Napisałam już to w Mamach Lutowych, ale w związku z apelami ponawiam, pod nowym tematem.Dokładnie o 20.20 w zeszły poniedziałek (25 lutego) zostałam mamą solidnego (3700, 59) chłopaczka. Dopiero w niedzielę wyszłam do domu, bo mały miał żółtaczkę i dwie doby spędził w solarium (koszmar dla nas obojga - na zupełnie inne opowiadanie).Ale poród - to była ostra jazda bez trzymanki O szóstej po południu poczułam skurcze - ot takie tam, króciutkie, najwyżej 10 sekund, za to regularne (co 3 minuty). Uprzedzona przez Jeanette, że może to być wynik badania, które miałam kilka godzin wcześniej, spokojnie wlazłam do wanny i czekałam na rozwój wypadków oraz powrtót lubego z pracy. Jak luby wrócił koło 18.30, to skurcze były już nieco mocniejsze, trwały 45 sekund i powtarzały się ...

co minutę. Ale to to dopiero mi luby powiedział, bo nie miałam zegarka (przy następnym dziecku założę wodoodporny

, a z poczuciem czasu u mnie nie najlepiej

no więc szybki telefon do Jeanette i jeszcze szybsza jazda do szpitala. Aha, w międzyczasie (kurczę, w jakim międzyczasie??? to wszystko było w międzyczasie) musiałam się wytrzeć i ubrać, co nie było takie proste, bo między skurczami miałam na to jakieś 10-15 sekund za jednym zamachem. Ale się ubrałam, a nawet umyłam zęby (może mi powiecie, skąd w TAKIM momencie człowiek koniecznie, ale to bezwzględnie koniecznie MUSI umyć zęby

). A międzyczasie tego międzyczasu odeszły wody i skurcze stały się podobne do walenia w krzyż młotem pneumatycznym

jechałam na czworakach na tylnym siedzeniu, do szpitala dojechaliśmy o 19.45 w stanie "pełne rozwarcie", a pół godziny później trzymałam już Maksia, wrzeszczącego w niebogłosy, na brzuchu

a jak wam jeszcze napiszę, że obyło się bez cięcia krocza(tylko jakieś głupie dwa szwy na drobne pęknięcie), to już na pewno uznacie, że zmyślam

Na Żelazną złego słowa nie dam powiedzieć - co prawda nie dane było mi skorzystać z udogodnień sali porodowej, oprócz drabinki, ale całość "obsługi" oceniam na piątkę (sorry, jestem starej daty, szóstki jakoś do mnie nie przemawiają

). Położne i pielęgniarki na oddziale poporodowym (a leżałam już na tym demokratycznym, znaczy bezpłatnym) na każde wezwanie, pomocne, niektóre trochę stanowcze wobec histeryzujących mam (miałam niestety taką w pokoju). Obchody w składzie lekarz i ewentualnie druga osoba, dyskretne, konkretne, bez wystawiania "kina" na cały świat przy każdej okazji, dokładnie informują o wynikach badań, ewentualnym leczeniu, żadnego takiego "pani się nie martwi" albo "takie kropelki, żeby się lepiej poczuł". Jedyny feler to jedzenie, nie dlatego, że niedobre, ale dlatego, że ze wspólnej kuchi dla całego szpitala i niektóre rzeczy trochę nieodpowiednie dla "cycanek". Początkowo jadłam wszystko w dobrej wierze, że mi nie zaszkodzi, ale niestety zaszkodziło i teraz leczymy intensywnie Maksa z gazów w brzuszku - ciągle mam nadzieję, że to jeszcze nie sławetna kolka, zwłaszcza, że już po trzech dniach widać znaczną poprawę.Niestety, ze słodkiego pysia śpiącego przez wiekszość czasu przemienił się w mocno wrzeszczącego uparciucha - zatem aktualnie zdycham z niedospania, zmęczenia i bezradności wobec uroków mienia niemowlaka

bycie w ciąży było zdecydowanie łatwiejszeie zmieni się bardzo, ale chyba w najdzikszych myślach nie sądziłam, że tak szybko i tak nieodwracalnie...