nat1976
16.10.06, 12:41
Dzisiaj poszłam do lekarza-internisty. Jestem przeziębiona od środy i stwierdziłam, że czas najwyżśzy by obejrzał mnie lekarz. Mam zawalone zatoki, temperatura rano od 37, wieczorem w okolicach 38,5; odkasłuje z flegmą (sorry za dosłowność) i ciągle mam dreszcze i bolą mnie wszystkie mięśnie.
Pani doktór na wstępie zażądała ode mnie zaświadczenia od ginekologa. Fajnie, zważywszy na to, że u mnie to dopiero jakiś 5-6 tydzień i u gina jeszcze nie zdążyłam być.
Na pytanie czy mam gorączkę, odpowiedziałam szczerze, że w tej chwili to jedynie stan podgorączkowy, temperaturę mam wieczorami - do karty wpisała brak gorączki. Mówię o zatokach, mięśniach i ogólnie o marnym samopoczuciu - pani doktor podsumowała, że wcale nie wyglądam na chorą, to że gardło mnie boli to mój wymysł i w ogóle to mam iść do pracy.
Zrezygnowana pytam czy da mi chociaż na dziś zwolnienie, bo nie poszłam do pracy by dostać się na wizytę to kazała mi wziąć urlop na żądanie, a jak go nie mam to mój problem.
A więc zupełnie zdrowa wróciłam do domu, z dreszczami, już mam prawie 38 stopni gorączki. No ale przecież jestem zdrowa to nie mam na co narzekać, nie?
A ostatni raz u lekarza byłam z 5 lat temu.