśpieszyć poród. Bardzo jej nie
chciałam bo wiedziałam że bedzie bardziej boleć, ale to było konieczne, by
pomoc dzieciątku wyjść na świat, zaproponowano zzo , kurczę nie taki miałam
plan, chciałam poród w wodzie z masażami, aromatoterapią , relaksującą muzyką
itp., o porodzie w wodzie w tym stanie nie było mowy. ZZo bardzo się bałam,
ale skurcze były nie do zniesienia, wkońcu oddałam w ręce anestozjologa swój
kręgosłup i powierzyłam swój los Bogu modląc się by wkłucie poszło dobrze,
udało się! dzięki zzo miałam ok 1,5h ulgi, prawdziwej ulgi, ale w tym czasie
okazało się że nie wiadomo czy dzieciątko przetrwa poród naturalny, by to
sprawdzić pobierano maleństwu krew z główki jeszcze jak było w łonie, to
naprawdę niesamowite jak tego mozna dokonać , a jednak. Pani doktor robiła
nacięcie skalpelem i ustami przez słomkę odsysała krew, którą poddawano
analizie , i tak w sumie 3 razy pobierano Jej z głowki krew. Już miała być
cesarka, gdy okazało się że jest 7 cm rozwarcia i będziemy rodzić
naturalnie , byłam załamana, bo bole były już nie do wytrzymania. Byłam jak
nieprzytomna. Wkońcu położna pokazała na na palcach ze jest 10 cm i
zaczynamy. Myslałam że nie dam rady, wkońcu po wielu bezowocnych parciach,
stwierdziłam że więcej tego bólu nie zniosę,więc między skurczami
oprzytomniałam, uzgodniłam z polożną dokładnie jak mam przeć, męzowi kazałam
trzymać swoją głowę i urodziłam naszą kochaną dzidzię. Radość przeogromna i
ból od razu ustał.
Jednak w miarę jak mijały dni przestawałm być taka szczęśliwa. Wcześniej gdy
przeglądałam czasopisma i gdy w ręce wpadał mi artykuł o depresji
poporodowej, myślałam z uśmiechem na twarzy, że mnie to napewno nie będzie
dotyczyć, a jednak...
Moim problemem była niemożność karmienia piersią związana z tym syndromem
Hellp. W czasie ciąży nie myślałam, że będzie w tej kwestii jakiś problem.
Jesli chodzi o przygotowanie wyprawki dla maleństwa to byliśmy z mężem dość
ostrożni. Przed urodzeniem córeczki nie mieliśmy wózka, łóżeczka i wielu
rzeczy, tylko jeśli chodzi o karmienie byłam super przygotowana, tak jak
ksiązka pisze: 3 koszule nocne rozpinane z przodu, 3 staniki do karmienia,
wkładki laktacyjne, odciągacz pokarmu Awentu...
Pokarm przyszedł mi poźno , a Małej w szpitalu kazali już podać butelkę i
dzieciątko przyzwyczaiło się do smoczka i nie umiała chwycić brodawki, a ja
też nie umiałam jej odpowiedznio podać. Ona plakała i ja plakałam.
Zbierały się we mnie bardzo złe uczucia, zaczęłam żałować jej mleczka z
butelki i byłam zła że nie chce mojego, za chwilę zdawałam sobie sprawę, że
przecież ta maleńka istotka nie jest temu winna i szlochając tuliłam ją mocno
do siebie. Byłam załamana. Będąc w ciązy widziałam siebie oczami wyobraźni
jak siedzę po turecku oparta o pień drzewa i karmię swoje maleństwo piersią,
a tu taki zawód... Wyobraźcie sobie że tak się zapętliłam w tym smutku i
przygnębieniu, że nic nie było ważne! Nie było ważne to, że mam kochaną
zdrową dzidzie, że mam kochanego męża który mnie wspiera i tuli do snu, ważne
było tylko to że nie karmię.Może Wam się to wydać nie dopomyslenia, niestety
to była prawda.
Całymi dniami chodziłam zapłakana i załamana. Nie chciałam spotykać się z
rodziną, przyjaciołmi, znajomymi, którzy wydzwaniali chcąc zobaczyć mnie i
dzidzię. Bałam się tych spotkań, bo wiedziałam że zaraz po gratulacjach
usłyszę to kłujące mnie w serce pytanie: Karmisz??? A ja z pochyloną głową
jak winowajca niewarty niczego dobrego, odpowiadałam z bolem - Nie karmię. I
to "nie karmię" , "nie karmię", " nie karmię" wrzynało mi się w mózg i
zabijało moją radość i moje macierzyństwo. Wkońcu minęło 6 tyg, zbliżała się
kontrol u ginekologa i przyszedł czas na rachunek sumienia. Uświadomiłam
sobie że o to marnuję najpiękniejszy być może w życiu czas na smucenie się,
kończy się macierzyński urlop i nikt mi go nie wróci, musiałam się wziąć w
garść, przełknąć te uporczywe pytania dot. karmienia. To było straszne. Np
jakaś baba, znajoma mamy zaczepia mnie na poczcie "o jak piękna dzidzia!
karmisz?" a mi już się robi słabo, rozpacz chwyta za gardło, kiwam przecząco
głową, a ona "pokarm matki jest najlepszy, jak to nie karmisz?!", odchodzę
zalana łzami.
To straszne, że nigdzie nie pisze się o tym problemie, przynajmniej będąc w
czasie ciąży nie natknęłam się w żadnej literaturze na tę kwestie. Opinie że
pokarm matki jest super a z butelki do kitu rozdziera moje serce, bo wiadomo
że jak każda z nas chce dla swojego maleństwa jaknajlepiej.
To niesprawiedliwe że obszernie pisze się o zapaleniu piersi itp i jak sobie
z tym radzić, natomiast w żadnym poradniku nie znalazłam słowa wsparcia dla
matek które po prostu nie mogą karmić. Naprawdę czułam się gorsza delikatnie
mówiąc. Nie miałam nawet komu o tym opowiedzieć. Mąż był zmęczony pracą i
moimi smutkami, mama uległa wypadkowi i leżała w szpiatlu, więc nie chciałam
jej obarczać swoim problemem, a Wam miałam się pochwalić a nie żalić...
To niesprawiedliwe też, że matka karmiąca ma prawo do krótszego wymiaru
godzin pracy, a jak butelką to nie! Ile przy karmieniu butelką jest obaw, czy
mleczko będzie pasować, czy aby przypadkiem nie od niego boli Ją w brzuszku,
wygina się i płacze, mycie butelek, dobór smoczkow i cały ten arsenał, ach!
Postanowiłam nareszcie cieszyć się moją kruszynką i uśmiechać się do samej
siebie, choć to bardzo trudne i pytania o karmienie sa nadal bardzo bolące.
Usmiecham się więc do mojej kruszynki, która jest tu przy mnie i słodko śpi w
wózeczku i uśmiecham się do Was drogie przyszłe i obecne mamusie
Dzieciątko to największy cud i radość z Niego niech nic nie mąci!
Dziękuję że mnie wysłuchałyście.
Służę radę o ile mogę być Wam pomocna.